piątek, 18 kwietnia 2014

R. 2

Slash:
Znacie takie uczucie, kiedy ktoś zamiesza wam w głowie? Język się plącze i cokolwiek byś nie powiedział, zabrzmi głupio i bezsensownie. Tak, to była właśnie taka sytuacja. Kiedy tylko zjawiła się Jolene poczułem się, jak jakiś niedoświadczony gimnazjalista. Nie potrafiłem zachowywać się przy niej normalnie. JA! Saul Hudson, który w ciągu swego dwudziestoletniego życia zaliczył już więcej lasek niż wielu znacznie starszych. Jezu, czułem się przy Jolene tak głupio, że od razu włączył mi się mechanizm obronny. Schowałem się pod moimi zajebistymi loczkami, tak żeby mnie nikt nie widział. Zwykle taka akcja dawała +50 do niewidzialności, ale jakoś nie wtedy. Jolene wpatrywała się we mnie jeszcze częściej, kiedy się ukryłem. Zaprzestałem tego działania, bo nie miało sensu, a tak przynajmniej mogłem bezkarnie się na nią gapić. Nie wiem czemu, ale bardziej interesowała się Duffem. Nie, nie podobało mi się to. W niektórych chwilach chciałem wydrapać tej farbowanej blond żyrafie oczy, ale pocieszał mnie fakt, że Axl się nią nie zajmował, a Popcorna w ogóle nie zauważała. Jemu to nawet nie przeszkadzało, bo od paru tygodni nam się chwali 'jaka ta jego Jessica jest cudowna'. Raz zawinęliśmy go w dywan i wrzuciliśmy do wody, żeby się zamknął. Nie śmiać się, wam też za 21564856412 (badania wykazały, że każdemu normalnemu człowiekowi bez trzech promili alkoholu we krwi nie będzie się chciało przeczytać tej liczby) razem takiego powtórzenia by się zachciało rzygać. Jak już jesteśmy przy dziewczynie Adlera, to coś sobie wyjaśnijmy. Jessica jest tak samo wkurwiająca, tak samo wiecznie zadowolona z życia, tak samo niewyżyta i ma tak samo pudlowaty fryz. W skrócie: Popcorn umawia się ze swoim żeńskim odpowiednikiem. Nie sądziłem, że może istnieć drugi taki Steven, ale jak się okazało może i ma na imię Jessica. To niepokojące, że są tacy sami. No, prawie tacy sami. On ma cycki, a ona ma dywan. Albo odwrotnie, who cares.
A wracając do chwili obecnej, Jolene, Duffa, Rainbow, alkoholu i Malboro... Chwila, kto mi zajebał fajki?! Który pudel ma moje kochane szlugi?! Trąciłem ramię Duffa.
 - Stary, widziałeś moje fajki? - zapytałem cicho.
Popatrzył na mnie zdezorientowany.
 - Wziąłeś je w ogóle ze sobą?
 - No wziąłem, przecież dawałem Izzy'emu...
Wtedy nastąpił Duffowy facepalm.
 - Ja pierdolę, stary, weź się obudź, to on tobie dawał.
Jolene się zaśmiała. Chciałem zapaść się pod ziemię! Święty Hendriksie, dlaczego wychodzę przy niej na takiego idiotę?! Miałem nikłą nadzieję, że ta butelka (druga butelka, trzeba dodać) whisky, którą właśnie kończyła skutecznie wymaże jej ten incydent z pamięci.
 - Izzy, masz może jakieś prochy? - usłyszałem.
 - Nie powinnaś chyba brać... Trochę wypiłaś i w ogóle...
 - No co ty, mi nie dasz?
Uśmiechnęła się słodko. Izzy też człowiek, zmiękł.
 - Jak ty mnie wykorzystujesz - powiedział sarkastycznie, kiedy wstawali.
 - A to jeszcze nie szczyt moich możliwości - puściła do niego oczko.
Po chwili wahania Izzy spytał:
 - Slash, idziesz z nami?
Ucieszyłem się cholernie. Bądź co bądź, łatwiej zaliczyć naćpaną laskę. Próbując ukryć emocje rzuciłem tylko:
 - Ja bym nie poszedł?

Izzy:
Okazało się, że tylko Axl jest sceptycznie (mądre słowo) nastawiony do Ingrid. Reszta ją polubiła, nawet za bardzo. Slash gapi się na nią jak na kawałek mięsa. To, że tyle uwagi poświęca McKaganowi też niezbyt mi się podoba, ale jakoś to przeboleję. W pewnej chwili Ingrid wzięło na dragi. Ha! Nareszcie mam władzę. No cóż, nie trwało to długo, bo jakoś tak też poczułem chęć zażycia środków odurzających (nawalenia się). Wyszliśmy na dwór we trójkę: ja, Ingrid i Slash. Oczywiście wolałbym wersję bez Hudsona, ale bałem się, że mogę posunąć się za daleko sam na sam z moją kochaną 'przyjaciółką'. Dziwne, bo ćpaliśmy w swoim towarzystwie już z pierdylion razy. Dopiero tego wieczora ogarnęło mnie uczucie, że może mnie ponieść. Ale gdyby tak jednak pozbyć się Slasha... Nie, stop! To tylko moja przyjaciółka, tylko przyjaciółka... Jebać to, jest zajebista.
 Byliśmy za Rainbow, w jakiejś ciemnej uliczce. Poszperałem po wszystkich kieszeniach w poszukiwaniu jakichś prochów. Cholera, wiem, że coś zabrałem, ale gdzie to jest? Nagle poczułem na sobie drugą parę rąk.
 - Może ci pomogę? - zapytała Ingrid figlarnie.
Rozejrzałem się.
 - Gdzie, do chuja Pana jest Slash?
 - Aaa, poszedł gdzieś... - powiedziała, po czym mnie pocałowała. Odepchnąłem ją niechętnie.
 - Jesteś pijana - powiedziałem w końcu.
 - To chodźmy do twojego mieszkania - nie dawała za wygraną. - Tam nie będę.
Chciałem mimo wszystko wysłać ją do szkoły, ale skoro tak się rozwija sytuacja... Nie, nie wydaje mi się to dobrą opcją. Najwyraźniej jestem pieprzonym egoistą.
 - Będziesz, ale i tak chodźmy.
 - No, nareszcie.
Chyba źle oceniłem jej trzeźwość, bo naprawdę była całkiem świadoma i nie sprawiała wrażenia nachlanej. Ach, ta norweska krew. Wziąłem ją pod ramię i ruszyliśmy w stronę mego zacnego mieszkania. Dotarliśmy tam w rekordowym czasie. Która mogła być godzina? Cholera, żeby tylko Axl nie wrócił za szybko... Staliśmy pod drzwiami, kiedy uświadomiłem sobie, że nie mam kluczy.
 - I co teraz? - zapytała Ingrid całkiem przytomnie. - Zaczekamy na Axla?
 - Nie no, coś ty... - starałem się sprawiać wrażenie, że panuję nad sytuacją.
Nie miałem najmniejszej ochoty wracać się do chłopaków, ani tym bardziej czekać aż wrócą. Na klatce było zimno, więc wielkodusznie oddałem Ingrid moją kurtkę, żebym to ja zamarzał, a nie ona. Po kilku minutach uświadomiłem sobie pewien fakt. Podszedłem do sąsiednich drzwi i zapukałem. Ingrid przytuliła się do mnie (w niewiadomym celu). Trochę to trwało, ale sąsiadka raczyła otworzyć drzwi.
 - Czego chcesz, pijaku? - można się chyba domyślić, że nie darzy mnie sympatią.
 - Przepraszam, że tak późno panią niepokoję... - powiedziałem z miną niewiniątka. - Mój współlokator gdzieś sobie poszedł i nie mam kluczy...
Popatrzyła pogardliwie na Ingrid.
 - A ona to kto? Za młoda na dziwkę. Chociaż, cholera tam wie, co się z tą dzisiejszą młodzieżą dzieje...
 - To moja kuzynka, proszę pani. Dopiero co odebrałem ją z lotniska.
Baba jeszcze raz zmierzyła nas spojrzeniem, po czym zniknęła w głębi mieszkania. Wróciła z moimi kluczami. Wiedziałem, że to się wreszcie na coś przyda.
 - A jeśli usłyszę chociaż jeden dźwięk, to mówię ci Stradlin, nie pomieszkasz tu długo - zatrzasnęła drzwi.
Ledwo udało nam się stłumić śmiech.
 - Otwórz to cholerstwo, jesteś chyba mniej pijana - poprosiłem, gdy nie mogłem trafić w dziurkę (bez skojarzeń) od klucza.
Jej też nie udało się za pierwszym zamachem. Postaliśmy tam jeszcze chwilę, ale ostatecznie dostaliśmy się do środka. W mieszkaniu było wręcz nieskazitelnie czysto (czytaj: na żyrandolu nie było ŻADNYCH staników). Ingrid była cholernie podjarana, a ja nie chciałem jej tknąć. Całowaliśmy się, ale do niczego więcej nie doszło. Pierdolę, no tylko Izzy Stradlin tak potrafi. Naprawdę myślałem, że coś między nami zajdzie, ale...
 Nie żeby było ze mną coś nie tak, po prostu szanuję kobiety. Zwłaszcza kobiety, które jeszcze nie są całkiem kobietami... No właśnie. Ingrid kiedyś powiedziała, że jeszcze nigdy się z nikim nie pieprzyła. No i to była ta bariera. Przecież, jakby nie patrzeć, była wtedy pijana, nie wiedziała co robi. Nie, to nie jest łatwe zatrzymać się na starcie, kiedy sobie uświadamiasz, że nie możesz. Ingrid usiadła zrezygnowana na kanapie.
 - Napiłabym się jeszcze - powiedziała z uśmiechem.
 - W sumie czemu nie.
Więc wyszło na to, że schlaliśmy się jeszcze bardziej i, przyznaję bez bicia, urwał mi się film... No cóż, zdarza się, nie?

Steven:
Szkoda, że nie ma dziś Jessici. Jolene jest świetna, ale czuję się nie fair wobec mojej dziewczyny. To, że Jess jest teraz w pracy i haruje, żeby nas utrzymać, a ja chlam sobie z chłopakami też nie jest dobre, ale cóż. Boję się nawet odezwać do Jolene, żeby nic się nie ztentegowało... Ja pierdolę, jaki ze mnie pudel, przecież już nie raz zdradziłem Jess (nie, ja się nie chwalę...) i jakoś to przeżyła. Żyjemy w otwartym związku, no nie? Ona też mi nie jest wierna. Czyli to nie przez nią. Dlatego, że to prawie dziewczyna Izzy'ego? No niby też tak można, ale pannę Duffa przeleciałem bez oporów... Cicho, on o tym nie wie. No to kurwa czemu?! Może dlatego, że jest poza moim zasięgiem? Bo coś mi się zdaje, że ona jest Izzy'ego. Ciekawe, kiedy nam o tym powiedzą...
A wracając do Jess, ciekawe ile razy ona mnie zdradziła. Powiedziała mi tylko raz, ale czy było tego więcej? Bo ja ją chyba zawsze informuję, albo sama się domyśla, jak się zaszywam gdzieś na noc. Jak mówi, że jej to nie przeszkadza, to czemu mam sobie odmawiać przyjemności? Zawsze to lepiej przelecieć jakąś dziwkę, niż naprzykrzać się Jessice, bo ją to czasem wkurwia. A ja nawet pamiętam taki piękny dzień, kiedy Jess chciała spróbować czegoś nowego i przyprowadziła na wieczór swoją przyjaciółkę... Nie, stop, to nie historia dla dzieci, so sorry. Może innym razem.
 - Adler! Pudlu pierdolony, jesteś tam? - usłyszałem.
 - A gdzie mam być? - zapytałem nic nie ogarniając.
 - Zauważ, że usiłuję ci coś powiedzieć od kilku pieprzonych minut.
 - Serio? Cholera, a gdzie ja byłem?
Duff się załamał.
 - Ja jebię... Siedzisz tutaj, z wywalonym ozorem, i gapisz się w sufit, wiesz? - patrzyłem na niego i nawet nie wiem czemu się uśmiechałem. - No dobra, never mind, idziesz do mnie?
 - Coś mi proponujesz?
 - Nie, po prostu nie dojdę do domu o własnych siłach, a Slash się gdzieś ulotnił.
Rozejrzałem się.
 - W sumie mogę iść. Ale po schodach... Chyba nie damy radę po schodach na piechotę.

Axl:
Nie no, nie wierzę. Czemu ci wszyscy kretyni tak polubili tę dziwkę?! No brak mi słów. A ja oczywiście wyszedłem na tego złego. Bo co? Bo powiedziałem im, że to kurwa? Może. I co z tego? Przecież mam rację. Mam pieprzoną rację, a oni niedługo się o tym przekonają. Slash się do niej ślini, aż się niedobrze robi, o Duffie już nie wspomnę. Chyba tylko Adler jest normalny, ale wyłącznie ze względu na Jessicę. Gdyby nie ona, zapewne też by się zachowywał jak te pojebane pudle. No co oni wszyscy w niej widzą? Wygląda całkowicie przeciętnie, gdyby nie te jej rude włosy byłaby jak każda inna. A jednak oni wszyscy mają jakąś schizowatą obsesję na jej punkcie.*
Nie wierzę, że jest święta. Na pewno ma swoje małe grzeszki, a kiedy Izzy się o nich dowie... Uśmiechnąłem się złowrogo. Jakby nie patrzeć, Izz to mój przyjaciel, więc nie pozwolę, żeby się prowadzał z taką... taką... Nie potrafiłem znaleźć odpowiedniego określenia. W tamtej chwili poczułem, że Slash wstaje i sobie idzie. Z Izzym i tą dziwką. Jakąś godzinę później, zataczając się, jakżeby inaczej, z baru ulotnił się Popcorn, ciągnąc za sobą Duffa. Pierdolę, nie zostawiajcie mnie tutaj! Chciałem tak krzyknąć, ale jakoś mi się nie udało. Nie chciało mi się też za nimi iść. Znaczy chciałem, ale na mojej drodze do wolności stał stolik, którego za cholerę nie chciało mi się omijać. Każda próba wstania kończyła się lekkim jebnięciem o blat, ewentualnie podłogę. To chyba przez ten alkohol. Taa, trochę wypiłem, przyznaję, ale... Co do cholery?! NIE! Niech to będzie tylko moja pierdolona wyobraźnia! Ale to nie była wyobraźnia, o czym przekonałem się parę sekund później.

* Z serii 'Jak Axl widzi poszczególnych ludzi' Część pierwsza - ładne dziewczyny, które jeszcze nie dały mu się przelecieć.

1 komentarz: