czwartek, 8 maja 2014

R. 7

Angela:
 To się porobiło... Carmen się upiła, ja też. Cholera jasna, jak ja mam wrócić do domu w takim stanie? A co ważniejsze: co mam zrobić z Car? Starzy mnie do niej wysłali, żebym ja była "grzeczniejsza", a nie żeby ją psuć. Serio, szlag by to trafił. No ale co, to ci debile, moi opiekunowie sobie wymyślili, że mam być inna. Powinni się liczyć z opcją, że to właśnie ja uczynię Car "niegrzeczną". Wystarczył jeden dzień, a właściwie to jedna godzina. Nawet nie cała. Panna Harrison jest pijana. Nadal jej nie lubię. Nadal ma bogatych starych, nadal jest lepsza ode mnie. To głównie dlatego ją spiłam. Żeby jej starzy wstydzili się swojej córki, tak jak każdy mój nowy tatuś i każda nowa mamusia wstydzili się mnie. Carmen nie jest idealna, a ja chcę, żeby wszyscy to zobaczyli. Jezu, jak łatwo było ją upić, serio wystarczyły dwa drinki wlane w nią wręcz siłą, a resztę sama wypiła. Gdyby jeszcze Duff się nią tak nie przejmował... Wkurwia mnie. No cóż, przynajmniej Slash jej nie polubił. Pocieszające. Ale Duff... Temu skurwielowi to niewiele brakuje, żeby się w niej zakochać! Grr. Tak się staram, żeby mnie zauważył! No to kurwa nie, nadal jestem we friendzone. Chuj by to strzelił. No ile jeszcze mam czekać, aż ten debil ogarnie, jak ja go kurewsko kocham?! Ech, szkoda gadać...
 - Ej, Angie... - zagaił Slash.
 - Taak?
 - Jak bardzo jesteś pijana?
 - Trochę. A co?
 - Pójdziesz ze mną do baru?
Zastanowiłam się chwilę.
 - A co mi tam. Ale myślisz, że bezpiecznie jest zostawić McKagana samego z Carmen?
 - Spoko, Car śpi - zakomunikował.
 - Właśnie dlatego.
Popatrzył na mnie, potem na drzwi pokoju Duffa i znowu na mnie.
 - Cholera... W ogóle to chyba oni nie powinni tam się zamykać - powiedział Hudson lekko zaniepokojony, ale jednocześnie rozbawiony.
 - A no nie powinni. Może na razie weź sobie browar z lodówki, potem przejdziemy się do Rainbow, dobra? - zaproponowałam.
 - No niech ci będzie...
Poszedł do "kuchni" (tj. pomieszczenia, w którym stoi lodówka) i wrócił z dwiema puszkami piwa. Podał mi jedną. Podziękowałam. Siedzieliśmy chwilę w nieprzyjemnej ciszy. Naprawdę nie mamy o czym rozmawiać?
 - Angie... - odezwał się. Jemu chyba też nie podobało się to milczenie. - Ech... Nie ważne.
 - Co chciałeś powiedzieć?
 - Nic takiego... - wziął łyka piwa. - Wiesz, może pójdę zobaczyć co u Duffa, bo strasznie tam cicho.
Błyskawicznie wstał i zmaterializował się przy wejściu do pokoju basisty. Wszedł, zamknął drzwi za sobą. Zostałam sama. Nawet rozmowy nie potrafię podtrzymać... Nie dziwię się, że Duff się mną nie interesuje, jestem beznadziejna...

Duff:
 No zaje-kurwa-biście! Co ja kurwa jestem, niańka?! Ech, tsza było nie pić z Angelą i tym czymś... No co, ona chciała iść do biblioteki, nie mogę jej nazywać człowiekiem. No ale dobra, robię to tylko i wyłącznie ze względu na Slasha i jego idiotyczne podejście do zakochania się. Dlaczego ja temu debilowi pomagam... Ach, bo wy nie wiecie? Że Slash się zakochał - no co za kretyn - w Angeli? Znaczy nie, żebym coś do niej miał, jest serio świetna (zwłaszcza od kiedy się przefarbowała na blond), ale to tylko moja przyjaciółka i nic więcej. Chyba muszę sobie kogoś znaleźć. No bo jak to tak, Izzy jest w związku, a ja nie. Chociaż Popcorn nie ma laski. Już. W sumie to chyba wolę pilnować śpiącej (nieprzytomnej?) dziewczyny niż pocieszać Adlera. Slash powiedział kiedyś, że parę lat temu ten debil się chciał pociąć, bo go rzuciła panienka. Hmm... Miejmy nadzieję, że ktoś go teraz pilnuje. Nie tak łatwo wytresować perkusistę!
 Siedziałem sobie rozważając o tym jakie moje życie jest skomplikowane (Ha. Ha. Ha.), kiedy ta kur... Ta laska, której pilnowałem się obudziła (odzyskała przytomność).
 - Gdzie ja jestem? - wybełkotała.
No, czyli standard. Chociaż nie, zwykle pierwsze słowa po przebudzeniu brzmią "złaź ze mnie". Jakoś chyba byłem za mało pijany, ale mniejsza z tym.
 - W Los Angeles - odpowiedziałem.
 - To chyba oczywiste, skoro tu mieszkam.
 - Nie do końca. Kiedyś jak się schlałem, to obudziłem się parę ładnych godzin drogi stąd, więc... Ale ty jesteś w LA.
Niestety.
 - A kim pan jest?
Myślałem w tamtej chwili, że jej przypierdolę. Jak kurwa można, jakim prawem ona nazywa mnie "PAN"?! Na ogół jestem spokojnym człowiekiem (Ha. Ha. Ha. Znowu.)... Ale mnie kurwica bierze, kiedy ktoś mówi do mnie "pan". Tak więc wstałem, podszedłem do niej i chciałem zacząć krzyczeć, ale pomyślałem, że Slash tu przylezie i schrzani wszystko z Angie. Tak więc złapałem ją za bluzkę, szarpnąłem do góry i troszkę opierdoliłem. Ale przynajmniej szeptem. Nie no, myślałem, że się poryczy. Patrzyła na mnie wzrokiem zbitego psa. Jak Steven. Ugh, poczułem się, jakbym nakrzyczał na dziecko, a ona nawet nic nie zrobiła. Jakoś tak głupio mi się zrobiło i ją przeprosiłem. Kiedy już usiadłem i próbowałem się uspokoić do sypialni wleciał Slash i wręcz zatrzasnął za sobą drzwi.
 - Co ty tu robisz? - zapytałem jeszcze trochę wkurwiony.
 - Aa, tak pomyślałem, że zobaczę, czy nie broisz - rzucił podenerwowany.
 - A co z Angie?
 - Siedzi w... - usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwi. - Właśnie wyszła.
 - Jesteś idiotą - mruknąłem.
 - Wiem... Ale to nie jest teraz nasz największy problem.
 - Nie?
Pokręcił głową.
 - Angie wyszła i zostawiła nas z nią - wskazał na skuloną na łóżku dziewczynę. - Trafisz do domu? - zwrócił się do niej.
Wzruszyła ramionami.
 - Nie wiem nawet, gdzie jestem.
Hudson westchnął zrezygnowany.
 - Dobra, odprowadzimy cię. Tylko powiedz gdzie mieszkasz.
Podała nam swój adres. Chwila...
 - Jak to "odprowadzimy"? - jestem chyba jakiś opóźniony. - Ja też mam iść?
 - No wiesz, nie jest ze mną do końca bezpieczna. Kto wie, co takiemu staremu zboczeńcowi przyjdzie do głowy.
Carmen chyba potraktowała to poważnie.

Izzy:
 Za jakie moje grzechy... Przecież ci debile wiedzą, jak ja nienawidzę imprez u nas w domu. Nosz kurwa, no bo kto potem musi to sprzątać? Adler, ale chciałem powiedzieć, że ja, żeby wyszedł lepszy argument. No dobra, whatever. Poza tym jakoś nie czuję się komfortowo w otoczeniu tylu dziewczyn. Mam słabość do kilku obecnych, a chciałbym mimo wszystko być wierny Ingrid. Boże, co się ze mną porobiło... Serio kurwa, jestem chyba chory, czy coś. JA nie mam ochoty iść do Michelle. JA nie mam ochoty zaszyć się w sypialni z moją byłą. JA nie chcę nikogo innego, tylko Ingrid. CO SIĘ ZE MNĄ KURWA DZIEJE?! Nie no, zajebiście, zacząłem krzyczeć w myślach na samego siebie. To przez te dragi. A raczej ich brak. Obiecałem, ale kurwa, nie daję rady normalnie funkcjonować bez prochów. Miejmy nadzieję, że Ingrid mi wybaczy. Chciałem iść do Slasha zapytać, czy nie ma trochę towaru na zbyciu, a tu mnie taki grom z jasnego nieba: Slasha ani Duffa nie ma. Nie ma ich na imprezie (?!). Ostatecznie pomyślałem o Angeli, ale nie kurwa, jej też nie ma. Tsza będzie odwiedzić Matta... Wait a minut. Jestem dealerem i nie mam dragów? JAK?! Muszę przestać tak się angażować w ten związek... Dobra, kogo ja oszukuję, nie dam rady. Ale muszę przynajmniej wrócić do dealowania, trzeba jakoś zarabiać na życie. Przez głowę przeleciała mi myśl, żeby iść do pracy. Zacząłem się śmiać jak pojebany. Ja i praca... To trochę jak Slash i odwyk. Nie, nie, nie. Mogę zdychać z głodu, ale nikt mnie nie zmusi do pójścia do pracy...
 Odskoczyłem jak poparzony. Nie powinienem się tak zamyślać. Stałem sobie na samym środku skrzyżowania, a z każdej strony trąbiły na mnie samochody. Niech się wypchają. Rozejrzałem się, żeby zablokować ruch na jeszcze jedną chwilę. Westchnąłem i wolno ruszyłem dalej. Ech, gdzie ja w ogóle szedłem..? A no tak, kierunek Matt. A w drodze powrotnej wpadnę do Rainbow. I zahaczę o Ingrid. Tylko może w odwrotnej kolejności. Ledwo się tam do niej dostałem jak byłem (w miarę) trzeźwy, no to się boję myśleć co by było, gdybym przyszedł nachlany. Demoralizuję (trudne słowo) młodzież. Przecież ona ma szesnaście lat! Powinienem mimo wszystko zostawić ją w spokoju... Ale nie zostawię. Za żadne skarby świata. Chuj, zaraz mnie trafi przez te "filozoficzne przemyślenia". Ugh, muszę się najebać. Dlaczego ja w ogóle myślę?! I dlaczego znowu wkurwiam się na samego siebie?!
 - Ej, stary - ktoś pomachał mi ręką przed oczami. - Jesteś tam?
Rozejrzałem się zdezorientowany. Stałem przed willą Matta (ma się te znajomości).
 - Dobrze się czujesz? - zapytał. - Bo wyglądasz chujowo.
 - Jak zawsze - stwierdziłem sarkastycznie. - Potrzebuję heroiny, kokainy, nie wiem, czegokolwiek!
Popatrzył na mnie i nawet wydawał się zmartwiony.
 - Naprawdę wyglądasz na chorego - powiedział wolno. - Ale wejdź.
Wprowadził mnie do swojego zajebiście wielkiego salonu i posadził na kanapie. Po domu pałętały się prawie gołe dziewczyny (halo, to dom Matta, jakże mogłoby być inaczej...), a ja w sumie nie zwracałem na nie uwagi. Nigdy więcej odwyku... Popatrzył na mnie jeszcze raz, po czym zniknął w jednym z pokoi.
 - Przygotuję sprzęt i cię zawołam - rzucił.
Trochę opanowałem drgawki, ale nadal trząsłem się jak cholera. Rozejrzałem się po pokoju. Niby porozwalane butelki i inne śmieci to nic nadzwyczajnego, ale chyba coś się tu działo. W sumie kogo to obchodzi. Podeszła do mnie jakaś laska w stroju króliczka Playboya i powiedziała, że Matt prosi. No kurwa, nareszcie!

Slash:
 Spieprzyłem wszystko z Angie... Znowu. Ugh, jak ja siebie nienawidzę. Jestem zdolny jednego wieczoru zaliczyć pięć różnych dziewczyn, ale jak już mi się jakaś kurwa spodoba, to kurwa nie potrafię tego powiedzieć. Duff ma rację, jestem idiotą. A do tego wpakowałem się w niańczenie tej blond kurwy, która sama nie potrafi dojść do domu. Tak, wiem, sam jej zaproponowałem pomoc, ale nie miałem wyjścia. Przecież Angie by się mogła wkurwić...
 - Slash, daleko jeszcze? - jęknął znudzony McKagan.
 - A skąd ja mam wiedzieć?
Zatrzymał się.
 - Nie wiesz, jak tam dojść?
 - Nie mam bladego pojęcia.
Westchnął zrezygnowany.
 - Nie, ja się na to nie pisałem! - krzyknął i sobie poszedł.
Wrzeszczałem za nim, ale nawet się skurwiel nie odwrócił. A to zdradziecka szuja. Zostawił mnie z nią. Tak, znowu nie pamiętam imienia, no przykro mi bardzo, nie mam to tego pamięci. Ruszyłem wkurwiony przed siebie. Ona za mną pobiegła.
 - Spieprzaj - mruknąłem.
 - Ale...
 - SPIERDALAJ.
Zatrzymała się i chyba tam już została, nie wiem, nie obchodzi mnie to. Znam ją od kilku godzin, a mam już dość. Wyszedłem na jakieś skrzyżowanie. Dobra, już wiem, gdzie jestem. Zrobiliśmy kurewsko wielkie kółko."Cudowne skrzyżowanie", jak to z chłopakami nazwaliśmy. Dlaczego cudowne? Cóż, stanowi centrum naszej orientacji w terenie. Jedna droga prowadzi do Rainbow, druga do mnie do domu, ta trzecia do willi Matta, a gdybym częściej chodził do Troubadour kiedy jest jasno, albo kiedy jestem trzeźwy, to zapewne ogarnąłbym, gdzie jestem, bo ostatnia droga właśnie tam prowadzi. Dopiero teraz zrobiło mi się trochę głupio, że zostawiłem tam Carmen (a jednak potrafię sobie przypomnieć!). Postanowiłem po nią wrócić, ale kiedy cofnąłem się do miejsca, gdzie się zatrzymała, nigdzie jej już nie było... Cholera jasna. No szlag by to trafił, czy ja niczego nie potrafię zrobić dobrze? Nawet odprowadzić dziewczyny do domu? A jeszcze się nad sobą użalam, że Angie mnie nie chce, no nie dziwię się jej.

Carmen:
 Zostawili mnie. Najpierw jeden, potem drugi. Co ja takiego robię, że wszyscy mnie nienawidzą? To jeszcze nic, że zostawili. Nakrzyczeli i upokorzyli. Nawet nie wiem za co. Jestem aż tak beznadziejna? Czy to może przez to, że nie umiem żyć tak jak oni? Że w ogóle nie umiem żyć... Dlaczego uświadamiam to sobie po prawie szesnastu latach? A Angela... Chciałabym być jak ona. Jest taka wyluzowana [czytaj: ma na wszystko wyjebane, ale Car nie zna jeszcze takich brzydkich słów. Przypomnienie pisarza] i wcale nie przejmuje się szkołą, a i tak ma dobre oceny. Ma swoje życie i jestem pewna, że korzystała już nie raz z różnych używek. A ja nie mam na to odwagi. A chcę... Też bym chciała spróbować tego wszystkiego, zanim zmarnuję młodość. Ale chyba najpierw muszę się dostać do domu.
 Trochę się boję... Nigdy nie byłam w tej części Los Angeles, a teraz jestem i to sama. Strasznie boli mnie głowa i mam luki w pamięci. Nie wiem, jak dostałam się do tamtego mieszkania, ani dlaczego nie pamiętam, co robiłam zanim się obudziłam. Gdybym chociaż wiedziała, w którą stronę do domu... Ale nie wiem. Wygląda na to, że muszę kogoś zapytać o drogę. Zaczęło się powoli robić ciemno. Skręciłam w jakąś ślepą uliczkę. Nie wiedziałam wtedy, że jest ślepa. Kiedy już zorientowałam się, że nigdzie nie dojdę, chciałam się wrócić. Na drodze stanął mi jakiś mężczyzna, a właściwie trzech. Usiłowałam ich wyminąć, ale jeden z nich złapał mnie mocno za nadgarstek.
 - A panienka gdzie się wybiera? - zapytał z szyderczym uśmiechem.
Nadal próbowałam się wyrwać, ale co ja mogę? Przygwoździli mnie do ściany. Serce biło mi jak młot. Dlaczego właśnie przed oczami przeleciało mi całe moje marne życie? Jeden z nich zaczął mnie dotykać. To było takie obrzydliwe. Na początku stałam nieruchomo, ale kiedy któryś wsunął mi rękę pod bluzkę znowu zaczęłam się miotać i wyrywać. Jedyne co mi pozostało, to krzyk. Tak więc zaczęłam wrzeszczeć najgłośniej jak mogłam. Ten, który mnie trzymał uderzył mnie w twarz.
 - Nie ładnie skarbie, nie ładnie - mruknął wysoki, zarośnięty mężczyzna stojący po mojej lewej.
Nagle uścisk na moich nadgarstkach zelżał. Miałam nadzieję, że mnie wypuszczą. Myliłam się. Rzucili mnie na kolana. Ten wysoki rozpiął spodnie. Rodzice nigdy nie rozmawiali ze mną o takich sprawach, ale przecież chodzę do szkoły. Naprawdę tak ma wyglądać mój pierwszy raz? Podjęłam się ostatniej próby i wydałam z siebie kolejny krzyk. Znowu dostałam w twarz. Zrobiło mi się czarno przed oczami. Chyba straciłam na chwilę przytomność. Jak przez sen usłyszałam wściekły głos jednego z tych mężczyzn, a potem jeszcze inny. Kłócili się. Wreszcie zrobiło się cicho. Ktoś do mnie podszedł. Z wysiłkiem otworzyłam oczy. Obok mnie klęczał jakiś chłopak. Byliśmy w uliczce sami. Tamci sobie poszli. Myślałam, że on też chce mi coś zrobić, ale nic takiego się nie stało. Zapytał tylko, czy nic mi nie jest. Pokręciłam wolno głową, nadal próbując dostrzec w ciemnościach jego twarz.
 - Dasz radę wstać? - spytał cicho.
 - Chyba... tak... - wymamrotałam.
Wstał i podparł się o ścianę. Ledwo trzymał się na nogach. Podał mi rękę i pomógł się podnieść.
 - Na pewno nic ci nie zrobili? - odezwał się, kiedy już wyszliśmy z zaułka.
 - Nie, wszystko w porządku. Ale... Pan ledwo idzie.
W świetle lampy dostrzegłam, że lekko się uśmiechnął.
 - Proszę cię nie mów na mnie pan. Dokąd tak właściwie idziesz? Odprowadzę cię.
Chciałam odmówić, ale chyba już nigdy nie odważę się chodzić sama po Los Angeles. Podałam mu adres.
 - Jak w takim razie mam do pa... do ciebie mówić?
 - Jestem Izzy.

sobota, 3 maja 2014

R. 6

Nie mogę się całkowicie podpisać pod tym rozdziałem, bo pomagała mi w jego napisaniu moja kuzynka, niekuzynka Julka i za to jej chwała :') Ale pociesza mnie to, że Kacper nawet słowa nie dopisał, to się poczułam lepsza.

_____________________________________________________________________

Duff:
 Chuj by to strzelił. Znowu zostaliśmy sami. Ingrid ma w pokoju monitoring (dosłownie), a starzy Angie wysłali ją na odwyk (nie dosłownie). No cóż, przynajmniej Izzy sobie przypomniał, że jest gitarzystą. Zakochał się chłopak, nie da się tego nie widzieć. Jest mu wszystko jeszcze bardziej obojętne niż zazwyczaj.
 - Co tam bazgrzesz, Iz? - usłyszałem głos Slasha.
 - Nic takiego.
 - No pokaż! - dołączył się Axl.
Wyrwali mu skrawek papieru. Slash rzucił na niego okiem, po czym podał bez słowa Axlowi.
 - Jesteś geniuszem - wykrztusił wreszcie Rose. - Serio, powinieneś częściej się zakochiwać.
 - Chyba wolę nie... - mruknął Izzy i zabrał Axlowi kartkę. - I ani mi się waż zrobić z tego piosenkę!
 - To co to niby było? Liścik miłosny? - Slash zaczął się śmiać.
 - Tak, kurwa, dokładnie tak - warknął rytmiczny i spierdolił.
Siedzieliśmy jeszcze chwilę i było słychać tylko śmiech Axla i Slasha. Nagle do domu wleciał Adler. Miał minę zbitego szczeniaka. Był cholernie przybity, jakby ktoś go właśnie... ech, nie wiem.
 - Ej, stary, co jest? - zapytałem, kiedy usiadł obok mnie na kanapie i otworzył butelkę wódki.
 - Jessica mnie rzuciła - zakomunikował smętnie.
Slash zaklął pod nosem.
 - Co żeś zrobił? - zapytaliśmy z Axlem chórem. Nic nie powiedział. - Adler, co ten debil zrobił?
 - Przespał się z nią - odezwał się po chwili milczenia.
Wpatrywaliśmy się w Hudsona jak w eksponat muzealny.
 - No to chyba ty powinieneś rzucić ją, no nie? - stwierdziłem.
 - Nie, właśnie, że nie. Jak mi powiedziała to z automatu jej wybaczyłem, a ona wtedy... - pauza - Wtedy mnie poinformowała, że mnie rzuca, bo się zakochała.
 - CO?! - Slash gwałtownie wstał. - Kurwa mać! - wybiegł z domu.
Zaczęliśmy pocieszać Popcorna. Nie wiem, dlaczego Axl to robił, ale ja nie chciałem, żeby mi wychlał całą wódkę. No co? Tsza się troszczyć o swoje.
 - Nie przejmuj się, nie była ciebie warta - pocieszałem go. - Znowu zamieszkasz z nami i będzie tak jak kiedyś...
Popatrzył na mnie tymi swoimi wielkimi, niebieskimi, lśniącymi od łez oczami.
 - Nie chcę mieszkać ze Slashem...
 - Wobec tego chodź do nas - szybko zaproponował Axl. - Jakoś się pomieścimy.
I nikt już się nie odezwał. Adler sobie poszedł. Czemu wszyscy wychodzą? Chwilę potem zostałem sam, bo Axl się ulotnił. Siedziałem, siedziałem, aż poczułem chęć wyjścia z domu. Co do cholery się dzieje?! To pewnie dlatego, że jest tak czysto. Kto normalny lubi siedzieć w czystym mieszkaniu? Tsza będzie nasyfić. Tak czy inaczej wyszedłem... tfu! Wyszłem i ruszyłem (ruszłem?) w nawet sobie nieznanym kierunku. Minąłem kilka sklepów, barów i innych melin. Zatrzymałem się przed bardzo, bardzo, bardzo dużym budynkiem, w którym nigdy nie byłem, i który wydawał się być przerażającym miejscem. Wielki napis nad drzwiami głosił "biblioteka". Po plecach przeszły mi ciarki. Ludzie mówią, że to miejsce, w którym się czyta... Brr, książki. Wpatrywałem się w wejście do tego jakże upiornego budynku. I nagle co widzę? Angelę z jakąś blondynką.
 - No chodź, to tylko biblioteka - chłodno powiedziała blondyna. Żadnych uczuć, normalnie zero.
 - JA NIE CZYTAM - Angie dobitnie zaakcentowała każde słowo. - Duff! - rzuciła mi się na szyję. - Ratujesz mi dupę!
 - O nie nie, młoda damo. Idź pozyskiwać wiedzę - powiedziałem stanowczo.
 - Duff, co ty brałeś? - zapytała.
Blondynka odchrząknęła znacząco.
 - Miałyśmy się uczyć - zakomunikowała.
 - Nie smęć, zrób choć raz coś złego! Może zacznijmy od tego, że to jest Duff.
 - Ej, sugerujesz, że poznanie mnie to "coś złego"? - udałem obrażonego.
 - A co kurwa, zaprzeczysz?
Wzruszyłem ramionami.
 - W sumie.
Staliśmy chwilę w milczeniu, po czym zaproponowałem:
 - A może pójdziemy się schlać?
Jak ta blondyna na mnie spojrzała to myślałem, że mnie tym wzrokiem zabije.
 - Przepraszam, ale o czym pan mówi? - odezwała się.
Co kurwa? Pan? Czy ja dobrze usłyszałem? Angie wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.
 - Tak więc proszę pana, chętnie wybiorę się z panem do jakiegoś baru. Co pan poleca? - powiedziała, za każdym razem akcentując "pan".
 - Ta, bardzo kurwa śmieszne. Rainbow?
 - Czemu nie... Proszę pana.
Przewróciłem mymi zajebistymi oczętami.
 - A co masz zamiar zrobić z... tym czymś?
 - To znaczy czym?
 - No wiesz... Tym - wskazałem na dziewczynę stojącą z deczka z tyłu.
 - Chodzi ci o Carmen?
Skinąłem głową.*
 - No także tego. Zabierzemy ją ze sobą. Chyba panu to nie przeszkadza?
 - Jak długo zamierzasz mówić do mnie "pan"?
Uśmiechnęła się wrednie.
 - Co to jest Rainbow? - cicho zapytała... ech, Carmen?
Popatrzyliśmy z Angelą na siebie.
 - Ona tak serio? - rzuciłem.
 - Obawiam się, że tak - odpowiedziała Angie ze zgrozą.
No dobra, stwierdziłem, że jak jej wyjaśnimy, iż to bar, to z nami nie pójdzie. Ale nic nie powiedzieliśmy i jakoś ją tam zaciągnęliśmy.

*Skinoułem głuffkom i szczepłem gżyfkę na bok bo się stegowała. Ach, jagrze słitaśnie to zrobiuem.

Slash:
 Nosz kurwa zajebiście! W chuja kolejna laska mnie kocha! Jestem z tego w chuj zadowolony... Steven mnie zje... No i kurwa ten tego... Poszłem do mieszkania Jessici (i byłego miejsca zamieszkania Popcorna), ale tej kurwy nie było. Jeszcze bardziej zajebiście. No ja pierdolę, oczywiście, bo jak kurwa muszę z nią pogadać to jej kurwa nie ma... kurwa. Chyba nadużywam słowa "kurwa". Chociaż w sumie... Chuj z tym. Tak właściwie jest mi to obojętne. Szłem, szłem i nagle widzę Duffa z Angelą i jakąś blondyną. Wydawała się nieźle schlana. Serio, nie dawała rady iść o własnych siłach. Nie ma to jak być pijanym o... hm, 16? Chwila, czemu JA nie jestem jeszcze pijany? Ugh, jak tak można, tsza to zmienić jak najszybciej! Ale nie, kurwa, próbowałem wyminąć Duffa & spółkę, ale mnie oczywiście zatrzymali.
 - Slash! Czekaj! - wydarła się Żyrafa.
 - Czego, kurwa pytam się kurtularnie?
 - Kulturalnie, analfabeto - poprawiła mnie Angie.
 - Whatever... - mruknąłem, po czym podjąłem kolejną próbę wejścia do Rainbow.
 - No czekaj kurwa! - znowu krzyknął McKagan. - Pomógłbyś w biedzie.
 - A co ja kurwa, z tego będę miał? - zapytałem cwaniacko.
 - Świadomość, że pomogłeś? - serio ten debil liczył, że pomogę tak za nic?
 - No chyba ty.
Duff przewrócił oczami.
 - Dobra kurwa, odpalę ci działkę.
 - I..? - kombinowałem dalej w nadziei, że wyłudzę coś więcej.
 - A czego jeszcze jaśnie pan pragnie? - wycedził sarkastycznie.
 - Na kolana i bij pokłony! A być może rozważę twoją prośbę.
 - Pierdol się - rzucił, po czym oddalił się taszcząc tę półprzytomną (czy raczej nieprzytomną?) blondynę.
Poczułem jakieś takie wewnętrzne coś, że muszę go dogonić i mu pomóc. No i chuj, na cholerę mi to wewnętrzne coś?! Ugh.
 - Oj dobra! Poczekaj mendo! Tylko tak sobie żartowałem - krzyknąłem, już biegnąc za McKaganem.
Duff odwrócił się i popatrzył na mnie z zaskoczeniem.
 - Slash... Ty na pewno nic dziś nie brałeś? - zapytał
 - Nie, czemu? To już jak chcę z dobrego mego serca ci pomóc, to znaczy, że brałem?
 - Slash, błaaagam... Ty i dobre serce? - zapytał sceptycznie.
 - Oj zamknij się już. Mam wam pomóc czy nie?! - rzuciłem zdenerwowany.
 - Dobra, już dobra. Spokojnie mistrzu - Duff uśmiechnął się cwaniacko.
Rzuciłem mu wściekłe spojrzenie i zabrałem się za taszczenie blondyny. Po paru żmudnych, męczących minutach zapytałem:
 - A tak w ogóle co to za laska?
 - To jest Carmen. Moja... hmmm. Niańka? - odparła Angie.
 - Więc... Schlaliście ją... Ale po co?
 - Nie specjalnie... Dziewczyna ma słabą głowę. - powiedział Duff.
 - Taaa... jasne - powiedziałem przeciągle.
 - Naprawdę! Car chciała mnie zaciągnąć do... - zrobiła dramatyczną pauzę - BIBLIOTEKI! - broniła Duffa Angie.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem.
 - Hmmm... Biblioteka - wypowiedziałem to słowo wolno, z obrzydzeniem - A po chuja chciała tam iść?
 - Miały się... Brr... Uczyć - zbulwersował się Duff.
 - Chodzicie do szkoły?
Angie spojrzała na mnie jak na idiotę. No co kurwa? Ja tam od zawsze miałem głęboko w dupie szkołę.
 - No niestety - odpowiedziała wreszcie.
Przeszliśmy jeszcze parę kroków, po czym znów zapytałem:
 - A gdzie ją zabierzemy?
 - Kurwa... Nad tym się jeszcze nie zastanawialiśmy - powiedziała Angela.
 - A niech lezie do nas - zakomunikował McKagan.
A ten co kurwa sobie myśli?! Motel jakiś pierdolony prowadzimy, czy co?!
 - A czemu to kurwa do nas? - spytałem mocno wkurwiony.
 - Ech... - westchnął Duff - Do jej domu nie możemy, bo jej rodzice. Do Axla nie, bo przez ciebie siedzi tam nasz biedny, zraniony pudel - spojrzał na mnie - Więc pozostajemy tylko my - uśmiechnął się głupkowato.
 - A do Angie? - spytałem z nadzieją.
No co kurwa? Nie chce by mi się po domu pałętała jakaś nieprzytomna blond kurwa! Angela spojrzała na mnie dziwnie.
 - No co? - spytałem. Teraz to już w ogóle nic nie ogarniam.
 - Slash, idioto, Angie TEŻ idzie do nas - wytłumaczył McKagan.
 - A to czemu? - zaczynam się czuć jak dziecko specjalnej troski...
 - Bo ja też jestem wstawiona i nie zabiorę pijanej Carmen do mojego domu - powiedziała ironicznie. - Chyba ci to nie przeszkadza? - spytała z udawaną słodyczą.
Grrr! Jak ona mnie czasem wkurwia!
 - Nie, oczywiście, że nie...  - wycedziłem.
I tak już byłem na przegranej pozycji... Duff żwawo kroczył w kierunku naszej meliny. Zapytam jeszcze raz: CZY MY PROWADZIMY JAKIŚ JEBANY MOTEL?! Chuj z tym. Tak w sumie... To chuj ze wszystkim.

Steven:
 Leżałem na kanapie zwinięty w kłębek. Moje życie straciło sens! No co kurwa, nikt tu nigdy nie był zakochany? Jessica to miłość mego życia, tak do siebie pasowaliśmy... A ona co?! Kurwa, jebie się na prawo i lewo i to jeszcze z moim najlepszym, pierdolonym kumplem! A to, że ja pieprzę wszystko, co ma cycki na pewno nie ma z tym żadnego związku. Jestem tego pewny. No bo Jess sama powiedziała: "Steven, lepiej będzie, jeśli pozostaniemy w otwartym związku. Zero zobowiązań". I co kurwa?! Nagle jej się to nie podoba i jest źle?! Nie ogarniam tego... Leżałem i gapiłem się w sufit. Gdy tak rozmyślałem nad swoim beznadziejnym losem, drzwi otworzyły się z hukiem i do domu wparował Axl.
 - Wstawaj Popcorn! Dość tego lenistwa! - wydarł się.
 - Nigdzie się nie wybieram... - mruknąłem.
 - Nie musisz. Robimy imprezę. Zapraszamy duużo dziewczyn. Na pewno znajdziesz jakąś sto razy lepszą, od tej całej Jessiki.
 - NIE CHCĘ! Ja chcę Jess... - załkałem.
 - Nie smęć, tylko rusz dupę - spojrzałem na niego wilkiem.
Axl westchnął i usiadł przy mnie.
 - Steven, nie możesz się załamywać z powodu jakiejś laski... - zaczął, próbując mnie pocieszyć.
 - Jessica to nie jest zwykła laska... Kocham ją... - jęknąłem i schowałem twarz w poduszkę.
 - Przecież nie jest jedyną dziewczyną na świecie. Zobaczysz, niedługo znowu się zakochasz i o niej zapomnisz.
 - Tak myślisz? - spytałem z nadzieją.
 - No... wiesz... - wtedy do domu wrócił Izzy. - Dzięki Bogu, że jesteś! Weź mi tu pomóż... - "poprosił" Axl.
 - Co jest? - rzucił rytmiczny.
Axl mu streścił naszą rozmowę.
 - Naprawdę sądziłeś, - odezwał się wreszcie Stradlin - że pomoże mu przelecenie kilku dziwek? Wiesz co... wyjdź.
 - Ale... - zaczął Rose, lecz Izzy mu przerwał:
 - Wyjdź!
Przetarłem oczy ze zdziwieniem. Czy tylko mi się wydawało, czy Izzy krzyknął na Axla? Nie, nie, to pewnie tylko moja wyobraźnia i ten cały alkohol, który dzisiaj w siebie wlałem. Izzy jeszcze nigdy na nikogo nie podniósł głosu... NIGDY. On jest zawsze ten spokojny i nigdy, przenigdy nie krzyczy.
 - Czy... to... był... rozkaz?! - w Axlu aż się zagotowało. - Czy ty mi rozkazujesz?!
Izzy spojrzał mu w oczy z kamienną twarzą.
 - Błagam cię, nie rób problemów z niczego.
Po chwili Axl wyszedł trzaskając drzwiami.
 - Jakim cudem cię nie pobił? - zapytałem cicho.
Stradlin odwrócił się w moją stronę.
 - Taka magiczna sztuczka. Potem mi się dostanie... - na moment odpłynął myślami. - Ale nieważne. Czemu Jessica cię zostawiła? Jestem trochę nie w temacie.
Opowiedziałem mu, jak wróciłem od Michelle i w drzwiach minąłem Slasha. Jak Jess powiedziała to straszne "Steven, musimy porozmawiać". Jak się przeraziłem, bo nie nazwała mnie Stevie. A potem powiedziałem o tym, że od tak, prosto z mostu, wyznała mi, że się zakochała i że to koniec naszego związku.
 - Poczekaj... - poprosił. - Rozmawiałeś już ze Slashem?
Pokręciłem przecząco głową.
 - Nie chcę go widzieć.
Izzy westchnął zrezygnowany.
 - Stary... Pierwszy raz ci odbił laskę? Nie. Nie pierwszy, nie drugi, nie dziesiąty. I co zawsze się okazywało? Że wracały. Wracały, przepraszały, obiecywały poprawę. Uważasz, że z Jess będzie inaczej? Nie - kontynuował swój monolog - Jessica wróci na kolanach i będzie błagać, żebyś jej wybaczył. Powie, że myliła się co do Slasha. Taki jest odwieczny schemat, tego każdy się trzyma. Proste.
 - A co jeśli nie? - odezwałem się cichutko po chwili milczenia. - Co jak to nie będzie takie proste i Jess mimo wszystko nie wróci?
 - Cóż... Wtedy będziesz czekał na kolejną wybrankę serca.