wtorek, 29 kwietnia 2014

R. 5

Slash:
 Gdyby ktoś nie ogarniał jest poniedziałek. Idziemy dzisiaj na jakiś koncert, znaczy się zagrać, no, never mind. Jako iż w naszym domu jest najmniejszy syf (tak, ostatnio zagoniliśmy Adlera, żeby posprzątał) wszyscy się tutaj zleźli i przygotowywali do tego jakże wielkiego wydarzenia. Siedziałem na kanapie i miałem na to wyjebane, bo ja przecież zawsze wyglądam zajebiście. Nagle usłyszałem przeraźliwy pisk. Ruszyłem swój zacny tyłek i poszedłem poszukać jego źródła. McKagan sterczał na samym środku łazienki nie przestając się drzeć. Kilka sekund później do łazienki wbił Izzy.
 - Kurwa, zamknij ryja McKagan - mruknął.
Jak widać jemu też wisiały te wszystkie przebieranki. Wnioskuję tak dlatego, że czas przeznaczony na doprowadzenie się do jako-takiego porządku wykorzystał na 'zabawę' z Ingrid. Pierdolony szczęściarz.
 - Wyglądasz jak zjeb - stwierdziłem, patrząc na oklapnięte, mokre włosy Duffa.
 - Sam wyglądasz jak zjeb - odpowiedział.
 - Nie, bo ty.
 - No chyba ty.
 - A twoja matka to gej.
Izzy przewrócił oczami.
 - Oboje wyglądacie jak zjeby. Zadowoleni? - już chcieliśmy mu przypierdolić (a przynajmniej ja), ale zaczął skurwysyn mówić coś sensownego. - Duff, co znowu się stało?
 - Ech... Suszarki nie mogę znaleźć.
Patrzyliśmy z Izzym na tego kretyna, próbując ogarnąć jego kretynizm.
 - Nie wiem jak ci to powiedzieć... - Izzy podszedł i położył McKaganowi dłoń na ramieniu. - Ale w tym domu nigdy nie było suszarki.
Powinna teraz zagrać jakaś złowroga muzyczka, or something. Duff wszedł do salonu i skulił się w jakimś kącie. Załamanie nerwowe made by Michael McKagan. Wpiszemy mu to w papiery. ''Powód: brak suszarki''. Z pokoju wyłonił się Axl. Popatrzył na Żyrafcia.
 - A temu co znowu? - zapytał lekko rozbawiony.
Tak, takie akcje zdarzają się dosyć często.
 - Suszarki nie ma - krótko zakomunikował Izzy. - Dobra, mnie to zwisa, wy się nim zajmijcie.
Po czym wrócił dalej ruchać Ingrid. The End.
To tyle, jeśli chodzi o Stradlina. Mieliśmy trochę większy, prawie dwumetrowy problem.
 - Axl, weź coś zrób, bo nie zagramy bez tego idioty.
 - Racja. Gina! - zawołał. - Masz może pod ręką jakąś suszarkę?
Gina wyjrzała zza drzwi.
 - Mam. Ale nie można jej przeciążać, bo jest stara i do kitu.
 - Chuj z tym, suszarka to suszarka. Dawaj ją tu.
 - Egh, Bill... Mogę się najpierw ubrać?
 - Skoro musisz. Tylko szybko.
Znów zniknęła, a chwilę potem wyszła w jakiejś badziewnej, zielonej miniówce. Gheh, ten celulit. Nie żeby coś, lubię dziewczyny, które mają kształt, ale jakoś trzeba przy tym wyglądać, nie?
 - Proszę - podała Axlowi suszarkę.
Duffowi aż zaświeciły oczy. Porwał urządzenie i zatrzasnął się w łazience.
 - Ile mamy jeszcze czasu? - zapytałem.
 - Za jakąś godzinę musimy tam być. Sprzęt czeka, bez obaw.
Uśmiechnąłem się cwaniacko.
 - A tobie co znowu się lęgnie w tej pojebanej główce? - zapytał Rose.
 - Pójdę powiedzieć Izzy'emu, że musimy się zbierać.
 - Nie bądź aż tak okrutny. Niech się sobą nacieszą. Poza tym, Izz tymczasowo nie ćpa, to coś musi robić, nie?
I chuj, wszyscy są po jego stronie.
 - Ale ja nie pozwalam im się ruchać w moim pokoju!
 - To nie twój pokój idioto, tylko Adlera za czasów, kiedy jeszcze z wami mieszkał. Daj spokój i też byś mógł coś z sobą zrobić zamiast się wszystkiego czepiać.
Grr. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi.
 - Idź otwórz - powiedziałem do Axla.
 - Sam se idź.
Jak zwykle wszystko muszę robić sam.
 - Kimkolwiek jesteś wypierdalaj! - krzyknąłem, po czym dodałem: - No chyba, że masz cycki!
Drzwi pisknęły gorzej niż McKagan i do mieszkania wbiła... Ech, jak to było... Agness? Amanda? Alice? A ja wiem, coś na A.
 - Wiem, że przeszkadzam, ale Jolene kazała mi przyjść i truć wam dupę.
Chyba ją lubię.
 - Teraz akurat Jolene jest trochę zajęta, więc... Chodź, siadaj.
 - Nie żeby coś, ale zakładam, że zajęta Stradlinem, tak?
Serio ją lubię.
 - Taaa.
Cały nasz dom znowu wypełnił wrzask Duffa.
 - Na chuja Pana, co znowu? - mruknąłem, po czym powlokłem się do łazienki.
Nosz zajebiście. Debil wkręcił włosy w suszarkę. Nie wiem jak, ale wkręcił. Myślałem, że się tam poryczy. Ale momentalnie zamilkł, kiedy zobaczyć Angelę. O, przypomniałem sobie jej imię. I kto tu jest zajebisty?
 - Angie?! Tego, cześć... Wiesz, taka trochę głupia sytuacja... A ty czego się Hudson ryjesz?!
Nawet nie zauważyłem, że się śmieję. No ale dobra, tsza zorganizować jakąś pomoc. Zapukałem do pokoju, który zajmowali Axl, Gina i Adler.
 - Ej, Gina, potrzebna jesteś!
Dziewczyna wyszła. Zaprowadziłem ją do załamanego Duffa. Też zaczęła się śmiać.
 - To nie jest, kurwa, śmieszne! - oburzył się McKagan.
 - Dobra, weź mu jakoś pomóż, bo musimy się już zbierać. A ty Angie, byłabyś tak miła i poszła ze mną po Izzy'ego?
 - Z przyjemnością.
Poszliśmy i bez pukania wbiliśmy do pokoju, gdzie przebywał Izzy ze swoją dziewczyną. Miałem nadzieję, że przerwiemy im 'zabawę', ale nie, kurwa, Stradlin siedział sobie grzecznie na łóżku, a Jolene zapinała sukienkę.
 - Boże, Izz, co ci się porobiło z włosami? - zapytałem.
 - Dorwała mnie prostownicą - wskazał na Jolene, a ona uśmiechnęła się szatańsko.
 - No cóż... Wyglądasz mniej cygańsko niż zwykle - popatrzył na mnie tym swoim wzrokiem, mówiącym 'jesteś kretynem, wypierdalaj'. - Dobra, whatever, musimy już iść.
Trochę trwało, zanim wszyscy skończyli się pindrzyć, ostatecznie przybyliśmy do Troubadour spóźnieni 10 minut.

Duff:
 Siedzimy sobie spokojnie na zapleczu w Troubadour. Będziemy grać po tym zespole. Nie denerwuję się jakoś specjalnie. JA nie muszę, przecież gram na basie. I tak mnie nie słychać. Adler jest na haju od samego siedzenia. Jezu, jak można się tyle uśmiechać, no jak?! Slash, odkąd tu siedzimy, zdążył wypalić pół paczki fajek. Axl nie za bardzo przejmuje się graniem i chyba całkowicie zgubił się w cyc... znaczy się w oczach Angeli. Izzy jak zwykle ma na wszystko wyjebane, no a jakże by inaczej. Wkurwia mnie już tym swoim tomiwisizmem i ignorancją. Niczym się nie interesuje, mam go dość. MAM GO, KURWA, DOŚĆ! Mam dość wszystkich. Egh, myślę jak Axl. To przez brak dragów, zdecydowanie. Wiadomo, pierwszy występ w LA, to nie można zbytnio przesadzać z ćpaniem. To nie z własnej woli tak myślę, to Axl zabrał wszystkie prochy. Zostawił mi tylko wódkę. A właśnie...
 - Gdzie jest moja wódka?! - ups, chyba pomyślałem to na głos.
Wszyscy się na mnie popatrzyli.
 - Wystarczająco dużo wypiłeś - stwierdził Axl.
 - Dzięki mamo, ale chyba jednak nie.
 - Jak tam chcesz.
Po czym wrócił do wpatrywania się w cycki Angeli. A żeby go cholera! Angela miała być MOJA! Ale nie, kurwa, ja oczywiście byłem zbyt pijany, no zajebiście. Takie rzeczy to tylko Michael Duff Rose McKagan. Na cholerę mi to Rose?! Przecież to babskie imię. Czemu sobie je wybrałem? Ile wtedy wychlałem?

*Retrospekcja*
 - Ej, Michael!
 - Nie mów tak na mnie! - FOCH!
 - Niby czemu mam nie mówić?
 - Bo to gejowskie imię.
 - Ta, to niby jak mam cię nazywać?
Chwila namysłu.
 - Duff. Albo Rose.
Nieopanowany rechot.
 - Rose? To damskie imię!
Zaczyna się tarzać po podłodze ze śmiechu. A mnie się podoba. Duff Rose McKagan. Pasuje. Już wolę mieć damskie imię niż gejowskie.

*Powrót do rzeczywistości*
 Patrząc z perspektywy czasu to mogło zostać samo Duff. Chuj, ja tu się zajmuję imieniem, a zespół, który grał schodzi ze sceny! Cholera cholery w cholerze. Ej, wait, to są baby! Ha, niezły support nam wybrał Marck. Teraz chwila zastanowienia, czy to są dziewczyny, czy faceci w damskich ciuchach (Poison, Motley Crue, Quiet Riot i inni). Cycki są, więc obstawiam na opcją nr 1. W sumie, to nawet niezłe laski. No, jedna.
 - Ej, stary, wracaj do świata żywych, idziemy! - Slash zaczął mną potrząsać.
 - Co? Gdzie?
Slash pociągnął mnie, dał mój najukochańszy bas i zapytał, czy wiem jaka jest pierwsza piosenka.
 - Ech... Mama Kin? - próbowałem znaleźć tę dziewczynę, ale gdzieś zniknęła.
 - Nie, ale dobra. Najpierw Nice Boys.
 - Hmm? Co mówiłeś? - wreszcie zaszczyciłem go moją uwagą.
 - Popatrz - pokazał mi jakąś kartkę. - Widzisz? N-I-C-E B-O-Y-S - przeliterował.
Chyba powinienem był go słuchać. Zacząłem się czuć jak osoba specjalnej troski. A i tak nie wiem co gramy...

*Angela*
 No cóż, znam tych debili od trzech dni, a już wiem, że są debilami. Ale cholernie utalentowanymi debilami, to muszę im przyznać. Duff się nie odzywa od piątku. Tj. odkąd nie dałam mu się przelecieć. Nie moja wina, miał szansę, ale był zbyt pijany. Cholera by go. Teraz jak widzę Axl ma podobne plany, których oczywiście nie zrealizuje, bo ma dziewczynę. Jego też cholera by mogła wziąć. Slash się mną jakoś nie zainteresował (a tego to już największa cholera powinna wziąć). No oczywiście, akurat ten, który mi się spodobał. Szlag by ich wszystkich trafił. Ingrid mnie zaciągnęła na ten ich koncert, bo nie chciała być sama. Wyszło na to, że i tak tylko Izzym się zajmuje. Ach tak, jeszcze ta najlepsza wiadomość, że jak wrócę do domu moi starzy mnie wyślą do jakiejś autystycznej laski z mojej klasy. Naprawdę nie ma autyzmu (chyba). Wiecie, to jedna z tych, co zawsze trzymają się na uboczu, nie afiszują się. Nie zauważysz, że wyszła, albo weszła do pokoju. Przerażające. "Ona jest taka dobra, czemu nie jesteś taka jak ona? Nie martw się, spędzisz z nią trochę czasu, może zrobisz się taka dobra i grzeczna jak ona". Te powtórzenia słowa 'ona' są celowe. Moi starzy (znaczy się ludzie, z którymi teraz mieszkam) cały czas ją wychwalają, ile to by dali za taką córkę. Niech idą do diabła, sami mnie wzięli, ich problem.
 - Hej, Angie - odezwała się Ingrid - chodź, zaraz zaczynają.
 - To wyjaśnia, czemu się zainteresowałaś moim istnieniem - mruknęłam sarkastycznie.
 - No przepraszam, ale... No nigdy nie byłaś zakochana?
 - Nie - odpowiedziałam szybko. Zbyt szybko.
 - Ach. Czyli byłaś i to nieszczęśliwie! - cholera, jest chyba jedyną osobą, która potrafi mnie przejrzeć. - Czy może jesteś?
 - Nie jestem i nie byłam. Możemy zamknąć ten temat?
Zatrzymała się.
 - Możesz mi ufać. Coś się dzieje?
 - Nie, nic. Naprawdę wszystko w porządku.
Westchnęła.
 - Zatem dobrze. Chcesz się ze mną naćpać?
 - Jasne - ach, ten moment... - Chwila, miałaś nie brać.
 - Nagły wypadek - puściła do mnie oko.
 - Jesteś niegrzeczna!
 - Czy ktoś kiedykolwiek twierdził, że tak nie jest?

Axl:
 Jak ja się kurewsko boję! Nie, nie zaśpiewam, nie dam rady! Kiedyś już to robiłem i wiem, że nie dam rady. Kiedy graliśmy podczas Hell Tour* wygwizdali nas. Występowanie na scenie jest do luftu. Nie jestem to tego stworzony, pomyliłem się, trzeba było zostać w Lafayette, z rodziną, a nie pakować się w ten cały 'zespół'. CHOLERA! Ale nie mogę się już wycofać, nie mogę ich zostawić. Przecież żadne z tych beztalenci nie potrafi śpiewać. Chociaż nie, wait, Duff potrafi. I Izzy. Adler też kiedyś próbował mnie wygryźć i wbić się na wokal. No to na chuj ja tutaj?! Dobra, spokojnie Bill, to nic takiego, to tylko kilkanaście osób... Pieprzyć to, ja nie chcę. Staliśmy już na scenie, jaki miałem wybór? Zaczęli grać pierwszą piosenkę. Zobaczyłem w tłumie Ginę. Jakoś nie dodała mi otuchy. Potem znikąd pojawiła się Angela. Uśmiechnęła się do mnie. Od razu poczułem się lepiej. Chyba chłopaki mają rację, nazywając mnie zdradzieckim pudlem. Chociaż tylko połowicznie, bo pudlem nie jestem. Miałem szczęście, że przypomniałem sobie, że mam śpiewać. Kiedy skończyliśmy piosenkę publika obrzuciła nas butelkami. No i co ja miałem w takiej sytuacji zrobić? Coś w środku mnie mówiło: "Nie schodź ze sceny, nie schodź ze sceny, śpiewaj dalej". Dobra, przemogłem się i zaczęliśmy drugą piosenkę. Tym razem tłum nawet nie poczekał z wyrażaniem swoich (negatywnych) emocji do końca utworu. Szybko stamtąd uciekłem. Zaraz za mną przyszedł Slash.
 - Ej, stary, tylko nie płacz...
 - Co? Czemu mam płakać?
 - No wiesz, po naszym pierwszym występie w Omni Room, jak nas wyśmiali, to się rozpłakałeś.
Cholera, że też ludzie muszą pamiętać takie rzeczy. Cały zespół zszedł ze sceny. Kierownik patrzył na mnie bardzo nienawistnie. Jakby to była moja wina, że nas obrzucili tymi butelkami. Izzy poszedł do niego i zapewniał, że następnym razem będzie lepiej, tylko niech nam da szansę. Ale ja nie dam rady więcej śpiewać! I tak mnie nie doceniają. Przecież się starałem, tak cholernie się starałem! Ktoś mnie stamtąd wyprowadził. Odetchnąłem świeżym (pełnym dymu z papierosów i jointów) powietrzem. Taak, następnym razem będzie lepiej.

*Chyba musimy sobie coś wyjaśnić. To opowiadanie jest całkowicie pojebane i niezgodne czasowo, ponieważ teraz jest teoretycznie kwiecień '85, a chłopaki w Hell Tour pojechali w czerwcu tego właśnie roku, czyli to takie zdarzenie z przyszłości. Ale to tylko szczegół .-. (a ludzie kurewsko lubią czepiać się szczegółów)

środa, 23 kwietnia 2014

R. 4

*Steven*

W życiu mężczyzny następuje taki okres, w którym każdy powód do schlania się w trupa i obrzygania jakiegoś nowego miejsca wydaje się być dobry. Dziś tym powodem były urodziny Stradlina. Impreza otwarta, siedzieliśmy w Rainbow i informowaliśmy wszystkich, że z okazji urodzin piją za darmo. Zaśpiewaliśmy pijackie, barowe "sto lat", a potem działy się różne rzeczy. Jakaś laska nieźle się wstawiła i zrobiła striptiz. Axl dostał opieprz od Giny, że ten striptiz oglądał. Izzy był chyba najbardziej niezainteresowany imprezą spośród wszystkich obecnych. Siedział tylko przy stoliku sącząc wódkę, a na popitę miał wino, żeby było zdrowiej. Był taki jakiś smutny czy coś w tym rodzaju. Chuj go tam wie. Dobra, na cholerę przejmować się Izzym, jak i tak mi nic nie powie. Rozejrzałem się. Za górami, za lasami, w odległym kącie Rainbow, dostrzegłem dziewczynę. To nic dziwnego, bo jestem, jakby nie patrzeć, w barze, ale to była serio niezła dupa. Taka... inna niż wszystkie. Jak Stradlin siedziała obojętna. Znaczy tak mi się wydaje, bo włosy jej zasłaniały pół twarzy. Podeszł do niej jakiś kolo i chyba zaczął podrywać. Dała mu w pysk i nadal popijała swojego drinka. Ostra. Czas skombinować sobie panią do towarzystwa. No bo ktoś się przecież musi zająć małym (dużym) Adlerem po imprezie. Podeszłem do niej chwiejnym krokiem.
 - Można się przysiąść, dziewojo? - wybełkotałem.
Podniosła na mnie wzrok.
 - Chcesz skończyć jak tamten? - pokazała na kolesia, którego walnęła.
 - A co ty taka skwaszona, co? - usiadłem przy jej stoliku. - Ja tu cię kulturalnie chcę poznać, a ty się na mnie rzucasz. Nie ładnie.
 - To idź do kogoś, kto się będzie 'ładniej' zachowywał - warknęła. Ma dziewczyna temperament!
 - Steven jestem.
 - Jak bardzo napruci byli twoi starzy, że ci dali takie gejowskie imię? - zapytała.
Wywróciłem teatralnie moimi zajebistymi oczkami.
 - A ciebie jak ochrzcili?
 - Nikt mnie nie chrzcił.
 - No dobra, jak ci dali na imię?
 - Angela.
Pierdolę, też chciałem jej coś błyskotliwego powiedzieć odnośnie jej imienia, ale jakoś nic nie wykombinowałem lepszego od:
 - Nie wyglądasz mi na anioła.
Popatrzyła na mnie jak na ułomnego.
 - Bo nim nie jestem. Słuchaj, nie mam nastroju do rozmowy, jasne? Przyszłam tutaj się schlać, bo nigdzie indziej by mi nie sprzedali alkoholu, a że trafiłam na ten cyrk to świadczy tylko o moim pechu.
 - Ej, ej, żaden cyrk, tylko urodziny mojego przyjaciela!
Mruknęła tylko coś w rodzaju 'whatever'.
 - No weź, zawsze taka jesteś jak ktoś cię próbuje poderwać?
 - Tak, kurwa, zawsze.
 - Może jak ci przyniosę drinka to się chociaż uśmiechniesz? - nie dawałem za wygraną.
 - Nie możesz mi dać spokoju i iść do kogoś innego? - odpowiedziała.
 - Nie. Co pijesz?
 - Ty tak na serio? - skinąłem głową. - Jak tak bardzo pragniesz mnie upić, to najszybciej będzie wódką.
Przeleciałem przez całe pomieszczenie do baru. Zamówiłem dwie butelki wódki. Cały czas patrzyłem na Angelę. Była zupełnie nie w moim typie, ale i tak mi się spodobała. Wróciłem do stolika i postawiłem na nim jedną z butelek.
 - A ile ty masz właściwie lat, że ci mają alkoholu nie sprzedawać?
 - Szesnaście - powiedziała, po czym wzięła łyk wódki. - Ale mam tutaj znajomości. A ty, Człowieku-Dywanie?
Dać dziewczynie alkohol, a od razu jej się poprawia humor. Magia.
 - A ile byś mi dała?
 - Bo ja wiem, dwanaście?
 - Niewiele się pomyliłaś - powiedziałem ironicznie. - Zgaduj dalej.
 - Czternaście?
 - Pudło. Dwadzieścia.
Pochyliła się nad stołem.
 - A nie wyglądasz.
Pogadaliśmy trochę i im bardziej była pijana, tym ta rozmowa była milsza. Stwierdziłem, że przedstawię ją chłopakom. A co! Objąłem ją ramieniem i poszliśmy odhaczyć Duffa i Izzy'ego. Wiadomo, solenizant ma pierwszeństwo.
 - Taaaaakże teeeego - wybełkotałem, kiedy dotarliśmy do stolika, przy którym siedzieli. - Tooooo jeeeest Angeeeeela, a too jest Iiiiizzy, a taamteen tooo Duuuufffff.
 - Kurwa, Popcorn, schlałeś się bardziej niż ja! - szok, Izzy się uśmiechnął. - Ją też tak naprułeś?
 - Nie - odpowiedziała dziewczyna całkiem przytomnie - Ze mną nie jest tak źle.
 - A my to się chyba już poznaliśmy, nie? - zapytał Duff.
 - Tak? Kiedy?
 - No wiesz, w romantycznym nastroju kiblowego sexu - uśmiechnął się cwaniacko.
 - To nie był żaden sex - dała mu lekko w łeb i wybuchnęła śmiechem.
 - No wiem i dlatego to było nie fair!
Izzy zaczął się śmiać jak pojebany.
 - Co on ćpał? - zapytałem Duffa.
 - No właśnie nic - odpowiedział.
 - Co rozumiesz przez >>nic<<?
 - Nic. Ani hera, ani koka, ani LSD, ani hasz, ani nic! Siedzi tylko i chla.
Pierdolę, znam Stradlina już kawał czasu i nigdy nie widziałem, żeby na imprezie nic nie brał. W ogóle rzadko się go widuje, jak nie jest naćpany.
 - Ej stary, dobrze się czujesz? - zapytałem, kiedy przestał się śmiać.
 - Jasne, czemu pytasz?
 - No wiesz, ty bez dragów...
Chwilę zastanawiał się co powiedzieć.
 - Przedstawiłem ci Jolene, nie? - skinąłem głową. - No, to obiecałem jej, że jeśli ona nie będzie ćpać, to ja też.
 - Taa... Już to widzę - mruknął Duff.
 - Gratulacje, właśnie zgłosiłeś się na ochotnika, by nam towarzyszyć! - sarkastycznie zakomunikował Izzy.
 - Co?! Mowy nie ma!
Izzy wziął łyka wina.
 - Się zobaczy.
Poszliśmy z Angelą do Slasha i Axla, bo akurat pili razem. Slash zmierzył ją spojrzeniem.
 - I co myślisz? - zapytał Axl.
 - Nie lepsza od Ingrid - stwierdził po chwili.
 - Ingrid? - ożywiła się Angela. - Maiden?
 - Taak, a co, znasz ją?
 - To moja najlepsza przyjaciółka.
Slash i Axl popatrzyli na siebie. Hudson wydał z siebie przeciągły gwizd. Wiecie, taki, jak na przywołanie psa.
 - Ej, Stradlin! - zawołał. Chłopak odwrócił się w jego stronę. - Masz tutaj przyjaciółkę swojej dziewczyny!
Izzy patrzył na niego i było widać co myśli: 'On już nie powinien pić'. Slash wstał, złapał Angelę za rękę i zataczając się podszedł do stolika Izzy'ego.

Izzy:
 I chuj. Uparli się, żeby zrobić tą jebaną imprezę urodzinową. Ingrid dostała opierdol od rodziców i zakaz wychodzenia z domu. No i po cholerę mi urodziny, jak nawet mojej dziewczyny nie ma? Tak, mojej dziewczyny. Podczas gdy wszyscy się zajebiście bawili, ja siedziałem cicho przy stoliku, próbując nie rzucać się w oczy. Wychlałem troche. Nawet nie mogłem nic wziąć, bo obiecałem, że nie będę ćpać. Nie myśleć sobie, że Ingrid mnie zmusiła, to ja zmusiłem ją. Za dużo brała, stanowczo za dużo. I tak na zbyt wiele jej pozwoliłem przez te dwa lata. Taa, znamy się już dwa lata... Wychodzi na to, że ja miałem lat dwadzieścia jeden, a ona... czternaście? O cholera. Dobrze, że wtedy jako-tako nad sobą panowałem, bo to chyba wykroczenie ruchać się z osobą poniżej piętnastego roku życia.
 Tak czy inaczej jakiś czas temu przysiadł się do mnie Duff i pił ze mną, żebym tak sam nie siedział. Też był nieźle wstawiony. Siedzieliśmy, siedzieliśmy, aż tu nagle podchodzi Adler z jakąś dziewczyną. Była niebrzydka, ale też nie jakoś specjalnie ładna. Ujdzie w tłumie, tyle powiem. Przedstawił ją jako Angelę. Adler to chyba już był w swoim świecie. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie. Chciałem się już zbierać do domu, wymknąć tak, żeby nikt nie zauważył, ale nie, kurwa, Slash czegoś ode mnie chce. Coś tam krzyczy, coś bełkocze. Podszedł do mnie i pociągnął Angelę (?) za sobą.
 - Patrz - rozkazał. - Widzisz?
 - Ślepy nie jestem, jeśli do tego zmierzasz.
 - To jest Angela, widzisz? - ha, czyli dobrze zapamiętałem imię. - Ona się przyjaźni z Jolene, znaczy się z Ingrid... No, z twoją dziewczyną, wiesz.
Slash całkowicie stracił świadomość i zaczął latać po Rainbow, śpiewając na całe gardło. Angela popatrzyła za nim, po czym skierowała spojrzenie na mnie.
 - Więc Ingrid ma chłopaka? - zapytała siadając tam, gdzie wcześniej siedział Duff.
Już go tam nie było, bo poszedł tańczyć ze Slashem, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.
 - Wychodzi na to, że ma - odpowiedziałem.
 - Nigdy nic mi nie mówiła.
 - Może dlatego, że ci kretyni sobie to wymyślili. Jeszcze jej nie zapytałem.
 - A zamierzasz? - uśmiechnęła się.
 - Nie wiem - skłamałem. To chyba oczywiste, że po tym wszystkim... - Może tak, może nie. Dobra, ja idę, może jeszcze kiedyś pogadamy.
Wstałem szybko i wyszedłem. Nareszcie wolny! Nawet nie byłem tak pijany, jak myślałem. Nie spieszyłem się, bo Axl i tak miał iść do Giny. Najwyraźniej spędzę tę noc sam. Wolnym krokiem zmierzałem do domu. Była pełnia, cóż za zbieg okoliczności. Miałem przed oczami poprzednią noc, kiedy szedłem tą drogą z Ingrid. Było niemal tak jasno jak teraz. Prawie wtedy biegliśmy. Zatrzymaliśmy się w połowie drogi, a ona wskoczyła mi na plecy... Nawet nie wiem, kiedy znalazłem się pod swoimi drzwiami. Były otwarte, co było do przewidzenia, bo są zamknięte tylko wtedy, kiedy nie mam kluczy. Ech, rzeczy martwe mnie nienawidzą. Wszedłem do mieszkania, odwiesiłem kurtkę. Wszystko było tak samo, ale inaczej. Drzwi sypialni były uchylone, w środku paliło się światło. Ale... JAK?! Ja wychodziłem ostatni i żadne światło się wtedy nie paliło. A teraz się pali. Poszedłem to sprawdzić. Zajrzałem do pomieszczenia i mało nie zszedłem na zawał. Na łóżku siedziała Ingrid. Myślałem, że to tylko moje przywidzenie, że jednak jestem pijany. Ale nie, to się działo naprawdę.
 - Wszystkiego najlepszego - odezwała się.
Nie panowałem nad sobą kompletnie. Podszedłem do niej i padłem na kolana przed łóżkiem.
 - Jak..? Skąd..? - wybełkotałem.
 - Naprawdę myślałeś, że ominęłabym twoje urodziny? - zaśmiała się. - No wstawaj, powtórzymy to, co robiliśmy wczoraj.
Patrzyłem jej w oczy przez dłuższą chwilę. Czy jest na tej planecie szczęśliwszy człowiek ode mnie?

Duff:
 - Kocham cię, stary... - wybełkotał Slash.
 - Ja ciebie bardziej! - odpowiedział Steven.
Zaczęli się kłócić który kogo kocha bardziej. Przerwali dopiero, kiedy sytuacja zrobiła się gejowska. Z jakimi kretynami ja żyję, no nie mogę... No ale dobra, tym razem im wybaczę, wypili jakieś cztery butelki różnych alkoholi (po cztery dla każdego, rzecz jasna). Mają prawo być pijani. Razem ze mną tej sytuacji przyglądała się Angela. Chyba tylko Adler może uważać, że jest jakoś wybitnie piękna. Ach, jeszcze Axlowi się podoba, ale ona nie ma za grosz gustu. Angie jest, hm... przeciętnej urody, tak, to dobre określenie. Może jutro, jak wytrzeźwieję, będzie ładniejsza. Chociaż zwykle w takich sytuacjach dziewczyny stają się brzydsze. Cholera. Dobra, chuj z tym, nie zaszkodzi z nią pogadać. Jeśli oczywiście się da, bo chyba też już swoje wypiła. Siedziała z głową opartą o moje ramię.
 - Ej, Angie?
 - No?
 - Żyjesz? - wiem, wiem, sensowne pytanie, nie musicie mnie chwalić.
 - Nie bardzo, a ty?
 - Zdycham. Może odprowadzić cię do domu? - od kiedy jestem taki wspaniałomyślny?
 - A ja wiem. Chyba nie dasz rady tam dojść.
 - A ty to niby dasz? Poza tym, jestem mniej pijany niż ty.
 - Nie jesteś - stwierdziła.
 - No dobra, nie jestem, ale mam większą tore...tolel... torel... to-le-ran-cję - ech, nigdy nie potrafiłem tego wypowiedzieć po pijaku - na alkohol niż większość ludzi.
Prychnęła lekceważąco.
 - Proooszę cię, wypiłam dziś trzy butelki wina i jedną wódki. Widać po mnie?
 - No... Niby nie, ale chyba jednak nie jest bezpiecznie wracać takiej dziewczynie jak ty, po nocy, samej.
Zamilkła na chwilę.
 - Po prostu liczysz, że dokończymy po drodze, co zaczęliśmy w kiblu, prawda?
 - Jestem aż tak przewidywalny?
Zaśmiała się. Ostatecznie wyraziła zgodę, bym jej towarzyszył w drodze do domu. Nie miała z tego baru daleko. Kilka minut, jeśli się znało skróty. A ona znała, tylko zapomniała, bo była pijana. Zabłądziliśmy kilka razy. Cały czas śmialiśmy się nie wiadomo z czego. Boże, jakie to było pojebane! Dwóch pijaków, którzy zajmują całą drogę. Raz wpadłem przez to do rowu. Nie chciało mi się wychodzić, wierzcie mi. Angie próbowała mnie wyciągnąć, ale co może takie chuchro? Sama też wpadła do tej dziury. Leżeliśmy i opalaliśmy się pod księżycem.

wtorek, 22 kwietnia 2014

R. 3

Ingrid:
 O pierdolę, moja głowa... Gdzie ja w ogóle jestem? Nie miałam siły się jakoś szczególnie ruszać, więc obróciłam się tylko na drugi bok. A tam co? Izzy. No nie, teraz to chyba jednak wstanę. Udało mi się ustalić moje położenie geograficzne. Leżałam na podłodze, obok kanapy, u Izzy'ego w mieszkaniu. Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej. Pierdolę, co się stało z moim ubraniem?! Rozejrzałam się. Axl chyba nie wrócił. Nie znalazłam moich ukochanych, dżinsowych szortów, ale w okolicach okna wypatrzyłam bluzkę. Czy raczej to co z niej zostało. Boże, co my wczoraj robiliśmy? Udało mi się ogarnąć, że jest dopiero 15, więc stwierdziłam, że budzenie Izzy'ego nie ma większego sensu. Ubrałam się w pierwszą z brzegu koszulę. To jakiś pojebany zwyczaj, że zawsze rano kobieta ubiera koszulę swojego faceta? Nie, chwila, co ja bredzę? Izzy to nie jest mój... A może jest? Nie wiem. Ech, więcej z nim nie piję. No cóż, moja śpiąca królewna z nieznanych przyczyn się obudziła (to na pewno nie miało związku z tym, że przed chwilą jebłam pustą butelką o ścianę).
 - Jezu, Ingrid, co ty odpierdalasz? - zapytał zaspany.
 - Ja? A co my wczoraj odpierdalaliśmy?
 - O co ci chodzi? - jak zwykle nie ogarniał o czym mówię.
Wpatrywałam się w niego dłuższą chwilę.
 - Przeleciałeś mnie?
 - Nie! - prawie krzyknął, a potem dodał: - Nie wiem... Chyba nie... Nie pamiętam.
Kac morderca nie ma serca.
 - No to mamy problem, bo ja też nie - usiadłam na kanapie. - Ubrałbyś się może?
Rozejrzał się po mieszkaniu i zatrzymał wzrok na mnie.
 - Nie mogę, masz na sobie jedyną czystą koszulę... Czemu masz na sobie moją koszulę?
 - Odgarnij grzywkę z oczu i popatrz, co zostało z mojej - wskazałam na kawałek podartego materiału.
 - O cholera... Powiedz, że to nie ja!
Wzruszyłam ramionami. Izzy schował twarz w dłoniach.
 - Ja pierdolę, a tak się starałem...
 - No już, nie przeżywaj - powiedziałam i chciałam już zdjąć jego koszulę, ale mnie powstrzymał.
 - Pojebało cię?! Nie będziesz mi tu chodzić nago.
 - No ty tym bardziej nie. Poza tym, nie zjadłeś chyba mojego stanika, nie?
 - To nie jest śmieszne - mruknął.
 - Trochę jest - wyszczerzyłam się.
 - Zastanawiałaś się już, co powiesz starym? Bo mam pewną sugestię: - odchrząknął teatralnie - 'Moja kochająca, wyrozumiała rodzicielko, nastąpiły pewne okoliczności, które uniemożliwiły mi uczęszczanie do szkoły. Zostałam mianowicie zaproszona na szklaneczkę soku, jednakże po kilku minutach zamieniło się to w libację alkoholową. Jest mi niezmiernie przykro również z tego powodu, iż skorzystałam z noclegu udzielonego mi przez mego zacnego przyjaciela i nie przybyłam na tę noc do domu.' Co o tym sądzisz?
Facepalm.
 - Nie no, nie wierzę, że zdałeś maturę tylko na 2! - roześmialiśmy się oboje. - Nie mogę po prostu powiedzieć, że się schlałam w trupa i urwał mi się film? I dodać, że za 9 miesięcy mogę wrócić do domu z bachorem?
Zamyślił się, po czym stwierdził:
 - Nie. Tak jest niedostatecznie poetycko.
Przewróciłam oczami. Zdjęłam koszulę Izzy'ego, więc siedziałam w samej bieliźnie i zgadnijcie, co się wtedy wydarzyło (poza tym, że Stradlin wpatrywał się we mnie, jakby nigdy cycków na oczy nie widział)? Wrócił Axl. Zajebiście, nie? Dobrze, że miał problemy z otworzeniem drzwi, to się przynajmniej owinęłam kocem i schowałam za Izzym, ale co mi to da stanąć za takim patyczakiem? No właśnie.
 - Słuchaj Izzy, mam zaje... Co ty robisz z tą dziwką?! - krzyknął, kiedy już mnie zauważył.
 - Sam chciałbym wiedzieć - odparł Izz spokojnie. - Coś się stało?
Patrzył na mnie jeszcze chwilę, po czym zakomunikował radośnie:
 - Gramy koncert!
 - Co?! - krzyknęliśmy równocześnie.

*Kilka godzin wcześniej, Rainbow*

Axl:
 - Co ty tutaj robisz?! - usłyszałem słodki, melodyjny, wkurwiony głos.
 - No, wiesz... Ech, nastąpiły pewne zmiany w naszym planie i... A w ogóle ślicznie wyglądasz, wiesz?
 - O nie, nie, dzisiaj ci się nie uda - syknęła moja kochana dziewczyna. - To ja haruję jak wół, żeby jakoś wyżyć, a ty mi to wszystko przepijasz?!
Spuściłem wzrok.
 - Po pierwsze... - zacząłem cicho - dzisiaj stawiał Izzy... No a po drugie: co ty mi się tutaj z jakimś fagasem mizdżysz?!
Gina schowała twarz w dłoniach, jak to często robiła, kiedy nie pojmowała mojej głupoty.
 - To jest kierownik tego parszywego miejsca, kretynie. Próbowałam wam ustawić jakiś koncert.
Od razu się ożywiłem.
 - I co? Jak ci poszło? - dopytywałem się.
 - No cóż... - zrobiła pauzę - macie zabukowane poniedziałki.
 - Żartujesz?! Nie wierzę! - chciałem zacząć skakać ze szczęścia.
Poniedziałki to w sumie nie powód, żeby się cieszyć, zawsze jest wtedy najmniej osób, ale co tam! Mamy ten występ! Damy nasz pierwszy, zajebisty koncert, a wszyscy ci pojebani goście w garniakach, co zawsze siedzą z tyłu, zobaczą, jaki świetny zespół mają pod nosem. A potem podpiszemy dłuuugi kontrakt i wydamy mnóstwo płyt i...
 - Bill! Słuchasz mnie?
 - Nie - odparłem, po czym odpuściłem bar.
Gina coś za mną krzyczała, ale co tam. Na czym to ja skończyłem? A tak, od cholery płyt i każda laska będzie nasza. Coś jeszcze... Właśnie! Miliony na koncie, to jest to! Tylko najpierw musimy zagrać ten koncert... Damy radę, jak już mówiłem, przecież jesteśmy zajebiści. Zagramy Mama Kin, albo Nice Boys, albo... Tak! Pojedziemy z grubej rury i zagramy My Way Your Way! Tylko żeby się chłopaki nie naćpali zbytnio, bo jakoś ostatnio na próbach jak Izz skombinował 'trochę' koki, to Slash 'trochę' odleciał i 'trochę' nie dawał rady grać. Pierdolić go, mają wszyscy ci kretyni być perfekcyjnie przygotowani!
 Miałem iść do domu, ale wstąpiłem jeszcze do Michelle i zostałem dłużej... Ach, Michelle. Jakby ktoś kiedyś był przejazdem w LA i szukał sobie dziwki, to polecam Michelle. Izzy też ją lubi. I Adler. Duff też. A Slash to chyba najbardziej.

Izzy:
 Miałem taki sen, w którym pieprzyłem się ładnych pare godzin z Ingrid... Ja pierdolę, jakie to było zajebiste! Kiedy się obudziłem okazało się, że to chyba nie był sen. A obiecałem sobie, że do niczego nie dojdzie, no szlag by to trafił. Ona ma szesnaście lat, cholera, nawet dla mnie to jeszcze dziecko. Ja za to kończę jutro dwadzieścia trzy... Ech, jestem stary. Żaden normalny człowiek nie powie, że dwudziestotrzylatek jest osobą starą, ale biorąc pod uwagę ile już przeżyłem, to jednak młody nie jestem. A może jestem? Chuj wie. "Chuuuuuuj nie ma móóóóóózguuuu", usłyszałem w głowie głos McKagana. Zawsze tak mówi. A właśnie. Nie wiem, co ma do tego Duff, ale gdzie do cholery jest Axl? Bo chyba jakby wrócił do domu i zastał mnie z Ingrid w takich okolicznościach, to by nas obudził i się wkurwiał. Jak zwykle zresztą. Jak wtedy, kiedy została tutaj Marie... Odnoszę wrażenie, że Axl nie lubił żadnej z moich dziewczyn. A co jego to obchodzi z kim ja się rucham?! Jak tak o tym myślę, to on mnie wkur... Wywołuje negatywne emocje.
 Wracając do Ingrid, boję się myśleć, że to, co mi się rzekomo śniło, wydarzyło się naprawdę... Ale wszystko na to wskazywało. Podarłem jej bluzkę, a spodnie wyrzuciłem przez okno. Jakby tego było mało, spijałem z niej wino, co też pozostawiło swoje ślady. Moje ubrania również nie wyszły z tego cało. Udawałem, że nie pamiętam niczego. Po co mam jej to mówić? Może z czasem sama sobie przypomni, może nie. Tak czy inaczej, nie wydaje się bardzo przejmować ewentualnością utraty dziewictwa w wieku lat szesnastu.
 Moje przemyślenia (Jezu, od kiedy ja myślę?) przerwał powrót Axla. Ingrid owinęła się w jakiś koc, bo wcześniej, mimo moich protestów, zdjęła koszulę i siedziała w samej bieliźnie. Rose się oczywiście wkurwił, ale po chwili ochłonął i zakomunikował, że gramy koncert.
 - Stary, co ty brałeś? O jakim koncercie bredzisz? - zapytałem spokojnie.
 - Nic nie brałem, gramy koncert! - oburzył się. - Gina przekonała kierownika Rainbow, żeby nam pozwolił grać w poniedziałki.
 - Mówisz poważnie?
Skinął głową i nienawistnie wpatrywał się w skuloną za mną postać. Ingrid schowała się jeszcze bardziej, usiłując uniknąć jego wzroku. Jak zwykle nic nie mogłem na to poradzić. Kiedyś spytałem Axla czemu tak jej nie lubi.
 - Bo to dziwka. Złamie ci serce - odpowiedział.
 - Co? Od kiedy ty się martwisz o moje pieprzone serce? - zamilkł i to był już koniec rozmowy. Nie rozumiem go, nosz kurwa, nie rozumiem!
 Zasugerowałem Ingrid, żeby już poszła. Pojawiła się bardzo istotna kwestia mojego kretynizmu. W czym ona wróci do domu? Dlaczego rozszarpałem jej bluzkę i wywaliłem spodnie przez okno?! Tak serio, dlaczego? Nawet dla mnie to nie miało sensu. Ale cóż... pijany byłem, nie? Jeszcze niedawno u nas w mieszkaniu były jakieś damskie ubrania, a teraz jakimś magicznym sposobem się ulotniły. Szlag by to trafił. Nagle do mieszkania wbiła Gina. Miałem zamiar ją... wykorzystać. Wlepiła gały w Ingrid, jakby prawie naga dziewczyna to było u nas coś niezwykłego.
 - Gina, pomożesz nam? - zapytałem z nadzieją.
 - W czym?
Chwilę zbierałem myśli.
 - Ech, no bo widzisz... Jak wróciliśmy z Rainbow to byliśmy z deczka napruci i w ogóle... No... Nieważne, grunt, że Ingrid nie ma w czym wrócić do domu. Mogłabyś jakoś pomóc? Proszę...
Jako iż Gina Axlem nie jest, zlitowała się nad nami i pozwoliła wziąć jedną z sukienek, które kiedyś tutaj zostawiła. Ingrid cicho podziękowała i zniknęła za drzwiami pokoju Rose'a. Odpaliłem Ginie działkę koki za pomoc. Chwilę potem wyszła i zabrała Axla. Ingrid wyłoniła się z pokoju w niezbyt dopasowanej sukience, bo była jednak trochę drobniejsza od Giny. Cholera, jej we wszystkim ładnie.
 - Idziemy? - zapytała cicho.
 - Jasne.
Wziąłem ją pod ramię i odprowadziłem pod same drzwi jej domu. Kiedy byliśmy na jej ulicy zatrzymała się.
 - Izzy... - zaczęła - wiem, że jutro są twoje urodziny, ale... Wątpię, żebym miała jakiekolwiek szanse wyrwania się z domu - to powiedziawszy zaczęła mnie całować. Staliśmy na samym środku ulicy, na widoku, ale co mi tam! Kiedy skończyliśmy Ingrid westchnęła tylko i szepnęła:
 - Tak jest o wiele lepiej niż po pijaku.
Zaśmialiśmy się i ruszyliśmy dalej.

Slash:
 Siedzieliśmy u nas w mieszkaniu i we trójkę zdychaliśmy. Nie wiem czemu Popcorn też, bo teoretycznie tu nie mieszka. Zamieszkuje ze swoją Jessicą jakąś dziurę w szemranej dzielnicy, a i tak wiecznie u nas przesiaduje. No ale co poradzić, jesteśmy za niego odpowiedzialni, to w końcu nasz pudel, yep? A jak już jest, to się przynajmniej do czegoś przydaje. Nauczyliśmy go przynosić piwo, zapamiętał na którym kanale są pornole... Ogólnie to bardzo grzeczny piesek, tylko żeby jeszcze tyle nie nawijał! Wkurzające, wkurzające w cholerę. Nie no, żartuję, Adler jest zajebisty. Ale nie jak się ma kaca, no proszę, ile można?! Nosz kurwa, a mogłem tę noc, ten ranek i to popołudnie spędzić z Jolene! Dałem za wygraną i teraz pewnie Izzy ją zgarnął. Ech, jestem słaby.
 Wyszliśmy z baru i zniknęliśmy w ciemnym zaułku. Izzy szukał jakichś prochów, bo jak zwykle zaginęły w jego kurtce. Jolene do mnie podeszła i zapytała, czy nie mógłbym iść.
 - Dlaczego..?
Westchnęła.
 - Nie ważne - zaczęła mnie całować. Trochę trwało, zanim się od niej oderwałem. - Kiedyś ci się odwdzięczę, obiecuję.
 - Noo... - pocałowałem ją jeszcze raz. - Dobra.
Cholera jasna! Tak łatwo się mnie pozbyć. Nie pozostawało mi nic innego jak wrócić do domu i się schlać do nieprzytomności. Ledwo przekroczyłem próg i poszedłem po butelkę Danielsa, a dwa blond pudle zaległy na kanapie. Znaczy się jeden na kanapie, drugi na podłodze. Ech... Mi pozostała sypialnia, ale jaki z niej pożytek, jak się nie ma kobiety. Odłożyłem whisky na stolik nocny, zarzuciłem na siebie kurtkę i poszłem sobie jakąś sprowadzić. Najpierw odwiedziłem Michelle, ale kiedy stałem pod jej drzwiami, usłyszałem, że jest zajęta. Trzeba dodać, że zajęta Axlem, och shit, Gina się wkurzy. Dobra, Michelle odpada to może... Hmm, jej siostra? Jest trochę młodsza, ale co tam. 'Trochę' znaczy, że ma 15 lat. Chuj z tym, jest zajebista, więc w czym problem? Przeszłem pare metrów korytarzem i zapukałem do innych drzwi. Otworzyła mi śliczna, młodziutka brunetka.
 - Cześć Saul - uśmiechnęła się słodko.
 - Masz czas? - zapytałem.
 - Maam, wejdziesz? - puściła do mnie oczko.
 - Jeszcze pytasz?
Zostałem u niej trochę... Wyszedłem koło południa. Axl nadal był u Michelle. Wróciłem do domu, Daniels grzecznie czekał na mnie na nocnym stoliku. Dobrze, że ten pudel, z którym mieszkam woli wódkę. Położyłem się i wreszcie zasnąłem. Coś koło 3 z wielkim hukiem wbili Axl i Gina i zakomunikowali, że w poniedziałek gramy koncert. Axl zabronił ćpać. Żeby tego małego, rudego człowieczka piekło pochłonęło! Pieprz się, nie będziesz mi mówić co mam robić! Będę chciał się naćpać to się naćpam i chuj!
 - Ej, czy ktoś nie zapomniał o innej ważnej rzeczy? - odezwał się Duff.
 - O czym mówisz? - zapytał Axl.
 - No wiesz... Jutro? - nikt nadal nic nie ogarniał. - Jutro są urodziny Izzy'ego wy tępe chuje!
 - Wypraszam sobie - fochnęła się Gina.
 - Dobsz, tępe chuje i tępa cipo - mruknął McKagan.
Miał fart, że go nie usłyszała.

piątek, 18 kwietnia 2014

R. 2

Slash:
Znacie takie uczucie, kiedy ktoś zamiesza wam w głowie? Język się plącze i cokolwiek byś nie powiedział, zabrzmi głupio i bezsensownie. Tak, to była właśnie taka sytuacja. Kiedy tylko zjawiła się Jolene poczułem się, jak jakiś niedoświadczony gimnazjalista. Nie potrafiłem zachowywać się przy niej normalnie. JA! Saul Hudson, który w ciągu swego dwudziestoletniego życia zaliczył już więcej lasek niż wielu znacznie starszych. Jezu, czułem się przy Jolene tak głupio, że od razu włączył mi się mechanizm obronny. Schowałem się pod moimi zajebistymi loczkami, tak żeby mnie nikt nie widział. Zwykle taka akcja dawała +50 do niewidzialności, ale jakoś nie wtedy. Jolene wpatrywała się we mnie jeszcze częściej, kiedy się ukryłem. Zaprzestałem tego działania, bo nie miało sensu, a tak przynajmniej mogłem bezkarnie się na nią gapić. Nie wiem czemu, ale bardziej interesowała się Duffem. Nie, nie podobało mi się to. W niektórych chwilach chciałem wydrapać tej farbowanej blond żyrafie oczy, ale pocieszał mnie fakt, że Axl się nią nie zajmował, a Popcorna w ogóle nie zauważała. Jemu to nawet nie przeszkadzało, bo od paru tygodni nam się chwali 'jaka ta jego Jessica jest cudowna'. Raz zawinęliśmy go w dywan i wrzuciliśmy do wody, żeby się zamknął. Nie śmiać się, wam też za 21564856412 (badania wykazały, że każdemu normalnemu człowiekowi bez trzech promili alkoholu we krwi nie będzie się chciało przeczytać tej liczby) razem takiego powtórzenia by się zachciało rzygać. Jak już jesteśmy przy dziewczynie Adlera, to coś sobie wyjaśnijmy. Jessica jest tak samo wkurwiająca, tak samo wiecznie zadowolona z życia, tak samo niewyżyta i ma tak samo pudlowaty fryz. W skrócie: Popcorn umawia się ze swoim żeńskim odpowiednikiem. Nie sądziłem, że może istnieć drugi taki Steven, ale jak się okazało może i ma na imię Jessica. To niepokojące, że są tacy sami. No, prawie tacy sami. On ma cycki, a ona ma dywan. Albo odwrotnie, who cares.
A wracając do chwili obecnej, Jolene, Duffa, Rainbow, alkoholu i Malboro... Chwila, kto mi zajebał fajki?! Który pudel ma moje kochane szlugi?! Trąciłem ramię Duffa.
 - Stary, widziałeś moje fajki? - zapytałem cicho.
Popatrzył na mnie zdezorientowany.
 - Wziąłeś je w ogóle ze sobą?
 - No wziąłem, przecież dawałem Izzy'emu...
Wtedy nastąpił Duffowy facepalm.
 - Ja pierdolę, stary, weź się obudź, to on tobie dawał.
Jolene się zaśmiała. Chciałem zapaść się pod ziemię! Święty Hendriksie, dlaczego wychodzę przy niej na takiego idiotę?! Miałem nikłą nadzieję, że ta butelka (druga butelka, trzeba dodać) whisky, którą właśnie kończyła skutecznie wymaże jej ten incydent z pamięci.
 - Izzy, masz może jakieś prochy? - usłyszałem.
 - Nie powinnaś chyba brać... Trochę wypiłaś i w ogóle...
 - No co ty, mi nie dasz?
Uśmiechnęła się słodko. Izzy też człowiek, zmiękł.
 - Jak ty mnie wykorzystujesz - powiedział sarkastycznie, kiedy wstawali.
 - A to jeszcze nie szczyt moich możliwości - puściła do niego oczko.
Po chwili wahania Izzy spytał:
 - Slash, idziesz z nami?
Ucieszyłem się cholernie. Bądź co bądź, łatwiej zaliczyć naćpaną laskę. Próbując ukryć emocje rzuciłem tylko:
 - Ja bym nie poszedł?

Izzy:
Okazało się, że tylko Axl jest sceptycznie (mądre słowo) nastawiony do Ingrid. Reszta ją polubiła, nawet za bardzo. Slash gapi się na nią jak na kawałek mięsa. To, że tyle uwagi poświęca McKaganowi też niezbyt mi się podoba, ale jakoś to przeboleję. W pewnej chwili Ingrid wzięło na dragi. Ha! Nareszcie mam władzę. No cóż, nie trwało to długo, bo jakoś tak też poczułem chęć zażycia środków odurzających (nawalenia się). Wyszliśmy na dwór we trójkę: ja, Ingrid i Slash. Oczywiście wolałbym wersję bez Hudsona, ale bałem się, że mogę posunąć się za daleko sam na sam z moją kochaną 'przyjaciółką'. Dziwne, bo ćpaliśmy w swoim towarzystwie już z pierdylion razy. Dopiero tego wieczora ogarnęło mnie uczucie, że może mnie ponieść. Ale gdyby tak jednak pozbyć się Slasha... Nie, stop! To tylko moja przyjaciółka, tylko przyjaciółka... Jebać to, jest zajebista.
 Byliśmy za Rainbow, w jakiejś ciemnej uliczce. Poszperałem po wszystkich kieszeniach w poszukiwaniu jakichś prochów. Cholera, wiem, że coś zabrałem, ale gdzie to jest? Nagle poczułem na sobie drugą parę rąk.
 - Może ci pomogę? - zapytała Ingrid figlarnie.
Rozejrzałem się.
 - Gdzie, do chuja Pana jest Slash?
 - Aaa, poszedł gdzieś... - powiedziała, po czym mnie pocałowała. Odepchnąłem ją niechętnie.
 - Jesteś pijana - powiedziałem w końcu.
 - To chodźmy do twojego mieszkania - nie dawała za wygraną. - Tam nie będę.
Chciałem mimo wszystko wysłać ją do szkoły, ale skoro tak się rozwija sytuacja... Nie, nie wydaje mi się to dobrą opcją. Najwyraźniej jestem pieprzonym egoistą.
 - Będziesz, ale i tak chodźmy.
 - No, nareszcie.
Chyba źle oceniłem jej trzeźwość, bo naprawdę była całkiem świadoma i nie sprawiała wrażenia nachlanej. Ach, ta norweska krew. Wziąłem ją pod ramię i ruszyliśmy w stronę mego zacnego mieszkania. Dotarliśmy tam w rekordowym czasie. Która mogła być godzina? Cholera, żeby tylko Axl nie wrócił za szybko... Staliśmy pod drzwiami, kiedy uświadomiłem sobie, że nie mam kluczy.
 - I co teraz? - zapytała Ingrid całkiem przytomnie. - Zaczekamy na Axla?
 - Nie no, coś ty... - starałem się sprawiać wrażenie, że panuję nad sytuacją.
Nie miałem najmniejszej ochoty wracać się do chłopaków, ani tym bardziej czekać aż wrócą. Na klatce było zimno, więc wielkodusznie oddałem Ingrid moją kurtkę, żebym to ja zamarzał, a nie ona. Po kilku minutach uświadomiłem sobie pewien fakt. Podszedłem do sąsiednich drzwi i zapukałem. Ingrid przytuliła się do mnie (w niewiadomym celu). Trochę to trwało, ale sąsiadka raczyła otworzyć drzwi.
 - Czego chcesz, pijaku? - można się chyba domyślić, że nie darzy mnie sympatią.
 - Przepraszam, że tak późno panią niepokoję... - powiedziałem z miną niewiniątka. - Mój współlokator gdzieś sobie poszedł i nie mam kluczy...
Popatrzyła pogardliwie na Ingrid.
 - A ona to kto? Za młoda na dziwkę. Chociaż, cholera tam wie, co się z tą dzisiejszą młodzieżą dzieje...
 - To moja kuzynka, proszę pani. Dopiero co odebrałem ją z lotniska.
Baba jeszcze raz zmierzyła nas spojrzeniem, po czym zniknęła w głębi mieszkania. Wróciła z moimi kluczami. Wiedziałem, że to się wreszcie na coś przyda.
 - A jeśli usłyszę chociaż jeden dźwięk, to mówię ci Stradlin, nie pomieszkasz tu długo - zatrzasnęła drzwi.
Ledwo udało nam się stłumić śmiech.
 - Otwórz to cholerstwo, jesteś chyba mniej pijana - poprosiłem, gdy nie mogłem trafić w dziurkę (bez skojarzeń) od klucza.
Jej też nie udało się za pierwszym zamachem. Postaliśmy tam jeszcze chwilę, ale ostatecznie dostaliśmy się do środka. W mieszkaniu było wręcz nieskazitelnie czysto (czytaj: na żyrandolu nie było ŻADNYCH staników). Ingrid była cholernie podjarana, a ja nie chciałem jej tknąć. Całowaliśmy się, ale do niczego więcej nie doszło. Pierdolę, no tylko Izzy Stradlin tak potrafi. Naprawdę myślałem, że coś między nami zajdzie, ale...
 Nie żeby było ze mną coś nie tak, po prostu szanuję kobiety. Zwłaszcza kobiety, które jeszcze nie są całkiem kobietami... No właśnie. Ingrid kiedyś powiedziała, że jeszcze nigdy się z nikim nie pieprzyła. No i to była ta bariera. Przecież, jakby nie patrzeć, była wtedy pijana, nie wiedziała co robi. Nie, to nie jest łatwe zatrzymać się na starcie, kiedy sobie uświadamiasz, że nie możesz. Ingrid usiadła zrezygnowana na kanapie.
 - Napiłabym się jeszcze - powiedziała z uśmiechem.
 - W sumie czemu nie.
Więc wyszło na to, że schlaliśmy się jeszcze bardziej i, przyznaję bez bicia, urwał mi się film... No cóż, zdarza się, nie?

Steven:
Szkoda, że nie ma dziś Jessici. Jolene jest świetna, ale czuję się nie fair wobec mojej dziewczyny. To, że Jess jest teraz w pracy i haruje, żeby nas utrzymać, a ja chlam sobie z chłopakami też nie jest dobre, ale cóż. Boję się nawet odezwać do Jolene, żeby nic się nie ztentegowało... Ja pierdolę, jaki ze mnie pudel, przecież już nie raz zdradziłem Jess (nie, ja się nie chwalę...) i jakoś to przeżyła. Żyjemy w otwartym związku, no nie? Ona też mi nie jest wierna. Czyli to nie przez nią. Dlatego, że to prawie dziewczyna Izzy'ego? No niby też tak można, ale pannę Duffa przeleciałem bez oporów... Cicho, on o tym nie wie. No to kurwa czemu?! Może dlatego, że jest poza moim zasięgiem? Bo coś mi się zdaje, że ona jest Izzy'ego. Ciekawe, kiedy nam o tym powiedzą...
A wracając do Jess, ciekawe ile razy ona mnie zdradziła. Powiedziała mi tylko raz, ale czy było tego więcej? Bo ja ją chyba zawsze informuję, albo sama się domyśla, jak się zaszywam gdzieś na noc. Jak mówi, że jej to nie przeszkadza, to czemu mam sobie odmawiać przyjemności? Zawsze to lepiej przelecieć jakąś dziwkę, niż naprzykrzać się Jessice, bo ją to czasem wkurwia. A ja nawet pamiętam taki piękny dzień, kiedy Jess chciała spróbować czegoś nowego i przyprowadziła na wieczór swoją przyjaciółkę... Nie, stop, to nie historia dla dzieci, so sorry. Może innym razem.
 - Adler! Pudlu pierdolony, jesteś tam? - usłyszałem.
 - A gdzie mam być? - zapytałem nic nie ogarniając.
 - Zauważ, że usiłuję ci coś powiedzieć od kilku pieprzonych minut.
 - Serio? Cholera, a gdzie ja byłem?
Duff się załamał.
 - Ja jebię... Siedzisz tutaj, z wywalonym ozorem, i gapisz się w sufit, wiesz? - patrzyłem na niego i nawet nie wiem czemu się uśmiechałem. - No dobra, never mind, idziesz do mnie?
 - Coś mi proponujesz?
 - Nie, po prostu nie dojdę do domu o własnych siłach, a Slash się gdzieś ulotnił.
Rozejrzałem się.
 - W sumie mogę iść. Ale po schodach... Chyba nie damy radę po schodach na piechotę.

Axl:
Nie no, nie wierzę. Czemu ci wszyscy kretyni tak polubili tę dziwkę?! No brak mi słów. A ja oczywiście wyszedłem na tego złego. Bo co? Bo powiedziałem im, że to kurwa? Może. I co z tego? Przecież mam rację. Mam pieprzoną rację, a oni niedługo się o tym przekonają. Slash się do niej ślini, aż się niedobrze robi, o Duffie już nie wspomnę. Chyba tylko Adler jest normalny, ale wyłącznie ze względu na Jessicę. Gdyby nie ona, zapewne też by się zachowywał jak te pojebane pudle. No co oni wszyscy w niej widzą? Wygląda całkowicie przeciętnie, gdyby nie te jej rude włosy byłaby jak każda inna. A jednak oni wszyscy mają jakąś schizowatą obsesję na jej punkcie.*
Nie wierzę, że jest święta. Na pewno ma swoje małe grzeszki, a kiedy Izzy się o nich dowie... Uśmiechnąłem się złowrogo. Jakby nie patrzeć, Izz to mój przyjaciel, więc nie pozwolę, żeby się prowadzał z taką... taką... Nie potrafiłem znaleźć odpowiedniego określenia. W tamtej chwili poczułem, że Slash wstaje i sobie idzie. Z Izzym i tą dziwką. Jakąś godzinę później, zataczając się, jakżeby inaczej, z baru ulotnił się Popcorn, ciągnąc za sobą Duffa. Pierdolę, nie zostawiajcie mnie tutaj! Chciałem tak krzyknąć, ale jakoś mi się nie udało. Nie chciało mi się też za nimi iść. Znaczy chciałem, ale na mojej drodze do wolności stał stolik, którego za cholerę nie chciało mi się omijać. Każda próba wstania kończyła się lekkim jebnięciem o blat, ewentualnie podłogę. To chyba przez ten alkohol. Taa, trochę wypiłem, przyznaję, ale... Co do cholery?! NIE! Niech to będzie tylko moja pierdolona wyobraźnia! Ale to nie była wyobraźnia, o czym przekonałem się parę sekund później.

* Z serii 'Jak Axl widzi poszczególnych ludzi' Część pierwsza - ładne dziewczyny, które jeszcze nie dały mu się przelecieć.

wtorek, 15 kwietnia 2014

R. 1


Ingrid:

Jechaliśmy z lotniska. Za 20 minut będziemy na miejscu. Miejscu, którego nigdy jeszcze nie widziałam. Miejscu, które od teraz ma być moim domem. Rodzice kazali mi rzucić wszystko; szkołę, przyjaciół  i pakować się, bo dostali wizę. ''Przeprowadzamy się do USA, kochanie. Kraju perspektyw i możliwości'' - tak mówili. To nie jest łatwe zostawić Norwegię za sobą. Byliśmy już w Los Angeles. Było tak gorąco, tak piekielnie gorąco! Ale było też pięknie. Nas swój sposób to głośne, brudne miasto, którego wtedy nienawidziłam, było piękne. Spalone słońcem ulice, palmy... Mama mówi, że tutaj nigdy nie pada śnieg. To dobrze, bo ja strasznie nie lubię śniegu. Tata zahamował. Dojechaliśmy. Patrzyłam na to, co miałam przed sobą: duży biały dom z ogródkiem. Był naprawdę ogromny, zawsze chciałam mieszkać w takim wielkim domu. Rodzice wysiedli z samochodu, zostawiając mnie z dwu letnią siostrzyczką. Wnosili nasze walizki. Mieliśmy ich naprawdę dużo. Wyszłam z auta. To było takie dziwne uczucie: znalazłam się tysiące kilometrów od domu, od miejsca, w którym się wychowałam, i które darzyłam swoistą miłością. I wtedy znalazłam się w Los Angeles. Tutaj, w Mieście Aniołów, powstał mój najukochańszy zespół, The Doors. W jednej sekundzie pokochałam to miasto. Zwróciłam twarz do słońca i byłam zwyczajnie szczęśliwa. I to szczęście nie opuszczało mnie przez długie lata.
To były akurat wakacje. We wrześniu posłali mnie do nowej szkoły. Miałam fart, bo mi odpuszczali z angielskiego. Wystarczyło udawać, że nie rozumiem co do mnie mówią. Znalazłam kilka osób wartych bliższego poznania. W szkole nie nazywali mnie Ingrid. Oczywiście na moją prośbę. Kiedy tylko znaleźliśmy się w USA to imię zaczęło mi się wydawać takie idiotyczne. Dla świata byłam Jolene. Ktoś to wymyślił, kiedy stwierdził, że odpowiadam opisowi z piosenki Dolly Parton.
''Your beauty is beyond compare
With flaming locks of auburn hair
With ivory skin
And eyes of emerald green''
Nie powiem, schlebiało mi to. Ale cóż, wszystko ma swoje minusy. Przez te moje szmaragdowe oczy, rudawe włosy i trupio bladą cerę wszyscy myśleli, że jestem z Irlandii. Tak, sama wtedy wolałam być Jolene niż Ingrid. Czasami śmiali się jeszcze z mojego nazwiska. Mówili, ze po angielsku ''Maiden'' oznacza tyle co ''dziewica''.
Jedyna rzecz, która się nie zmieniła, to moja miłość do poezji. To był mój wieczorny rytuał. Puszczałam płytę Doorsów, a jeśli to mi nie wystarczało, czytałam wiersze. Wtedy znowu byłam w domu. Przenosiłam się do Norwegii, nie było mnie dla nikogo.
Powoli wszystkie te pieprzone obowiązki i inne bzdety zaczynały mnie męczyć. Nie miałam już na nic siły, a egzaminy zbliżały się wielkimi krokami. Nie mogłam normalnie funkcjonować. Nawet moja przyjaciółka nie umiała mi pomóc. Czasami po prostu nie dawałam rady wstać z łóżka. Potrafiłam tak leżeć całymi dniami, aż w końcu rodzice zaczęli się chyba martwić, bo przyszedł lekarz. I to nie jakiśtam lekarz, tylko psycholog. A no chyba, że psychiatra, nie znam się. Pamiętam to jak przez mgłę. Po długiej rozmowie padł wyrok: ciężka depresja i cośtam jeszcze. Początki schizofrenii, o ile dobrze zrozumiałam. Potem dał mi jakieś pigułki. Odkąd zaczęłam je łykać czułam się coraz lepiej. Nie odczuwałam już takiego zmęczenia, a natłok myśli przerzucałam na papier. Ogólnie było dobrze. Parę miesięcy potem, lekarz stwierdził, że nie potrzebuję już tabletek. I znowu zaczęłam się czuć beznadziejnie. Wtedy do mnie dotarło, że jestem uzależniona. Nie zamierzałam nic z tym zrobić, poza pielęgnowaniem tego uzależnienia. No i... tak poznałam Izzy'ego.
Poszłam wtedy na spacer po Sunset Strip. Izzy sterczał w jakimś ciemnym zaułku, próbując nie rzucać się w oczy. Byłam pewna, że jest albo dealerem, albo dziwką, ale stawiałam bardziej na to pierwsze. Wpatrywałam się w niego chwilę, rozważając nad moją depresją. Podeszłam i nie wiem jak to się stało, że udało mi się wreszcie kupić trochę heroiny. Wracałam do niego regularnie, aż stałam się stałą klientką. Pamiętam taki dzień...
Potrzebowałam wtedy naprawdę dużej działki. Izzy zmartwił się trochę.
 - To nie jest bezpieczne tyle brać. Wiem z własnego doświadczenia. Może trochę przystopuj, co?
 - Nie umiem.
Wpatrywał się we mnie chwilę.
 - Chodź - powiedział. - Spróbuję ci pomóc.
 - Nie potrzebuję pomocy...
 - Uwierz mi, potrzebujesz. Ciebie akurat nie chcę mieć na sumieniu.
Nie do końca ogarnęłam o co mu chodzi, ale ostatecznie poszłam z nim. Całą drogę usiłował mi wytłumaczyć, że heroina jest pieprzoną śmiercią, chociaż on sam ją bierze. Użył sformułowania "ja już się z tego nie wygrzebię, ale ty jeszcze masz szansę". Pierdolę, ze wszystkich dealerów w całym LA trafił mi się taki, który zachęca do odwyku. Ja to mam szczęście.
 - Jolene, wydajesz się być naprawdę świetną dziewczyną, wiesz? Heroina cię zniszczy, spieprzy ci życie.
 - A może ja chcę mieć spieprzone życie? Poza tym, jesteś dealerem, do cholery! Powinieneś mi raczej wmawiać jak bardzo hera pomaga.
Zamilkł na chwilę.
 - Ale to nie prawda. Dlaczego mam cię okłamywać?
Zatrzymał się. Oznajmił, że jesteśmy na miejscu. Jakiś stary, obskurny budynek. On naprawdę tu mieszka? Dosyć długo wędrowaliśmy po korytarzu, zanim trafiliśmy do właściwych drzwi. Izzy otworzył je i weszliśmy do środka. No cóż, wystrój nie powalał na kolana. Malutki pokoik z kanapą, stołem i chuj wie czym jeszcze. Jeśli znajdowały się tam jakieś inne meble, to śmieci skutecznie je ukryły. Puste butelki, pudełka, ubrania (damskie i męskie)... Jedynym miejscem wolnym od śmieci był wzmacniacz, na którym stała gitara. Ledwo można się było przemieszczać. Ale atmosfera była pozytywna.
Przez kilka dni przychodziłam do niego, a on uczył mnie ''jak ćpać, żeby się nie zaćpać''. Powiem, że nieźle się poznaliśmy. Wręcz zaprzyjaźniliśmy. Przedstawił mnie swojemu współlokatorowi, Axlowi. Był... niesympatyczny. Chamski. Przy pierwszym spotkaniu spytał Izzy'ego, czemu częściej nie przedstawia mu swoich dziwek. Wkurzyło mnie to, więc poprosiłam Stradlina, żeby on przychodził do mnie. Tak robił, chociaż nie należało to do łatwych zadań, wierzcie mi. Kiedy pierwszy raz mnie odwiedził, myślałam, że nie wyjdzie z mojego domu żywy. Była chyba środa, popołudniu, wróciłam ze szkoły parę minut wcześniej. Siedziałam w pokoju i popalałam trawkę. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Wiedziałam, że Izzy ma przyjść, więc pobiegłam mu otworzyć. No cóż, mój tata pył pierwszy. Słyszałam kawałek ich rozmowy:
 - Co? Nikt taki tu nie mieszka.
Boże, Izzy, kretynie! Przypomnij sobie moje PRAWDZIWE imię - pomyślałam.
 - Znaczy się do Ingrid, wie pan...
 - Ingrid? Do mojej córki? Ona nie zadaje się z takimi bezwartościowymi brudasami! - wrzasnął ojciec.
 - A skąd pan wie, że jestem bezwartościowy? Zna mnie pan od niecałych dwóch minut - odpowiedział Izz. Spokojny, jak zwykle.
 - Widzę po oczach, żeś ćpun! - a po moich oczach tego nie widzisz, tatusiu, pomyślałam. Byłam na niego taka wściekła... - Wynoś się stąd!
 - Ingrid, chyba potrzebuję pomocy! - zawołał Izzy. No i to się nazywa człowiek myślący.
Wyszłam zza ściany, za którą stałam i podsłuchiwałam. Z niewinną minką, żeby ojciec się nie kapnął, co robiłam w pokoju.
 - Taak? O, Jeff! Jesteś wreszcie. Coś nie tak, tatusiu? - zapytałam, widząc jego zdezorientowane spojrzenie. Nie no, zajebista ze mnie aktorka, to sobie przyznam.
 - Ty go znasz?!
 - No tato, nie wygłupiaj się, przecież to brat Angie.
 - Co..? Brat..? Co..? - święty Morrisonie, daj mi cierpliwość, bo pójdę do kicia za zabicie własnego ojca...
 - Chodź, Jeff.
Izzy ominął mojego ojca, który stał teraz osłupiały i próbował ogarnąć co się dzieje. Weszliśmy do mojego pokoju. Usiadł na łóżku.
 - Milutko tu u ciebie - stwierdził rozglądając się po pomieszczeniu. - Ale za czysto - dodał z wrednym uśmieszkiem.
 - Wiem, ale nie będziesz tego zmieniał.
Nagle do pokoju wpadła moja czteroletnia siostrzyczka.
 - Wujek Iźi! - wrzasnęła i rzuciła się na Izzy'ego.
No tak, przyznaję, kiedyś wybrałam się z nią na spacer. Przypałętał się Stradlin i siłą rzeczy Marisol go poznała. No ale wracając do teraźniejszości: Izzy naprawdę słodko wyglądał, przytulając moją siostrę. Przyszło mi do głowy takie pozbawione sensu stwierdzenie, że do twarzy mu z dzieckiem. Pierdolę, moja głupota nadal mnie zaskakuje. Przez otwarte drzwi zajrzała mama. Zaśmiała się widząc tę scenę.
 - O, dzień dobry pani Maiden - powiedział grzecznie Izzy, próbując wyrwać się Marisol.
 - Dzień dobry, może ja ją zabiorę? Za młoda jest jeszcze na randki.
Izzy zalał się rumieńcem. Nie no, też by mi było głupio. Marisol zrobiła swoje 'pa pa wujku' i opuściła pokój razem z mamą.
 - To było dziwne - zaśmiał się Izz.
 - Ja to przeżywam codziennie.
Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zawahał się.
 - Przyjdziesz dziś do Rainbow? - zapytał niepewnie.
 - Dziś? W środku tygodnia? Nie wypuszczą mnie.
 - No weź... Chciałem cię przedstawić reszcie zespołu, wiesz... Na serio się nie wyrwiesz?
Zastanawiałam się chwilę.
 - O której? - zapytałam w końcu.
 - A na którą by ci pasowało? - ucieszył się.
 - Jak najpóźniej.
 - Chyba rozumiem do czego zmierzasz. Będziemy całą noc, od 9, więc jak zdążył przed północą, to może będą jeszcze w miarę przytomni.
 - Stoi.
Po czym zajęliśmy się normalniejszymi sprawami.

*kilka godzin potem, Rainbow*
Duff:

  No więc siedzieliśmy wszyscy w barze i piliśmy mniej niż zwykle. Tego wieczora Izzy miał nam przedstawić swoją 'przyjaciółkę', więc chcieliśmy być przytomni. No, wszyscy z wyjątkiem Rose'a. On już Jolene poznał i stwierdził, że to nie jest osoba warta uwagi. Axl o prawie każdym ma takie zdanie, więc mu nie do końca wierzyliśmy. Dochodziła 11 i w barze robiło się tłoczno. Wraz z falą nowo przybyłych, zjawiła się Jolene. Znaczy wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to ona. Kiedy ją zobaczyłem rzuciłem do Izzy'ego:
 - Stary, patrz jaka laska.
Nic nie powiedział, a chwilę potem już wiedziałem czemu. Dziewczyna usiadła obok Stradlina. Powiedział jej coś na ucho, a ona uśmiechnęła się do mnie. Poczułem, że się rumienię. Pierdolę, musiałem wyglądać jak kretyn.
 - Nie no, nie gadaj, że to ona - wyjąkał Slash, kiedy już ogarnął, że Jolene do nas dołączyła.
 - We własnej osobie.
 - Ej no, jak ty jej jeszcze nie przeleciałeś, to ja się zgłaszam na ochotnika - powiedział Popcorn.
Przedstawiliśmy się wszyscy. Dowiedziałem się, że Jolene to naprawdę nie Jolene. Ingrid pasowało do niej dużo lepiej. Usiadła Izzy'emu na kolanach. Zazdrość ogarnęła nas wszystkich. Na twarzy Slasha malowało się 'dlaczego nie ja?!'.
 - Młoda, co ty kombinujesz? - zapytał Izz. Nie, kurwa, nie wierzę! Dlaczego takie laski wolą zawsze nic nieogarniających kretynów?
 - Daj spokój - mruknęła i pocałowała go.
 - Ej, ej! Bez takich mi tu! - zbulwersował się Slash. - Jak chcecie kręcić pornosa, to proszę do łazienki!
Zaśmiali się oboje. Ingrid zeszła z Izzy'ego. Dla odmiany zainteresowała się mną i Hudsonem. Gadaliśmy chwilę. Znaczy ja z nią, a Slash słuchał i gapił się na jej cycki. Czyli w normie. Podpijała mi piwo, a ja nawet tego na początku nie zauważyłem.
 - Hej, kup sobie własne! - zażartowałem.
 - Nie mogę, bo do szkoły idę - odezwała się, po czym wzięła łyka.
 - No to chyba w ogóle nie powinnaś pić - zauważyłem.
 - Gdzie tam! Nie słuchaj go, po prostu nie idź do szkoły - powiedział Slash.
 - Tak chyba zrobię. Ale i tak muszę wrócić do domu i udawać, że tam byłam całą noc.
 - Na chuj? Powiedz, że wyszłaś wcześniej i git.
 - W sumie.
Ingrid stwierdziła, że skoro tak, może się schlać. Ale butelka Danielsa (ma dziewczyna mocną głowę, to fakt) jej nie wystarczyła. Poszła z Izzym i Slashem na zaplecze. A mnie to już żadnych dragów nie dali!

niedziela, 13 kwietnia 2014

Coś w rodzaju prologu.

Teoretycznie jest to prolog, ale nie mam pewności, więc...
__________________________________________________________________________________________

*Carmen*

Chciałam zacząć tę wypowiedź od zdania ''Kiedyś byłam grzeczna'', ale stwierdziłam, że to nieodpowiednie określenie. Kiedyś byłam lalką. Plastikową lalką, która nie miała własnego życia, nie miała prawa do posiadania innego zdania. Byłam lalką, która myślała tylko o tym, czy nie podpadnie ojcu. Dorośli wpajali mi zasady, reguły, których miałam przestrzegać, żeby wyjść na ludzi. Konsekwentnie wybijali mi z głowy każdą myśl niezwiązaną z nauką. A dlaczego? Żeby mogli się przed znajomymi chwalić ''A moja Carmen to ma same szóstki''. Rzygać się chce, prawda? Podczas, gdy inne dziewczyny w moim wieku zabawiały się ze swoimi chłopakami, bawiły na imprezach i korzystały z życia, ja siedziałam nad książkami, żeby zadowolić tatusia. Nie widziałam w tym nic dziwnego. Kompletnie nic. Nie chodziłam na imprezy, nie piłam, nie paliłam, nawet muzyki nie słuchałam. Jeśli gdzieś wychodziłam, to była to biblioteka. Nie miałam przyjaciółek, ani nikogo takiego. Bo byłam lalką.
Kiedy teraz patrzę wstecz, to aż mi się niedobrze robi. Ale na szczęście udało mi się jakoś uratować moją młodość. A wszystko to zasługa Ingrid, Angeli, Izzy'ego, Duffa, Axla, Slasha i Stevena. Na świętego Morrisona, co ja bym bez nich zrobiła? To oni pokazali mi co to przyjaźń, miłość, życie. Uświadomili, że nauka nie jest najważniejsza i że można żyć bez łaski ojca. Rodzice powiedzą, że mnie zepsuli. Że zepsuli ich lalkę. A ja powiem, że mnie uratowali. Dzięki nim nadrobiłam zaległości szesnastu moich zmarnowanych lat.

*Angela*

Nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że moja mama przedawkowała, kiedy miałam 7 lat, albo od tego, że tata na moich oczach popełnił samobójstwo, gdy miałam 12. Może od tego, że trafiłam do rodziny zastępczej, a potem do następnej i następnej. Że nikt mnie nie chciał, bo za bardzo się buntowałam i sprawiałam zbyt wiele problemów. Przez długi czas miałam awersję do wszystkich dorosłych. Nienawidziłam ludzi, którzy mieli szczęśliwe rodziny, którzy mieszkali z własnymi rodzicami. Szczególnie potępiałam dziewczynki z dobrych domów tj. bogate, takie, które zawsze dostają to, czego chcą. Carmen była jedną z tych właśnie dziewczyn, ale nie całkiem. Była z bogatej rodziny, ale nie miała prawie nic. Tak, zawsze czułam się lepsza, że jednak wiem co to życie. Żyłam wtedy w imię zasad 'Sex drugs n' Rock & Roll' i 'Live fast, Die young'. Miałam 14 lat, a często nie przychodziłam do szkoły, bo miałam kaca. W wieku 13 lat pierwszy raz się naćpałam, a dziewictwo straciłam rok później. Nie byłam zwyczajna. Nie chciałam pasować do społeczeństwa.
Niedługo przed moimi szesnastymi urodzinami spotkałam Stevena, a on poznał mnie z resztą zespołu. Wtedy wiedziałam, że nie jestem sama. Wszyscy, co do jednego, byli tacy jak ja, ale każdy był inny. Olewali wszystkie wzorce, byli sobą. W moim alkoholowo-narkotycznym świecie nie było czasu na miłość czy przyjaźń. Oni pokazali mi, że to się da zmienić. Upijali się razem, ćpali razem i nawet dziwki pieprzyli razem. Pomyślałam wtedy "Cholera, ile ja bym dała za takich przyjaciół". Nie musiałam długo czekać. Będę im wdzięczna do końca życia.

*Ingrid*

Chyba każdy zna kogoś takiego, kto nie pasuje do otoczenia, wyróżnia się z tłumu. No cóż, ja znałam Angie, a ona znała mnie. Obie byłyśmy te "inne". Bo nie tak się ubierałyśmy, bo mówiłyśmy inaczej, bo chodziłyśmy własnymi drogami. A ja dodatkowo jestem dziwaczką z jakiegoś malutkiego europejskiego państewka, interesującą się "poezją i innymi lamerskimi rzeczami". Nie łatwo jest żyć w otoczeniu słodziutkich nastolatek piszczących na widok Jona Bon Jovi (jakkolwiek nie byłby on przystojny), albo ewentualnie hipisów, dzieci kwiatów, których idee nie odbiegały od słodkich dźwięków gitar akustycznych. Zastanawiałam się jak oni wszyscy mogą uważać, że Zeppelini, Doorsi i inne tego typu zespoły to zwykłe darcie ryja. Nawet Queen to według nich nic. Nosz kurwa, jak tak można?! No i właśnie przez takie usposobienie naznaczyli mnie na odmieńca, na zakałę klasy. Nikt nie pochwalał mojej miłości do Sex Pistols, Ramones, Misfitsów, Judas Priest, Doorsów, Aerosmith, Stonesów czy Zeppelinów. Dopiero, kiedy poznałam Angie zrozumiałam, że nie ma w tym nic złego. Ich krytyka podwyższała moją samoocenę. Los chciał, że spotkałam grupkę chłopaków o podobnych poglądach, którzy (delikatnie mówiąc) mieli wszystko w dupie. Zawsze będę im za wszystko cholernie wdzięczna.
Carmen też nie była normalna, ale odwrotnie do nas. Ja miałam w głowie tylko pomysły, jak dobrze wykorzystać życie. Ona myślała o szkole, tylko i wyłącznie. Ale udało mi się ją nawrócić. Może nie była to tyle moja zasługa, co nas wszystkich: Angeli, Slasha, Axla, Popcorna, Izzy'ego i w dużej mierze Duffa. Nie wyobrażam sobie teraz życia bez nich. Dziwne, jak kilka osób może wywrócić twoje życie do góry nogami, a potem jeszcze udowadniać, że tak być powinno zawsze. Ale może zacznijmy to wszystko od początku...