sobota, 10 października 2015

R. 10

Angela:
Miałam iść na koncert. Ale zostawić Ingrid? Po tym co się stało między nią a Izzym mam iść na koncert chłopaka, przez którego moja przyjaciółka cierpi? Ha. Nigdy. Nie mam nic do Stardlina, bo nadal jest tą osobą, z którą można normalnie pogadać. Ale chociaż parę dni muszę udawać obrażoną, prawda? Dla Ingrid. Próbuję się do niej dostać, ale ni w chuja nie idzie. Zamknęła się w pokoju i nie otwiera. A jej starzy mają to w dupie. Nosz kurwa. Obeszłam dom dookoła i stanęłam pod oknem mojej przyjaciółki. Podniosłam jakiś mały kamyk i rzuciłam nim w szybę. Zero reakcji. Nie to nie, łaski bez. Wejdę sama. Jako iż okno było uchylone stwierdziłam, że przecież też się da wejść. Wgramoliłam się na parapet i jakimś niezrozumiałym sposobem otworzyłam okno. Wlazłam do środka. Ingrid leżała skulona na łóżku. Cholera. Dlaczego ja. Nosz kurwa. Nie umiem pocieszać ludzi. Po prostu nie umiem. Powinnam przynieść jakieś prochy. Chwila, przecież przyniosłam. Usiadłam na brzegu łóżka i poszperałam po kieszeniach. Wcisnęłam jej w dłoń woreczek z białym proszkiem. Pierwszy raz odkąd przyszłam wykazała jakąś oznakę życia. Podniosła się. Niemiłosiernie wolno, ale jednak. Była cieniem człowieka, prawie nic nie zostało z mojej nierealnej, pełnej chęci życia przyjaciółki.
- Nie chcę tego - szepnęła ledwo poruszając ustami.
- Pomoże ci.
- Nie. Nie pomoże, zabieraj.
Wpatrywała się we mnie intensywnie. Prawie jej uwierzyłam. Prawie.
- Posłuchaj, załatwię, że znowu będziecie razem, jasne? Wszystko się ułoży. Porozmawiam z nim. Ale na razie to wszystko co mogę zrobić. - Potrząsnęłam wymownie woreczkiem.
Pokręciła głową.
- Nie rozumiesz, że to właśnie przez narkotyki? Nie zamierzam tego brać nigdy więcej. Nigdy.
Zapadła niezręczna cisza. Nienawidzę niezręcznej ciszy. Czy naprawdę można być tak zakochanym, żeby rzucić dragi? Nie ogarniam tego.
Przez następne dwie godziny próbowałam ją odciągać od tematu, ale jestem tylko człowiekiem. Wyszłam coś około 23. Chłopaki jeszcze grają. Załapię się na końcówkę. Trochę mi jednak głupio, bo obiecałam być. W końcu to ważny występ jest. Był? Whatever. Oni i tak tam dalej chleją. Poleciałam tam na skróty, a po drodze podarłam spodnie. Nigdy więcej nie idę przez krzaki. Wchodząc do baru potknęłam się o próg. Zaje-kurwa-biście. Chłopaki zajmowali ten sam stolik co zwykle. Usiadłam na przeciwko Slasha. Na miejscu Izzy'ego. Właśnie, where's Izzy?
- Nasza królewna raczyła się zjawić! - rzucił wkurzony Axl.
- Ej, odpierdol się od niej! - to był Duff.
Dopiero teraz odważyłam się na niego spojrzeć. Borze szumiący, jaki on jest przystojny! W scenicznych ciuchach, z tymi cudnymi blond-czarno-czerwono-niebieskimi włoskami, które wpadały mu w te jego śliczne, błyszczące oczy... Nie, stop! Dlaczego ja to sobie robię?! Jęknęłam cicho, kiedy mój zjebany mózg pokazał kilka obrazów z wczorajszego wieczoru, a następnie to co MOGŁO się stać.
- Angie, wszystko w porządku? - zapytał swoim kojącym głosem.
- Mhm... - Zagryzłam dolną wargę.
Wszyscy wlepili we mnie gały. Axl wyglądał na mniej zdenerwowanego, Duff patrzył na mnie wręcz zatroskany, Slash się schował za włosami, ale czułam na sobie jego wzrok, a... Kto to do cholery jest? Dobra, a jakiś koleś trzymający pałeczki perkusyjne wyglądał, jakby chciał mnie zabić. Co do jasnej kurwy się tu dzieje?
- Hej, gdzie Steve i Izzy? - zapytałam.
Cisza.
- Zadałam pytanie.
- Eghem... Bo wiesz, tak się złożyło... Popcorn gdzieś się ulotnił a tego... No.
- A Izzy?
Axl szturchnął Slasha w ramię, żeby mówił dalej.
- Izzy? Zabawna sytuacja, uśmiejesz się! No więc... No bo tego... Przed koncertem stwierdziłem... Ha, ha! Że go nie potrzebujemy.
- I co niby miało być w tym śmiesznego? - rzuciłam lekko poirytowana.
- Chyba tylko owe "ha, ha" które wstawiłem...
Z początku nie ogarniałam sytuacji, ale chwilę potem wszystko mi się rozjaśniło. Ci debile wywalili jedyną myślącą osobę. Bez obrazy, nie chodzi mi o to, że z resztą jest coś nie tak, po prostu Izzy był jedynym racjonalnie myślącym. Cholera! Położyłam Duffowi głowę na ramieniu. Tak jak tego dnia, kiedy się poznaliśmy. Czułam się przy nim w jakiś sposób bezpieczna.
 Kiedyś, kiedy byłam mniejsza, dużo mniejsza, mieszkałam jeszcze z rodzicami, bałam się burzy. Zawsze byłam przerażona, kiedy usłyszałam grzmot. Chowałam się pod stołem albo łóżkiem. Wtedy przychodził mój brat i właził pod ten stół razem ze mną. Zapewniał że nic mi się nie stanie, że tutaj nic mi nie grozi. A kiedy już faktycznie deszcz ustawał całował mnie w czoło i mówił "kocham cię, siostrzyczko".
 Czuję teraz dokładnie to samo, co wtedy. Bezpieczeństwo, ciepło. Ugh, to głupie. Nie wiedziałam, że jestem taka sentymentalna. Głupia i sentymentalna. Muszę przestać.
Steven:
- Czy przyznaje się pan do dokonania zarzucanych czynów?
- Nie.
- Zaprzecza pan, jakoby był dnia 4 czerwca 1985 roku w barze Rainbow Bar & Grill?
- Nie.
- Czyli był pan tam?
- Byłem.
- O której pan stamtąd wyszedł?
- Około 2. Wtedy zamykali.
- I gdzie pan poszedł po wyjściu?
- Nigdzie.
- To znaczy?
- Wyszedłem z baru i nigdzie nie poszedłem. Włóczyłem się po ulicach.
- Dlaczego?
Itp., itd... To jest nudne. Cholernie nudne. Moje pierwsze przesłuchanie, no proszę. W filmach wygląda to lepiej. Nie przesłuchiwała mnie żadna blond sex bomba z dekoltem do pępka, nie było żadnych bajeranckich sprzętów. Po prostu pokój z betonową podłogą, ścianami i sufitem. A i jeszcze jakaś gruba krowa w mundurze. Brr. To idiotyzm. W ogóle to uważam, że nie powinno się karać człowieka za takie błahostki. Władze to idioci. Sędziowie to idioci. Prezydent to idiota. Wszyscy ci biurokraci, złodzieje pod krawatami to idioci. Ale przynajmniej mnie wypuszczają. Jutro, ale wypuszczają. 3000$ grzywny i 120 godzin prac społecznych. Skąd ja mam wytrzasnąć 3 patole?! W dupach im się poprzewracało. No po prostu... A do tego dzisiaj miałem grać, mhm. Super. Nie dość, że mi dali tę jebaną karę, to jeszcze nie dają mi szansy zarobienia czegokolwiek. Ach, ten nasz system prawny...
Axl:
Ulotniłem się z tego baru, bo zrobiło się dosyć niezręcznie. Jak Angie się przykleiła do Duffa... Ugh, to było po prostu niesmaczne. Już z daleka widziałem, że światła w naszym salonie są zapalone. Dobrze, Izzy jest w domu. Muszę z nim porozmawiać. Taaa. Ciekawe co mu powiem. Stałem przed wejściem na klatkę schodową, kiedy drzwi się otworzyły i dostałem w nos. Auć.
- Cholera, przepraszam! Nie zauważyłem cię - powiedział pełen przejęcia osobnik wychodzący.
- To nic - uśmiechnąłem się krzywo. Mam nadzieję, że nie zacznę krwawić... - Dokąd idziesz?
- Przejść się.
- Mogę... się przyłączyć?
Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów.
- Um, jasne, czemu nie.
Trochę głupio to wyszło, że szedłem do domu, a nagle idę na jakiś pieprzony spacer. Ale w końcu nie miałem iść do domu, tylko do Izzy'ego.
Szliśmy bardzo, bardzo powoli. I w ciszy. Żaden z nas nic nie powiedział. Skręciliśmy w las. Dosłownie. Nie było tam ścieżki, tylko ściana drzew.
- Um, Iz, gdzie idziemy?
- Zobaczysz.
Znowu cisza. Nie do końca przekonany podążałem za nim. Przedzieraliśmy się przez krzaki i co najmniej trzy razy dostałem gałęzią w oko.
Wreszcie wyszliśmy na otwartą przestrzeń. Zatrzymałem się podpierając o drzewo i próbowałem ogarnąć to, co mam przed sobą. Niby zwykła leśna polanka, ale jednocześnie najpiękniejsze miejsce, jakie w życiu widziałem. Nie wiem, co w niej takiego było. Księżyc świecił tak cholernie jasno, ale nie był w pełni. Drzewa wydawały się tworzyć czarną kurtynę dookoła jasnego skrawka trawy. A na samym środku polany, wpatrując się w niebo leżał Izzy. Nie. Nie. Nie Izzy. Jeff. Podszedłem do niego powoli i położyłem się obok.
- Nie wiedziałem, że w LA są takie miejsca - powiedziałem cicho.
- Trochę jak w Indianie, prawda? Pamiętasz, jak leżeliśmy tak całą noc, kiedy wywalili się z domu?
Uśmiechnąłem się na to wspomnienie.
- Taak... Paliliśmy skręty na odstresowanie.
- Ale nie pamiętam co było dalej. - Zaśmiał się.
A ja pamiętam. Pamiętam wszystko.
~7 lat wcześniej~
- Bill, nie rozumiem, dlaczego nie możemy po prostu iść do mnie? - zapytał zagryzając dolną wargę.
- Twoja mama mnie nie lubi. Poza tym, nie chcę sprawiać ci kłopotów. Możesz już iść, poradzę sobie.
- Chyba żartujesz.
- Naprawdę. Dam radę.
- Wiem. Ale zostaję z tobą.
- Ale...
- Bez dyskusji.
Był stanowczy. Tak naprawdę cieszyłem się, że zostaje. Byłem śmiertelnie przerażony i nie wiedziałem co robić. No bo co ja mogę?
Robiło się ciemno. W sumie było już ciemno. Leżeliśmy na tej polanie rozmawiając o wszystkim, o czym mogliśmy, o tym o czym nie mogliśmy zresztą też.
- Hej, Billy - zagadnął po chwili milczenia.
- Hmm? - podałem mu jointa.
- Całowałeś się kiedyś? - zapytał zaciągając się.
- Co? - zaśmiałem się nerwowo. - Co to w ogóle za pytanie?
- No wiesz. - Wziąłem od niego skręta. - Zawsze jak cię o to pytam zmienisz temat. Więc?
- Jeff, to nie twoja sprawa.
- Czyli nie. - Roześmiał się.
- Nie chcę o tym mówić.
- Czyli na pewno nie. W czym problem?
Odwrócił się w moją stronę, podpierając się na łokciu.
- W niczym. Po prostu nie jestem tak popularny jak ty i dziewczyny nie ustawiają się do mnie w kolejki - zażartowałem.
Wpatrywał się we mnie dłuższą chwilę. Wreszcie odwróciłem się w jego stronę.
- Masz ładne oczy - powiedział nagle.
Uśmiechnąłem się. Odgarnąłem mu włosy na bok, ale wciąż zasłaniały pół jego twarzy. Było między nami jakieś 20 centymetrów. W nadziei, że to tylko narkotyczna wizja przysunąłem się te 20 centymetrów. Nasze nosy się stykały.
- Jeff?
- Tak?
- Mam ochotę cię teraz pocałować.
Czy ja naprawdę to powiedziałem?
- Hmm, chyba musisz ustawić się w kolejce.
Nie czekając ani chwili dłużej zakryłem jego usta moimi. To był delikatny, miękki pocałunek. Nagle on przerwał, chwycił mój podbródek i spojrzał mi w oczy uśmiechając się. Tym razem nie był delikatny. To było namiętne i wręcz brutalne. Zamknąłem oczy. Czułem jego język w gardle. Moje serce biło szybciej niż kiedykolwiek. Chciałem więcej, ale nie mogłem więcej znieść. Oderwałem się od niego, żeby zaczerpnąć powietrza, nadal nie otwierając oczu. Ale on nie zamierzał czekać. Pochylił się nade mną. Poczułem jego język na mojej szyi. Jęknąłem i odchyliłem głowę do tyłu. Byłem pewny, że Jeff się uśmiecha.
- Podoba ci się to? - zapytał szeptem.
Nie mogłem wydusić z siebie słowa. Jego ręce były wszędzie. Nagle usłyszałem rozpinany zamek. Podniosłem powieki i zobaczyłem Jeffa odpinającego guzik moich spodni.
- Co ty...
- Ććsi... Spokojnie, kochanie. Pokażę ci tylko jak dziewczyny całują chłopców...
~Powrót do teraźniejszości~
A następnego dnia Izzy nie pamiętał nic z tego. Wtedy nie wiedziałem nawet co robię, ale podobało mi się to. Wiem, że Iz jest całkowicie hetero, zresztą tak jak ja. Nie jestem gejem. A mimo to...
- Możemy porozmawiać?
- W czym problem, Billy? - zapytał.
Zagryzłem dolną wargę, tak mocno, że poleciała krew.
- Jeff... Kocham cię.
Cisza.
- Um, ja też cię kocham, stary.
- Nie, ja cię KOCHAM.
- Tak, ja ciebie też.
- Nie rozumiesz mnie. Jestem w tobie ZAKOCHANY.
Szok malujący się na jego twarzy mówi sam za siebie.
- Ty więcej nie palisz - powiedział wolno i przydusił jointa do ziemi.
- To nic nie zmieni.
- Czy ty siebie słyszysz? Nie, nie kochasz mnie! Do jasnej kurwy, co ty...
W tym momencie go pocałowałem. Bronił się i wyrywał. Ale ja byłem silniejszy. Nie było w tym pocałunku NIC z delikatności, jaką Izzy wykazuje na codzień. Nic.
Slash:
Źle się czuję. Zostałem sam z Duffem i Angelą. Ona się do niego tuli, a on jej pozwala. Wyglądają jak para zakochanych. Za jakie moje grzechy. Przecież ostatnio jestem grzeczny.
- Hej, postawić ci drinka? - usłyszałem.
- Co? A, Dave, cześć. Siadaj.
Moja babcia kiedyś mawiała: wnusiu, pamiętaj. Na miejsce każdego wrednego rudzielca przychodzi inny, mniej wredny rudzielec.
Znaczące chrząknięcie po drugiej stronie stolika.
- Ach, tak. To jest nasz basista Duff. Dziewczyna do niego przyczepiona to Angela. A to jest Dave, wokalista i gitarzysta Megadeth.
Przywitali się, ale w sumie bez większego zainteresowania.
- Słuchaj, kto jest u was na wokalu? - zapytał Dave.
- Axl. Axl Rose. Przedstawiłbym ci go, ale się ulotnił.
- Znam go, tak w sumie. Można tak powiedzieć. Nie wiedziałem tylko jak się nazywa.
- To trochę dziwne. Jakby był dziwką to rozumiem, że by się nie przedstawił. Ale chyba nie jest?
- Chuj go tam wie. Ja go tylko raz podwiozłem do domu.

R. 11

Angela:
Ogólnie sprawy dziwnie się porobiły. Naprawdę dziwnie. Ale zacznijmy od początku, co? Siedzieliśmy w tym barze, ja, Duff i Slash, i zapadła niezręczna cisza. Chyba wypiłam troszkę za mało.
W każdym razie podniosłam się z kanapy, żeby sięgnąć po Danielsa, który stał po drugiej stronie stolika. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że moje cycki znalazły się na jednej linii z twarzą Duffa. A dokładniej jego twarz została w nie wciśnięta. Slash... Się trochę zirytował i szklanka, którą trzymał prysła.
- KURWA JEGO JEBANA MAĆ - syknął przez zaciśnięte zęby.
Saul odsłonił zranioną dłoń. Auć. Była cała pokrwawiona. Przez chwilę zastanawialiśmy się z Duffem co robić, ale Slash powiedział tylko, żebyśmy zniknęli mu z oczu. Ok, znaczy, że jest na nas zły. Nie ma sensu denerwować go jeszcze bardziej. Wyszliśmy.
- I co teraz? - zapytał Duff obejmując mnie ramieniem.
- Chodźmy do mnie.
Uśmiechnął się bardzo, bardzo, bardzo podejrzanym uśmieszkiem. Posłałam mu spojrzenie w stylu nawet o tym nie myśl.
- Cholera. Muszę wracać. Brat powiedział, że mnie sypnie, jeśli nie wrócę przed drugą. Mógłbyś coś dla mnie zrobić?
- Um. Tak?
- Zajrzyj do Ingrid. Żeby zobaczyć, czy nic sobie nie zrobiła.
- Jasne, czemu nie. Do zobaczenia jutro?
- Do zobaczenia dzisiaj, gwoli ścisłości.
Dał mi całusa w czoło i skręcił w krzaki, którymi wcześniej ja szłam do baru.
Cholera, dlaczego muszę jutro iść do szkoły. Ja pierdolę. A potem na jakiś idiotyczny rodzinny obiad. Dlaczego. Ja nie chcę. Za jakie moje grzechy.
"- Bądź grzeczną dziewczynką i nie narób nam wstydu. Wujek przyjeżdża bardzo rzadko, a do tego przywozi swojego syna...
- PIEPRZCIE SIĘ, TO NAWET NIE JEST MOJA RODZINA. WY TEŻ NIE."
Po czym nastąpiła dłuuuuuuuuga reprymenda pt. "Jak ty się odzywasz do rodziców". Czyli mniej więcej:
"- Ty gówniaro szacunku nie masz?! Pomiocie szatana! Przyjęliśmy cię pod swój dach i tak nam się opłacasz?! Będziesz się smażyć w piekle!"
Itp., itd.. Stanęło na tym, że mam szlaban do końca życia. Albo do osiemnastki. W sumie na jedno wychodzi. Dobrzy chrześcijanie, też mi coś. Najlepiej będzie znowu zmienić rodzinę. Wynieść się z tego miasta. Może nawet z Kalifornii. Nie pasuję tutaj. Za mało śniegu. Za dużo słońca. Za mało punku. Za dużo glamu. Nie przepadam za glamem. Niektóre zespoły jasne, czemu nie. Jestem zdolna do słuchania Motley Crue od czasu do czasu. Ale na przykład Poison? Bleh, za nic. Znaczy się jeszcze niedawno w miarę ich lubiłam, może dlatego, że znam wokalistę, ale potem Slash mi powiedział, że prawie do nich dołączył i od tego czasu towarzyszy mi dziwne uczucie podczas ich występów. Po prostu mnie to odrzuca.
Jakiś głos wewnątrz mnie każe mi się przenieść do Seattle. Miłe miasto. Brudne. I przede wszystkim muzyka. Tak, w Seattle to dopiero jest muzyka! Punk. Taki prawdziwy. No bo błagam, jakim punkiem można być w LA, krainie wiecznego słońca i kolorowych drinków z parasolką? Tutaj większość muzyków to upadli hipisi, albo marnie brzmiący glamowcy. Tak jest i nic nie nie można zrobić. Chłopaki to raczej ta druga opcja. Serio, wierzę, że mogą grać lepiej. I pozbyć się tego ohydnego, glamowego stylu. Damskie ciuchy, makijaż. Serio? Podobno Slash nie dołączył do Poison, bo nie mógł się przełamać, żeby nałożyć make-up. Ta, teraz mu to nie przeszkadza.
Przeszłam spory kawałek zajęta myślami podobnego kalibru, kiedy z transu wyrwał mnie krzyk. Dochodził zza drzew. Ok. Zaraz. Czy tylko mi się wydaje, czy to Izzy krzyczy..?
- NIE DOTYKAJ MNIE, ZBOCZEŃCU - dobra, może nie był to krzyk, tylko zdanie wypowiedziane podniesionym głosem. Definitywnie Izzy.
- DLACZEGO NIE POZWALASZ MI SIĘ POKOCHAĆ?! - yup, to był krzyk.
Wait. Axl? Czy coś mnie ominęło? Nie, musiałam sobie coś ubzdurać. To prawdopodobnie tylko jakiś koleś chce zgwałcić innego kolesia. Witamy w Los Angeles! Nigdy nie wiesz, co możesz zobaczyć!
Ale niestety to nie był zwykły gwałt. To był Izzy przygwożdżony do drzewa przez Axla. Cholera.
Duff:
Znowu nic się nie stało. Kurwa, minęło trochę czasu odkąd ostatnio miałem panienkę. Czyżbym tracił swój czar? Może czas zafarbować włosy? A może to przez nowe perfumy? Wiem, że ostatnio trochę przesadzam z makijażem - okej, jasne. Mam za krótkie włosy i ogólnie wyglądam jak gej - tak, już mi to łaskawie uświadomiono. No ale ej, w Seattle dziewczyny na to leciały. Ech. W LA żeby wyrwać laskę, trzeba samemu wyglądać jak laska. Zdarza się, że faceci noszą wyższe szpilki i więcej makijażu od babek. Trochę to żenujące, kiedy gapisz się rozmarzonym wzrokiem na Vince'a Neila. Nie, zamknijcie się, to było przez przypadek. Poza tym Slash próbował poderwać Sixxa. No właśnie o to mi chodzi. To po prostu... Niesmaczne. Jasne, my też to robimy, no ale kurwa mać, raczej nie da się nas pomylić z kobietami. No może Axla. Ale i tak trzeba być nieźle naćpanym. To przez te jego wystające kości. Zwykle nawet striptizerki mają więcej ciałka niż on. Takie ładne, kobiece striptizerki. Takie, które mają ciało jak Angie. Cholera.
Dobra, stop, o czym ja w ogóle myślę? Ingrid. Mam iść sprawdzić, czy żyje... Co kurwa? Która właściwie jest godzina? Pierwsza? Coś około tego. Może trochę później. To chyba kretynizm o tej godzinie pukać komuś do drzwi. Ale żadnego samochodu nie ma na podjeździe. Może po prostu wejdę. Wszędzie pali się światło. Przeszedłem przez korytarz i jadalnię. Kuchnia też jest pusta. Salon. Tak. W salonie, na kanapie, pod warstwą koców jest Ingrid. Nie widzi mnie. Jak może mnie nie widzieć.
- Ingrid?
Podskoczyła i gwałtownie odwróciła głowę.
- Co do jasnej kurwy ty tutaj robisz?
- Angie kazała wpaść sprawdzić, czy wszystko w porządku. A więc? W porządku?
Cisza.
- Nie. Nic nie jest w porządku. Absolutnie nic.
Cholera. Miałem nadzieję, że do tego nie dojdzie. Potem wszystko działo się tak dziwnie szybko. Wyszła z tych koców. Nago. Smokin' hot. Wyszło na to, że skończyliśmy razem. W łóżku jej rodziców. Cholera. Nie tak miało być. Ale tak się stało. No jasny chuj. Przynajmniej zaliczyłem. Jestem okropnym człowiekiem. Cholera, cholera, cholera...
Steven:
Miło wrócić do domu. Chociaż to w sumie nie mój dom. Whatever. Miło wyjść z aresztu. Nadal nie wiem skąd wziąć 3 patole. Może zostanę męską dziwką. To chyba bardziej opłacalne niż granie w niezbyt popularnym zespole. Zwłaszcza jeśli się jest perkusistą. My dostajemy najmniej. Chociaż nie, to niby nie tak. Podobno to działa na zasadzie: "Napisz piosenkę, dostaniesz forsę". NO KURWA PROSZĘ BARDZO, CHODŹ TUTAJ ZAROZUMIAŁY SKURWIELU, USIĄDŹ SOBIE ZA GARAMI, ZABIERZEMY CI WSZELKIE UMIEJĘTNOŚCI KOMPONOWANIA I PISZ SOBIE, NO DALEJ. Ja rozumiem, że grając na gitarze jest łatwiej pisać. Albo nie grając kompletnie na niczym. Ale ja tam jestem tylko dla stworzenia rytmu i żeby piosenka była... głośniejsza. Czy ktoś kiedyś słyszał, żeby jakiś koleś napisał miłosną pieśń dla swojej ukochanej i zagrał ją na perkusji? No właśnie. Więc no. Powinni się w ogóle cieszyć, że mają perkusistę. Cholera. No dobra, może ten zespół nie jest najlepszym przykładem, bo jest nas perkusistów tutaj trzech, ale i tak. Przecież na jednego napierdalającego w gary kolesia przypada średnio 198752 gitarzystów. Potwierdzone info. Ale nie, po co mamy płacić komuś, bez kogo nie moglibyśmy być zespołem rockowym, przecież to nic. NIECH PIEKŁO POCHŁONIE TEGO RUDEGO DYKTATORA. Chociaż nie, i tak by go nam oddali. Ugh. Ile razy miałem ochotę wsadzić go do autobusu i wysłać tam, skąd przyjechał. Zupełnie jak Metallica. Z tym, że oni się swojego rudzielca pozbyli, w przeciwieństwie do mnie. Powiedziałem o tym Slashowi, ale kazał mi siedzieć cicho i udawać, że wszystko jest ok. Ta. Duffowi też chciałem to uświadomić, ale zrezygnowałem. Pewnie i tak bym usłyszał tylko "biedny, zraniony Popcorn" i jakieś milutkie słowa wypowiedziane ironicznym tonem. Tak żeby mnie dobić. A podobno jestem lubiany.
Boże, pić mi się chce. Zostało mi ostatnie 20$. Nic się nie stanie, jeśli wydam je na wódę/Danielsa/piwo/cokolwiek innego co przykuje moją uwagę, prawda? Tak myślałem.
Slash:
Ja pierdolę, nosz kurwa jego jebana mać. Wszystko jest takie zajebiste. Wywalenie Izzy'ego było geeeenialnym pomysłem. Właśnie jak uszkodziłem sobie rękę dostrzegłem geniusz tego czynu. Poza tym brzmiało to obrzydliwie. Nasze utwory są napisane na dwie gitary, nie na jedną. Nie wiem jak mogłem o tym zapomnieć. To był jeden z najgorszych występów, jakie daliśmy. Nie wiem, może... może... Um... No co, myślicie że facetowi tak łatwo jest się przyznać do błędu? Dobra. Może myliłem się trochę sądząc, że dam radę samemu. I chyba muszę przeprosić Izzy'ego za takie twierdzenie. Z pewnością byliśmy beznadziejni bez niego, ale bez Stevie'ego też. Nawet nie wiem co za koleś z nami grał.
Ale za to opatrzyła mi rękę ładna kelnerka. Jak się okazało, była w trakcie kursu pielęgniarskiego. Lucy. Napisała mi swoje imię na opatrunku, zaraz nad swoim numerem telefonu. Chyba wpadłem jej w oko. Zresztą ona mnie też. A potem przyszła Minnie, druga kelnerka. Znam ją już od dłuższego czasu. Studiuje politykę. And the waitress is practicing politics. Ostatnio Axl z Izzym to grał. Może to dziwne, ale Iz śpiewał. Brzmiało wręcz magicznie. Boże, co się ze mną dzieje. Jestem miękki.
Usiadłem przy barze.
- Jak leci, Johnny? - rzuciłem do barmana.
- Po staremu. Co dla ciebie?
Zanim odpowiedziałem, podsunął mi szklankę whisky.
- Na koszt firmy, za rany odniesione w boju.
Now John at the bar is a friend of mine. He gets me my drinks for free. Cholera, ta piosenka naprawdę jest magiczna.

wtorek, 10 czerwca 2014

R. 9

Izzy:
Nosz kurwa mać, co ja zrobiłem?! Dwa lata, dwa pieprzone lata zajęło mi zebranie się na odwagę i wyznanie jej co czuję, a teraz od tak ją odtrącam?! No jakim trzeba być idiotą... Po raz szósty w ciągu ostatnich dziesięciu minut chciałem zawrócić i przepraszać, aż by mi ewentualnie wybaczyła. Wtedy moje wewnętrzne coś kazało mi zostawić ją w spokoju. Głupie wewnętrzne coś, jak zwykle jedyna myśląca część mnie. Jakby tego było mało, mój organizm stwierdził, że nie chce mu się dalej być na haju, więc... Tak, byłem zmęczony i to cholernie. Wręcz nie miałem siły iść. No przepraszam bardzo, był środek nocy, a ja wracałem do domu na ostrym zejściu i po prostu czułem, że umrę zaraz za zakrętem. Ale to by było najwyraźniej zbyt trudne dla mojego zidiociałego serca stanąć i zakończyć moje cierpienie. Nawet własne ciało mnie nienawidzi, no kto by pomyślał... Przysiadłem na krawężniku i schowałem twarz w dłoniach. Do mojego mieszkania jest trochę daleko z tego konkretnego krawężnika, więc stwierdziłem, że jeśli przeżyję, to prześpię się u Slasha. Wstałem, upałem, wstałem, upałem i tak kilka razy. W końcu udało mi się przejść kilka kroków, zanim znowu się wyjebałem. Tymże sposobem (no, można doliczyć jeszcze czołganie się) dotarłem do meliny Duffa i Slasha.
Oparłam się o ich drzwi i słuchałem jakże interesujące rozmowy na linii Slash-Duff. Padło zdradziecka świnio jebany, impotencie, pierdolony kurduplu i kilka innych kreatywnych epitetów.
Stałem, stałem i czekałem aż się zamkną, żeby móc wejść. Nie zrobiłi tego. No dobra, i tak wejdę. Wśliznąłem się do mieszkania i miałem nadzieję pozostać niezauważony. Taa... Bardzo mi się udało. Nagle wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę. Westchnąłem ciężko.
- Możecie wrócić do krzyczenia - zachęcałem. - Ja tutaj jestem tylko przejazdem.
Nadal gapili się na mnie jak na świętą krowę. Świętą... Co..?
- No dobra. O co chodzi? - zapytałem niechętnie.
- No więc tak... - zaczął Duff powoli. - No tamten się czepia, bo Angie po pijaku się napaliła, a ja byłem pod ręka...
- Akurat - przerwał mu Hudson. - Tylko czekałeś, żeby udowodnić jaki to ty jesteś ode mnie lepszy!
- Wcale nie!
- A właśnie, że tak!
Kurwa, czuję się jak w przedszkolu. No to już ja mam większe problemy niż oni. Taki chuj... Czemu zawsze ja muszę z nimi rozmawiać?!
- No dobra... A co na to Angie?
Blondynka popatrzyła na mnie, ale się nie odezwała.
- Twierdzi, że było tak, jak mówi ten... - Slash ugryzł się w język, próbując powstrzymać się od rzucenia kolejnego uroczego epitetu.
- No to nie wiem... Może tak właśnie było? Angie, powiesz mi?
Pokręciła głową.
- A jak ich wygonię?
Nie odpowiedziała, więc stwierdziłem, że tak właśnie zrobię. Trochę trwało, zanim zechcieli ruszyć dupy na zewnątrz.
- Wiec? - Usiadłem obok niej na kanapie.
Westchnęła.
- Jestem pijana, nie możecie mi wszyscy dać świętego spokoju?
- Ty? Pijana? - Zaśmiałem się. - Pijany to jestem ja. No, gadaj.
- Nienawidzę cię.
- Ja ciebie też, ale proszę, mów o co chodzi.
- No... No dobra, tylko daj mi wreszcie spokój. Bo widzisz... Ja... Podoba mi się Duff, jasne? Tylko im nie mów. Pomyślałam, że jak udam wybitnie pijaną, to...
- To się z tobą prześpi?
Skinęła głową.
- Ej, no to nie jest tak źle.
- ...Jeszcze. Właśnie mieliśmy się pieprzyć - kontynuowała - kiedy wrócił Slash. No i zaczęli się kłócić, bo... Bo Saul mnie... - Skrzywiła się zniesmaczona.
Jest gorzej niż mi się wydawało.
- Nie przejmuj się. W tych sprawach nikt z nas sobie nie radzi.
- Taa, łatwo ci mówić. Twój związek jest idealny, to pewnie nawet nie znasz tego uczucia.
Poczułem bolesny ucisk w dołku. Nie płacz, nie płacz, nie płacz... Cholera.
- Hej, Izzy, wszystko gra?
Odwróciłem się, żeby nie widziała łez, które spływały po moich policzkach.
- Święty Hendriksie, płaczesz? Ej, co jest?
- To... Nic takiego - wykrztusiłem.
Milczała przez chwilę.
- Chodzi o Ingrid, prawda?
Dlaczego nagle to ona była moim psychologiem? Ech...
Steven:
A mogło być tak pięknie... No to nie, kurwa, zamiast z Janie spędzam noc w areszcie. I to jeszcze z takimi śmiesznymi zarzutami! Publiczne pijaństwo, zakłócanie porządku, napaść na funkcjonariusza. Przecież to wszystko brednie! A teraz nawet nie wiem, czy to areszt, czy izba wytrzeźwień. Przez całą noc ludzie przychodzili i odchodzili. W końcu zostałem sam. Nie na długo. Około 5 posterunkowy zgred przyprowadził jakąś laskę, po czym zniknął. Dziewczyna usiadła na betonowej podłodze, po przeciwnej stronie celi. Starałem się na nią nie patrzeć, ale wyszło na to, że cały czas zezowałem w jej stronę.
- Za co cię wsadzili? - zapytała nagle.
- Pijaństwo, napaść, zakłócanie porządku - wyrecytowałem. - A ciebie?
- Prostytucja, posiadanie. Wiesz, standard. Pierwszy raz tutaj, prawda?
- Yup. Skąd wiesz?
Uśmiechnęła się pod nosem.
- Takie rzeczy się widzi. Wiesz, że ten klawisz wraca dopiero za dwie godziny?
Patrzyłem na nią zdezorientowany.
- Mamy duuużo czasu.
- Coś sugerujesz?
- W końcu zgarnęli mnie za prostytucję, nie?
Lubię areszty. Wstałem i ucieszony do niej podszedłem. Spodziewałem się, że da mi w pysk, że to był żart. Ale nie był. Bez zbędnych ceregieli rozwiązała moje skórzane spodnie. Nie zdążyłem nawet usiąść, a ona robiła mi laskę. Ej no, napaliłem się. Miejmy nadzieję, że nie poprzestanie na tym. W tym momencie skończyłem z myśleniem. Odchyliłem głowę do tyłu i przymknąłem oczy. Już miałem dojść, kiedy nagle wstała. Podwinęła sukienkę, która i tak więcej odsłaniała niż zasłaniała. Również wstałem i wziąłem ją od tyłu, pod ścianą. Jęczała głośno, bałem się, że ktoś nas usłyszy. Chociaż... Kogo to obchodzi. Narzuciła szybsze tempo, a ja dałem jej kilka klapsów. Dziewczyna klęknęła przede mną i skończyłem w jej ustach. Zawiązałem spodnie i ciężko dysząc oparłem się o ścianę.
- Kim jest Jessica? - zapytała, próbując wyrównać oddech.
- Proszę? - rzuciłem wyrwany z zamyślenia.
- Tak mnie nazwałeś. Jessica. To twoja dziewczyna?
- Była - sprostowałem.
Zanim wrócił zgred przeleciałem ją jeszcze raz. Jak już wspomniałem, lubię areszty.
Axl:
Wgramoliłem się po schodach do mojej meliny. Towarzystwo się zwinęło, a Izzy'ego nie było. Ach, ta cisza i spokój... Nie trwały długo. Zapaliłem światło i mało nie zszedłem na zawał. Na kanapie siedziała Gina. Wpatrywała się we mnie wzrokiem mordercy. Dosłownie, biła od niej żądza mordu.
- Gdzie byłeś? - spytała chłodno.
Nie odpowiedziałem. Wyminąłem ją szerokim łukiem i wszedłem do sypialni. Kiedy tylko przyłożyłem głowę do poduszki usłyszałem krzyk:
- Pytam się, gdzie chuju byłeś!
Mruknąłem coś, czego sam nie zrozumiałem. Zgasiła światło w salonie i zapaliła w sypialni.
- No więc? Jak ona ma na imię?
- Kto?
- Dziewczyna, z którą mnie zdradzasz.
Zaniepokoiłem się.
- O czym mówisz? Nie zdradzam cię.
Usiadłem na brzegu łóżka. Położyłem Ginie dłoń na policzku, ale ją straciła.
- Kłamiesz. Wiem, że kłamiesz.
Wyszła, a ja zasnąłem.
Kiedy się obudziłem byłem martwy. Miałem takiego kaca... Słyszałem, jak w rurach płynie woda i myślałem, że pięknie mi od tego głowa. Sturlałem się z łóżka i doczołgałem do lodówki. Wziąłem butelkę wody i z wielkim trudem usiadłem na podłodze, podpierając głowę o szafkę. Dopiero wtedy ogarnąłem, że przy stole siedzi Izzy.
- Jaki dziś dzień? - zapytał słabo.
- Chyba czerwiec - odpowiedziałem.
To mu najwyraźniej wystarczyło. Wziął łyka bliżej nieokreślonej substancji i położył głowę na stole.
- Byłeś u Ingrid? - spadłem.
Nic nie powiedział. Zaczął się cały trząść. Kurwa mać, czy on..?
- Ej stary, co jest? Płaczesz?
- Dajcie mi wszyscy spokój - mruknął.
- Jacy wszyscy? Co ty bredzisz? Izzy, co się dzieje?
Poderwał się z krzesła.
- Co się dzieje?! Chcesz wiedzieć co się dzieje?! Zostawiłem ją, rozumiesz? To się kurwa dzieje.
Patrzyłem nań (co to w ogóle za słowo?) z deczka skołowany.
- Twierdziłeś, że ją kochasz.
Wbił we mnie wzrok. Nie powinienem był tego mówić, tyle nawet ja zrozumiałem. Jako iż Iz nie nawykł do krzyczenia, mówił już łagodniejszym tonem:
- Nadal tak twierdzę. Po prostu nie potrafię spokojnie patrzeć, jak ją niszczę.
- Ale to nie ty ją niszczysz, tylko dragi.
- To przeze mnie je bierze. Pozwoliłem na to. Dopuściłem do tego, żeby czternastolatka ćpała. Teraz ma szesnaście lat i nadal to robi.
Milczeliśmy przez chwilę.
- Izzy... Wiem, że musisz zawsze wziąć winę na siebie, ale... - ciężko jest rozważnie dobierać słowa przy takim bólu łba. - Posłuchaj mnie chociaż raz. I tak by brała. Nawet, jeśli by cię nie spotkała. Przecież w LA dilerzy czają się wszędzie.
Nic do niego nie docierało. Wyszedł. Wróć, wybiegł. Ugh, wszyscy mają problemy w związkach... Izzy skończył z Ingrid, Adlera zostawiła Jessica, Gina mnie podejrzewa o zdradę... A dziś gramy koncerty. Ostatnio dostałem listę zespołów, które też grają. Pamiętam tylko, że przed nami zagra jakiś babski zespół. Coś na "A". A potem... Megazaur? Nie, to nie ma sensu. A no tak, Megadeth, dokładnie.
Slash:
Znowu te laski. Znowu schodzą przed nami. Nosz kurwa. Awansowaliśmy na wtorki - one też. Zmienili nam godzinę - im też. No kurwicy można dostać. A do tego nie ma żadnej z "naszych" dziewczyn. Chuj by to strzelił. Pierwszy raz mieliśmy zagrać coś naszego. Taak, najpierw You're Crazy, Welcome to the Jungle i Out Ta Get Me, a na końcu Don't Cry. Duff się ślini do jakiejś panienki, która właśnie weszła za kulisy. W sensie na zaplecze. No nie mogę, jak on śmie. I jeszcze udaję, że nic się nie wydarzyło. CHUJ PIERDOLONY. Spokojnie Saul, opanuj się. Nie może się kapnąć, że się załamałeś. Niech nie ma tej satysfakcji. Dobra, chuj, gramy koncert. Idziem! I nie poszłem. Ktoś mną potrząsnął.
- Kurwa mać start, czas na nas! - wydarł się Axl tym swoim wkurwiającym głosem.
- Pierdol się, nigdzie nie idę.
Rose się zrobił cały czerwony na ryju.
- Idziesz i to kurwa w podskokach!
Siedziałem cicho. Axl odwrócił się na pięcie i złapał gryf mojego kochanego Gibsona. Zamachnął się i gdybym w porę nie zrobił uniku nie byłoby mnie wśród żywych. Gitara walnęła o ścianę i rozwaliła się na dwie części, trzymana tylko strunami.
- Nieeeee! - załkałem. - Mój Jason! Co ty sobie kurwa wyobrażasz?!
Dałem tej kurwie w pysk. Zatoczył się i złapał za szczękę. Rzucił się na mnie z rykiem. Znowu mu przyłożyłem. Pochylił się i dołożyłem jeszcze z kolanka w brzuch. Co za pizda. Nawet bić się nie umie. Poszturchaliśmy się jeszcze trochę, ale to już nie na serio.
- Sorry stary, poniosło mnie - odezwał się.
- Nie no, to moja wina.
Uściskaliśmy się. Pozostał jeden, zasadniczy problem: skąd do cholery mam wziąć gitarę? Taki chuj. Poszedłem do Matta, ale powiedział, że nic nie poradzi i muszę znaleźć jakieś wiosło, bo stracimy koncert. Nosz kurwa jego mać, a żeby to pierdolony chuj trzasnął... Chciałem rozwalić to i owo, ale nie było czasu. Myśl kurwa, myśl. Mógłbym podpierdolić wiosło Izzy'emu... Przecież doskonale bym sobie poradził sam. Matt załatwił, że te laski, co grały przed nami polecą jeszcze parę utworów, więc wróciłem pogadać z Axlem.
- Przecież obaj wiemy, że byłbym dużo lepszy bez tej cioty! - nalegałem.
- Nie ma mowy.
- Axl, zastanów się! Chcesz wszystko zaprzepaścić, tylko dlatego, że to twój pieprzony przyjaciel?!
- Której części "nie ma mowy" nie zrozumiałeś? Nie wywalę Izzy'ego. To tylko jeden stracony występ.
- Nie stary, on ma rację - odezwał się przyszły były rytmiczny. Kurwa, on tu był cały czas? - Zawadzam. Może faktycznie lepiej wam będzie beze mnie.
- Co kurwa? Czy wy wszyscy poszaleliście?! Co wy sobie myślicie? W ogóle zdajecie sobie sprawę ze znaczenia słowa "zespół"? Nie wydaje mi się. I wiecie co? To my jesteśmy zespołem: Duff, Steven, Izzy, Slash i Axl. Nasza piątka tworzy Guns n' Roses. Jesteśmy rodziną, jasne?
Popatrzyliśmy z Izzym po sobie. Nie wiem jak on, ale ja nie zmieniłem zdania.
- Wiem, wiem. Zróbmy tak: dziś.spróbujemy bez niego. Tak na próbę, żeby zobaczyć jak wejdzie.
Rose strzelił facepalm.
- Naprawdę nic ci nie zostało z mojego wykładu? - zapytał z goryczą w głosie.
W tym momencie wszedł Matt.
- Gotowi? Macie dosłownie minutę, żeby się zebrać.
Rzuciłem Axlowi wymowne spojrzenie. Westchnął ciężko i skinął głową.
- Przepraszam stary - zwrócił się do Izzy'ego - naprawdę nie chciałem, żeby tak wyszło.
- Nie ma sprawy, serio. Camile jest w garderobie.
Camile to oczywiście jego gitara. Poszedłem po nią i mogliśmy zaczynać.

sobota, 7 czerwca 2014

R. 8

Nareszcie dorwałam chwilę, żeby go dodać. Trochę krótki, ale musicie się tym zadowolić.

Steven:
Opadłem zdyszany na pościel. W sumie to Axl miał niezły pomysł z tą imprezą.
 - I jak było? - usłyszałem damski głos.
 - Zaaajebiście - odpowiedziałem.
Leżeliśmy obok siebie na łóżku i ciężko oddychaliśmy. Seks na pocieszenie zawsze spoko. Trzeba było od razu wierzyć chłopakom jak mówili, że Jess nie jest dla mnie. Mieli rację. Teraz przynajmniej mogę ruchać się ze wszystkimi napotkanymi dziewczynami bez poczucia winy (którego w sumie i tak nie było). Na przykład teraz... Jane to niezła dupa, serio. I zajebiście się ją pieprzy, po prostu brak mi słów, żeby to opisać. Popatrzyłem na nią. Cholera, jaka ona jest seksowna! Znowu zacząłem się do niej dobierać.
 - Nie wiedziałam, że jesteś taki niewyżyty - zaśmiała się.
 - Nie wiesz o mnie jeszcze wielu rzeczy.
No cóż, po kolejnych czterdziestu jakże zajebistych minutach, Janie ubrała się i wyszła. Ja zostałem w sypialni Axla wpatrzony w sufit. Przekleństwo litery "J". Ugh, miejmy nadzieję, że z Janie tak nie będzie. Chociaż... Była Julie. Nie wyszło nam. Z Jannet była prawdziwy koszmar. Jade była świetna, ale chyba nic do mnie nie czuła. Z Jennifer byliśmy prawie rok, aż się mną nie znudziła. Jessica... Wiecie, jak było z nią. A Jane? Czy warto się z nią wiązać tylko dlatego, że jest taka zajebista? A może to w głębi duszy zwykła jędza? W sumie nie znam jej za dobrze. Kiedyś zamieniliśmy kilka zdań, a teraz się ze sobą przespaliśmy. W sumie, to nic więcej o niej nie wiem, tylko tyle, że ma na imię Jane. Czemu to wszystko musi być takie skomplikowane...
 Nagle do pokoju wparował Axl z jakąś dziewczyną.
 - Adler, wypierdalaj - mruknął odrywając się na chwilę od ust tej laski.
 - Gina wie, że obściskujesz się z jakąś lafiryndą? - zapytałem.
Laska, z którą się całował dała mu z liścia i wybiegła z pokoju.
 - Nosz kurwa, dzięki - sarkastycznie powiedział Axl. - Wiesz, ubrałbyś się.
 - Po co?
 - Bo jak tego nie zrobisz, będziesz do końca swojego marnego życia leżał na podłodze i robił za dywan - wycedził przez zaciśnięte zęby.
Ups, ktoś tu jest nie w humorze. Może lepiej... Bezpieczniej będzie sobie iść, tak. Wyskoczyłem z łóżka i błyskawicznie się ubrałem. Wyszedłem z sypialni. Impreza trwała. No cóż, trudno się dziwić, jest dopiero 10. Hm, ciekawe, czy Jane jeszcze jest. Rozejrzałem się, ale za chuja nic nie widziałem. Tak to bywa, kiedy do mieszkania o powierzchni 20m wbije 50 osób (jak..?). W powietrzu czuło się mieszankę papierosów, tanich perfum i taniego alkoholu. Przygrywała muzyczka (płyta Aerosmith napierdalała na cały regulator). W kącie, na stoliczku, rozsypano kokę dla wszystkich chętnych, a w pokoju Izzy'ego można było spokojnie przygotować sprzęt i walić herę. A Izzy'ego nie ma. Slasha nie ma. Duffa nie ma. Jasny chuj, no gdzie oni wszyscy poleźli? Izzy'ego nie widziałem, odkąd spierdolił z imprezy, na samym początku, to gdzieś dwie godziny temu. A reszty to w sumie od rana. Ech...

Duff:
 - Nie powinniśmy jej tam zostawiać - smętnie stwierdził Slash.
 - Wiem.
Siedzieliśmy w Rainbow i sączyliśmy wódkę. Mieliśmy cholerne wyrzuty sumienia, że tak sobie poszliśmy, a Car została. I jeszcze gdzieś poszła, nosz kurwa, przecież sama nie trafi do domu. Nawet poszliśmy jej szukać, ale nikt jej nie widział. Po prostu zniknęła. Przez nas. No podpisaliśmy wyrok na szesnastoletnią dziewczynę! Ugh, Angela nam chyba nie wybaczy. Ale mogła nas tak z nią nie zostawiać, nie? A spierdoliła, nawet nie wiem gdzie. To też jej wina. Mogła z nami zostać, albo przynajmniej odprowadzić Car. Jezu, straciłem przez to ochotę na alkohol... Wstałem i wyszedłem. Slash chyba został, a w każdym razie nie poszedł ze mną. Dochodziła 11. Przechadzałem się po ulicach. O tej godzinie było pełno meneli i trzeźwych pijaków, którzy dopiero zmierzali do barów. Pod każdą latarnią można było wyhaczyć dziwkę (dosłownie: pod każdą). Ach, piękne to nasze miasto. Było w sumie tłoczno, ale co się dziwić, godziny szczytu. Mimowolnie skierowałem się w kierunku parku. Zawsze tam łażę, kiedy nie mogę spać, albo nie mam ochoty pić (częściej kiedy nie mogę spać). Usiadłem na jakiejś ławce i wlepiłem gały w księżyc. Ładne to. Siedziałem tak przez chwilę jak debil, aż stwierdziłem, że to nudne. Rozejrzałem się powoli. Jakiś menel śpiący kilka ławek dalej. Para zabawiająca się przy drzewie... Kurwa, przecież to Axl. Ha, miejmy nadzieję, że drugi osobnik to Gina. Bo jak nie, to będzie miał chłopak przejebane, oj, jak bardzo przejebane. Jako iż nie miałem nic lepszego do roboty stwierdziłem, że przerwę im tę jakże romantyczną chwilę. Podniosłem się z ławki i wolno ruszyłem w ich stronę. Oparłem się o drzewo, czekając aż mnie zauważą.
 - Kurwa mać, McKagan?! - krzyknął Axl, kiedy już ogarnął, że tam stoję. - Nie powiesz Ginie, prawda?
Uśmiechnąłem się wrednie. Jego panna puściła do mnie oczko. Nie wyglądała na jakąś szczególnie kumatą. Tleniona blondynka z długimi nogami i paznokciami... Bleh, sztuczna jak cholera. Axl ma serio kiepski gust, jeśli chodzi o te sprawy. Rose spuścił głowę zakłopotany i próbował odsunąć się od tej laleczki, ale ona cały czas się do niego kleiła.
 - Chodź - powiedziałem stanowczo.
 - Niby czemu? - zapytał zadziornie.
 - Jak pójdziesz teraz, nie powiem Ginie, że znowu ją zdradzasz - zaakcentowałem "znowu".
Popatrzył na mnie, na blondynę i znowu na mnie. Westchnął ciężko, jak człowiek wielce umęczony, po czym oddalił się zostawiając blondi pod drzewem.
 - Wielkie dzięki, to już druga dzisiaj - rzucił wkurwiony.
 - Stary, czemu ty nadal jesteś z Giną, skoro cały czas ją zdradzasz? - spytałem.
Nie odpowiedział. Szedł obok mnie z rękami wciśniętymi w kieszenie.
 - Nie chcesz gadać to nie - powiedziałem z udawaną obojętnością. - Slash siedzi w Rainbow, jakbyś chciał się z kimś napić.
 - A ty nie idziesz? - odezwał się.
Pokręciłem głową. Rozdzieliliśmy się na skrzyżowaniu. Nadal nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Z naprzeciwka idzie jakaś pijana dziewczyna i ledwo trzyma się na nogach. Chwila, czy to... Nie no, czy LA jest serio takie małe?
 - Hej, Angie! - krzyknąłem.
Dziewczyna podniosła na mnie wzrok. Yep, to Angela. Podbiegłem kawałek i wziąłem pod ramię, żeby się nie przewróciła.
 - Dzięki... - wymruczała. - Ale nie jestem aż tak pijana. Tylko nie wychodzi mi chodzenie. I mówienie.
 - Nie bądź taka krytyczna, nie jest źle. Gdzie byłaś przez cały dzień?
 - Piłam u Matta.
Zastanawiałem się chwilę, czy powinienem jej powiedzieć o Carmen, ale po co ją niepokoić? Zamiast przyznać się co żeśmy zrobili zaproponowałem jej nocleg. W takim stanie jej nie wypuszczę. Zgodziła się, bo w sumie nie miała zbytnio innego wyjścia. Przywykłem już do tego, że zostaje u nas na noc. Tak jakoś wyszło, że nie dawała rady iść, więc niosłem ją przez ostatnie kilka ulic. Wniosłem ją do mojego mieszkania. Było dziwnie cicho. Slash najwyraźniej nie wrócił jeszcze z Rainbow. Ułożyłem ją na moim łóżku, ale okazało się, że nie jest aż tak pijana jak myślałem. W sumie, kiedy weszliśmy do domu oprzytomniała na tyle, że dało się z nią rozmawiać. A przynajmniej tak mi się wydawało. Poszła do kuchni i przyniosła sobie szklankę wody.
 - Dobrze się czujesz? - zapytałem.
 - Lepiej. - Uśmiechnęła się blado.
Siedzieliśmy chwilę w ciszy, którą przerwał jej głos:
 - Duff... - Spojrzała mi w oczy. - Dzięki, że jesteś.
Nasze twarze były bardzo blisko. Dzieliło je dosłownie kilka centymetrów. Angie bardzo powoli zbliżyła swoje usta do moich. Zaczęliśmy się namiętnie całować. Boże, jakie mnie spotykają zajebiste rzeczy... Niby nic nie czułem do Angeli, ale i tak... Ale dalsze wydarzenia były mniej zajebiste. Tak więc całowaliśmy się i siłą rzeczy zacząłem się do niej dobierać... I w momencie, w którym jej bluzka znalazła się na podłodze do domu wrócił Slash. Stanął jak wryty w drzwiach.
 - Co do..? - wymamrotał.
Angie zaklęła cicho. A ja już trochę głośniej. Podręcznikowy przypadek "niezręcznej sytuacji". Kiedy zabawiasz się z dziewczyną, która podoba się twojemu kumplowi, a on wie, że ty o tym wiesz...

Izzy:
 Odtransportowałem tę dziewczynę do domu. Nawet nie spytałem jak się nazywa. Wydawała się kurewsko przerażona. Chociaż... No w sumie kto by w takiej sytuacji nie był. Dobrze, że mam jako-taką władzę nad tymi idiotami (lepiej nie pytajcie czemu). Jak bym nie miał, zgwałcili by ją, a mnie pobili. Czasami opłaca się być dealerem. No ale nic, dziewczynie nic się nie stało. Teraz czas wreszcie zobaczyć się z moją dziewczyną... Ugh, módlmy się, żeby była sama w domu. Stałem chwilę przed drzwiami frontowymi. Cicho zapukałem - nic. Zapukałem głośniej - nic. Jebnąłem pięścią - ktoś idzie. Usłyszałem przekręcany zamek i drzwi się otworzyły.
 - Izzy! - Ingrid rzuciła mi się na szyję.
 - Dawno się nie...widzieliśmy. Proszę powiedz, że nie ma twoich starych.
Pokręciła głową z uśmiechem na ustach. Pocałowałem ją. W sumie całowaliśmy się całą drogę do jej pokoju. Naprawdę demoralizuję nastolatki... Mniejsza z tym. Tak czy inaczej zacząłem się do niej dobierać, kiedy kątem oka zobaczyłem na biurku kokę. Odsunąłem się.
 - Miałaś nie brać... - powiedziałem z wyrzutem.
 - Ty też - zauważyła.
 - Ja nie biorę!
Parsknęła lekceważąco.
 - Twoje źrenice są średnicy główki od szpilki i oczekujesz, że ci uwierzę?
Westchnąłem ciężko i usiadłem na łóżku. Czułem się, jak na przesłuchaniu.
 - Rozmawialiśmy już o tym nie raz, prawda? Przecież wiesz, że ja siedzę w tym bagnie od prawie dziesięciu lat. To nie takie łatwe teraz wszystko rzucić - próbowałem się bronić, ale ona miała lepsze argumenty:
 - Ładuję w siebie każde świństwo, jakie jestem w stanie zdobyć, regularnie od czternastego roku życia. Wprowadziłeś mnie w nałóg, a teraz wymagasz, żebym przestała brać.
 - Przecież próbowałem zawlec cię na odwyk!
 - Po półtora roku?
Poczułem się winny, cholernie winny. Nie powinienem w ogóle pozwalać jej ćpać. Nie mogę teraz zacząć się o nią troszczyć, po dwóch latach, w ciągu których to ja byłem odpowiedzialny za wszystko.
 - Masz rację. Masz pieprzoną rację! To moja wina, że w ogóle pozwoliłem ci spróbować tego cholerstwa. Nie twierdzę, że teraz w magiczny sposób cię z tego wyciągnę, bo to niemożliwe. Ale zniknę z twojego życia, dobrze? Nie będziesz musiała już żyć ze mną, człowiekiem, przez którego teraz przez to przechodzisz.
Nagle jej oczy zrobiły się szkliste. Po policzku popłynęła jej łza.
 - Chcesz powiedzieć, że..?
 - Przepraszam... Te ostatnie miesiące, to był najlepszy okres w moim życiu, naprawdę.
Usiadła obok na łóżku. Przez chwilę milczeliśmy.
 - Czy to naprawdę musi tak wyglądać? - zapytała tłumiąc płacz.
Zastanawiałem się chwilę. No właśnie, czemu tak ma być? Przecież ją kocham.

Carmen:
 Izzy odprowadził mnie do domu. Był bardzo miły. Dał mi swój płaszcz, żebym nie zmarzła. Jeszcze nigdy nikt mnie tak nie traktował. Szedł ze mną do bramy, bo bał się iść dalej. Nie chciał niczego w zamian za pomoc. Poprosił tylko, żeby nikomu nie mówić, a on postara się dopilnować, żeby ci mężczyźni nic nie zrobili mnie, ani żadnej innej dziewczynie. Mój tata kiedyś powiedział, że ludziom nie można ufać, bo wszyscy są fałszywi i zawsze chodzi im o moje pieniądze. Izzy nie chciał pieniędzy. Dlaczego zrobił to, co zrobił? Te myśli męczyły mnie przez kilka ładnych godzin. Byłam sama w wielkim domu. Mama od paru dni jest we Włoszech, a tata ma nocny dyżur. Prawdopodobnie nie dowiedzą się o niczym, dopóki im nie powiem. No właśnie. Mam posłuchać Izzy'ego i zataić przed nimi wszystko, co się wydarzyło? Przecież to będzie równoznaczne z kłamstwem. Tata mówił, że nie można okłamywać rodziców, bo oni zawsze domyślą się prawdy. Zobaczą to w moich oczach. Ale skąd mam wiedzieć, czy tak jest naprawdę, skoro nigdy nawet nie próbowałam kłamać? Kiedyś musi być ten pierwszy raz. Nie powiem im. Ha, nic im nie powiem! Z tą myślą zasnęłam, niesamowicie z siebie zadowolona.
 Obudziło mnie słońce, które tak bezczelnie wdarło się przez niezaciągnięte zasłony. Rzuciłam okiem na zegar. Wskazywał 7:20. Może to wydać się dziwne, ale nie ważne jak późno pójdę spać, zawsze wstaję przed 8. Taki mój zwyczaj. Wstałam i zeszłam na dół, do kuchni. Na stole leżały porozrzucane papiery. Tata wrócił, ale pewnie śpi. Na śniadanie zjadłam płatki z mlekiem. Ubrałam się najwolniej jak mogłam. Chciałam zaraz iść do Angeli, ale ona na pewno jeszcze nie wstała. Mijały minuty, godziny, aż o 10:40 nie mogłam już wytrzymać, złapałam kurtkę i wyszłam.

Axl:
 Slash sobie poszedł i zostawił mnie debil w tym barze. Topiłem smutki w butelce wódki, niczym Duff. Dwa razy dziś próbowałem zaliczyć jakieś przypadkowe laski, ale nie kurwa, oczywiście dwa razy mnie powstrzymali. Ugh, kiedyś im się odpłacę. A jeszcze jak mnie któraś z tych ciot wsypie, to... to będzie nieprzyjemnie, jasne? No ile razy ja ich kryłem? Jak Duff się zabawiał w hotelu z dziwkami, to kto mu dawał alibi? No kurwa Axl. A jak Adler się zaszył na całą noc z Jess, kiedy jeszcze był z... No z kimś tam, nie pamiętam, ale grunt, że go kryłem. Oczywiście nie twierdzę, że mnie zdradzą, bo to przecież kumple forever... Tak myślę. Cholera, strasznie to wszystko skomplikowane. No bo niby powinni być fair wobec Giny, ale też wobec mnie. Chociaż... Nie powiedzieli jej, że chodzę ze Slashem na dziwki... Chuj z tym. Zamówiłem kolejną butelkę wódki i tak jakoś szło. Schlałem się jak świnia. Nawet gorzej. Jak DUFF. Jak on może codziennie tyle w siebie wlewać, to chyba nigdy nie zrozumiem. Przecież i bez alkoholu i prochów nie potrafi myśleć, a z nimi... No właśnie, no bo dziś nic nie pił (taa, jasne). Może to powód i wyjaśnienie tego, że był jeszcze bardziej wkurwiający. Wiem. Pójdę i mu wpierdolę. Tylko najpierw muszę wstać... Ech, po co. Znajdę jeszcze kiedyś czas na wpierdol. Ale chyba jednak czas wracać do domu. Podjąłem pierwszą od dwóch godzin próbę ruszenia dupy i mi się nie spodobało. Dobra, drugie podejście. Rozbujałem się i wyjebałem na podłogę, przekonując samego siebie, że taki był plan. Ktoś pomógł mi się podnieść. Zmusiłem się, żeby ogarnąć kim ów ktoś jest, ale pomimo, że z ryja wyglądał znajomo, to nie mogłem skojarzyć nazwiska.
 - Dzięki - wybełkotałem i oparłem się o stolik.
 - Mhm, powodzenia z drogą do domu. W takim stanie nie wyjdziesz nawet z baru.
Wlepiłem gały w to coś. Znaczy tego ktosia, ale jego głos był tak wysoki i w ogóle dziwny, że postanowiłem płeć na razie zostawić. Zwłaszcza, że jeszcze chował się za kurtyną długich włosów, swoją drogą równie rudych jak moje, nie mogłem ogarnąć, czy to panienka, czy może dude looks like a lady. Chyba ogarnął, że się na nią-niego patrzę, bo chwilę później usłyszałem:
 - Ech... Może cię podwieźć?
 - Tak, dziki.
Wstał, spojrzał na swoje ledwo napoczęte piwo i westchnął ciężko. Tak, już ostatecznie stwierdziłem, że to facet. Nie pytajcie po czym poznałem.Wytoczyłem się z baru podążając za rudą istotą. Po paru krokach przyjebałem w słup, który okazał si być samochodem. Kto normalny przyjeżdża do baru samochodem? Wymacałem klamkę i opadłem na przednie siedzenie. Kilkanaście sekund potem silnik odpalił. Resztkami sił odwróciłem głowę w stronę mojego kierowcy.
 - Dokąd jedziemy? - zapytał.
 - Do domu - odparłem bez namysłu. - Jeśli wysadzisz mnie na Sunset, dalej dojdę sam.
Zaśmiał się melodyjnie. Ten jego głosik nie był nawet taki zły, jak myślałem na początku.
 - Stary, nie dałeś nawet rady wstać z krzesła.
W sumie to ma rację. Podałem mu swój adres. Dopiero za trzecim podejściem, ale zawsze. Ugh, no bo to taki długi ciąg liter i cyfr...

czwartek, 8 maja 2014

R. 7

Angela:
 To się porobiło... Carmen się upiła, ja też. Cholera jasna, jak ja mam wrócić do domu w takim stanie? A co ważniejsze: co mam zrobić z Car? Starzy mnie do niej wysłali, żebym ja była "grzeczniejsza", a nie żeby ją psuć. Serio, szlag by to trafił. No ale co, to ci debile, moi opiekunowie sobie wymyślili, że mam być inna. Powinni się liczyć z opcją, że to właśnie ja uczynię Car "niegrzeczną". Wystarczył jeden dzień, a właściwie to jedna godzina. Nawet nie cała. Panna Harrison jest pijana. Nadal jej nie lubię. Nadal ma bogatych starych, nadal jest lepsza ode mnie. To głównie dlatego ją spiłam. Żeby jej starzy wstydzili się swojej córki, tak jak każdy mój nowy tatuś i każda nowa mamusia wstydzili się mnie. Carmen nie jest idealna, a ja chcę, żeby wszyscy to zobaczyli. Jezu, jak łatwo było ją upić, serio wystarczyły dwa drinki wlane w nią wręcz siłą, a resztę sama wypiła. Gdyby jeszcze Duff się nią tak nie przejmował... Wkurwia mnie. No cóż, przynajmniej Slash jej nie polubił. Pocieszające. Ale Duff... Temu skurwielowi to niewiele brakuje, żeby się w niej zakochać! Grr. Tak się staram, żeby mnie zauważył! No to kurwa nie, nadal jestem we friendzone. Chuj by to strzelił. No ile jeszcze mam czekać, aż ten debil ogarnie, jak ja go kurewsko kocham?! Ech, szkoda gadać...
 - Ej, Angie... - zagaił Slash.
 - Taak?
 - Jak bardzo jesteś pijana?
 - Trochę. A co?
 - Pójdziesz ze mną do baru?
Zastanowiłam się chwilę.
 - A co mi tam. Ale myślisz, że bezpiecznie jest zostawić McKagana samego z Carmen?
 - Spoko, Car śpi - zakomunikował.
 - Właśnie dlatego.
Popatrzył na mnie, potem na drzwi pokoju Duffa i znowu na mnie.
 - Cholera... W ogóle to chyba oni nie powinni tam się zamykać - powiedział Hudson lekko zaniepokojony, ale jednocześnie rozbawiony.
 - A no nie powinni. Może na razie weź sobie browar z lodówki, potem przejdziemy się do Rainbow, dobra? - zaproponowałam.
 - No niech ci będzie...
Poszedł do "kuchni" (tj. pomieszczenia, w którym stoi lodówka) i wrócił z dwiema puszkami piwa. Podał mi jedną. Podziękowałam. Siedzieliśmy chwilę w nieprzyjemnej ciszy. Naprawdę nie mamy o czym rozmawiać?
 - Angie... - odezwał się. Jemu chyba też nie podobało się to milczenie. - Ech... Nie ważne.
 - Co chciałeś powiedzieć?
 - Nic takiego... - wziął łyka piwa. - Wiesz, może pójdę zobaczyć co u Duffa, bo strasznie tam cicho.
Błyskawicznie wstał i zmaterializował się przy wejściu do pokoju basisty. Wszedł, zamknął drzwi za sobą. Zostałam sama. Nawet rozmowy nie potrafię podtrzymać... Nie dziwię się, że Duff się mną nie interesuje, jestem beznadziejna...

Duff:
 No zaje-kurwa-biście! Co ja kurwa jestem, niańka?! Ech, tsza było nie pić z Angelą i tym czymś... No co, ona chciała iść do biblioteki, nie mogę jej nazywać człowiekiem. No ale dobra, robię to tylko i wyłącznie ze względu na Slasha i jego idiotyczne podejście do zakochania się. Dlaczego ja temu debilowi pomagam... Ach, bo wy nie wiecie? Że Slash się zakochał - no co za kretyn - w Angeli? Znaczy nie, żebym coś do niej miał, jest serio świetna (zwłaszcza od kiedy się przefarbowała na blond), ale to tylko moja przyjaciółka i nic więcej. Chyba muszę sobie kogoś znaleźć. No bo jak to tak, Izzy jest w związku, a ja nie. Chociaż Popcorn nie ma laski. Już. W sumie to chyba wolę pilnować śpiącej (nieprzytomnej?) dziewczyny niż pocieszać Adlera. Slash powiedział kiedyś, że parę lat temu ten debil się chciał pociąć, bo go rzuciła panienka. Hmm... Miejmy nadzieję, że ktoś go teraz pilnuje. Nie tak łatwo wytresować perkusistę!
 Siedziałem sobie rozważając o tym jakie moje życie jest skomplikowane (Ha. Ha. Ha.), kiedy ta kur... Ta laska, której pilnowałem się obudziła (odzyskała przytomność).
 - Gdzie ja jestem? - wybełkotała.
No, czyli standard. Chociaż nie, zwykle pierwsze słowa po przebudzeniu brzmią "złaź ze mnie". Jakoś chyba byłem za mało pijany, ale mniejsza z tym.
 - W Los Angeles - odpowiedziałem.
 - To chyba oczywiste, skoro tu mieszkam.
 - Nie do końca. Kiedyś jak się schlałem, to obudziłem się parę ładnych godzin drogi stąd, więc... Ale ty jesteś w LA.
Niestety.
 - A kim pan jest?
Myślałem w tamtej chwili, że jej przypierdolę. Jak kurwa można, jakim prawem ona nazywa mnie "PAN"?! Na ogół jestem spokojnym człowiekiem (Ha. Ha. Ha. Znowu.)... Ale mnie kurwica bierze, kiedy ktoś mówi do mnie "pan". Tak więc wstałem, podszedłem do niej i chciałem zacząć krzyczeć, ale pomyślałem, że Slash tu przylezie i schrzani wszystko z Angie. Tak więc złapałem ją za bluzkę, szarpnąłem do góry i troszkę opierdoliłem. Ale przynajmniej szeptem. Nie no, myślałem, że się poryczy. Patrzyła na mnie wzrokiem zbitego psa. Jak Steven. Ugh, poczułem się, jakbym nakrzyczał na dziecko, a ona nawet nic nie zrobiła. Jakoś tak głupio mi się zrobiło i ją przeprosiłem. Kiedy już usiadłem i próbowałem się uspokoić do sypialni wleciał Slash i wręcz zatrzasnął za sobą drzwi.
 - Co ty tu robisz? - zapytałem jeszcze trochę wkurwiony.
 - Aa, tak pomyślałem, że zobaczę, czy nie broisz - rzucił podenerwowany.
 - A co z Angie?
 - Siedzi w... - usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwi. - Właśnie wyszła.
 - Jesteś idiotą - mruknąłem.
 - Wiem... Ale to nie jest teraz nasz największy problem.
 - Nie?
Pokręcił głową.
 - Angie wyszła i zostawiła nas z nią - wskazał na skuloną na łóżku dziewczynę. - Trafisz do domu? - zwrócił się do niej.
Wzruszyła ramionami.
 - Nie wiem nawet, gdzie jestem.
Hudson westchnął zrezygnowany.
 - Dobra, odprowadzimy cię. Tylko powiedz gdzie mieszkasz.
Podała nam swój adres. Chwila...
 - Jak to "odprowadzimy"? - jestem chyba jakiś opóźniony. - Ja też mam iść?
 - No wiesz, nie jest ze mną do końca bezpieczna. Kto wie, co takiemu staremu zboczeńcowi przyjdzie do głowy.
Carmen chyba potraktowała to poważnie.

Izzy:
 Za jakie moje grzechy... Przecież ci debile wiedzą, jak ja nienawidzę imprez u nas w domu. Nosz kurwa, no bo kto potem musi to sprzątać? Adler, ale chciałem powiedzieć, że ja, żeby wyszedł lepszy argument. No dobra, whatever. Poza tym jakoś nie czuję się komfortowo w otoczeniu tylu dziewczyn. Mam słabość do kilku obecnych, a chciałbym mimo wszystko być wierny Ingrid. Boże, co się ze mną porobiło... Serio kurwa, jestem chyba chory, czy coś. JA nie mam ochoty iść do Michelle. JA nie mam ochoty zaszyć się w sypialni z moją byłą. JA nie chcę nikogo innego, tylko Ingrid. CO SIĘ ZE MNĄ KURWA DZIEJE?! Nie no, zajebiście, zacząłem krzyczeć w myślach na samego siebie. To przez te dragi. A raczej ich brak. Obiecałem, ale kurwa, nie daję rady normalnie funkcjonować bez prochów. Miejmy nadzieję, że Ingrid mi wybaczy. Chciałem iść do Slasha zapytać, czy nie ma trochę towaru na zbyciu, a tu mnie taki grom z jasnego nieba: Slasha ani Duffa nie ma. Nie ma ich na imprezie (?!). Ostatecznie pomyślałem o Angeli, ale nie kurwa, jej też nie ma. Tsza będzie odwiedzić Matta... Wait a minut. Jestem dealerem i nie mam dragów? JAK?! Muszę przestać tak się angażować w ten związek... Dobra, kogo ja oszukuję, nie dam rady. Ale muszę przynajmniej wrócić do dealowania, trzeba jakoś zarabiać na życie. Przez głowę przeleciała mi myśl, żeby iść do pracy. Zacząłem się śmiać jak pojebany. Ja i praca... To trochę jak Slash i odwyk. Nie, nie, nie. Mogę zdychać z głodu, ale nikt mnie nie zmusi do pójścia do pracy...
 Odskoczyłem jak poparzony. Nie powinienem się tak zamyślać. Stałem sobie na samym środku skrzyżowania, a z każdej strony trąbiły na mnie samochody. Niech się wypchają. Rozejrzałem się, żeby zablokować ruch na jeszcze jedną chwilę. Westchnąłem i wolno ruszyłem dalej. Ech, gdzie ja w ogóle szedłem..? A no tak, kierunek Matt. A w drodze powrotnej wpadnę do Rainbow. I zahaczę o Ingrid. Tylko może w odwrotnej kolejności. Ledwo się tam do niej dostałem jak byłem (w miarę) trzeźwy, no to się boję myśleć co by było, gdybym przyszedł nachlany. Demoralizuję (trudne słowo) młodzież. Przecież ona ma szesnaście lat! Powinienem mimo wszystko zostawić ją w spokoju... Ale nie zostawię. Za żadne skarby świata. Chuj, zaraz mnie trafi przez te "filozoficzne przemyślenia". Ugh, muszę się najebać. Dlaczego ja w ogóle myślę?! I dlaczego znowu wkurwiam się na samego siebie?!
 - Ej, stary - ktoś pomachał mi ręką przed oczami. - Jesteś tam?
Rozejrzałem się zdezorientowany. Stałem przed willą Matta (ma się te znajomości).
 - Dobrze się czujesz? - zapytał. - Bo wyglądasz chujowo.
 - Jak zawsze - stwierdziłem sarkastycznie. - Potrzebuję heroiny, kokainy, nie wiem, czegokolwiek!
Popatrzył na mnie i nawet wydawał się zmartwiony.
 - Naprawdę wyglądasz na chorego - powiedział wolno. - Ale wejdź.
Wprowadził mnie do swojego zajebiście wielkiego salonu i posadził na kanapie. Po domu pałętały się prawie gołe dziewczyny (halo, to dom Matta, jakże mogłoby być inaczej...), a ja w sumie nie zwracałem na nie uwagi. Nigdy więcej odwyku... Popatrzył na mnie jeszcze raz, po czym zniknął w jednym z pokoi.
 - Przygotuję sprzęt i cię zawołam - rzucił.
Trochę opanowałem drgawki, ale nadal trząsłem się jak cholera. Rozejrzałem się po pokoju. Niby porozwalane butelki i inne śmieci to nic nadzwyczajnego, ale chyba coś się tu działo. W sumie kogo to obchodzi. Podeszła do mnie jakaś laska w stroju króliczka Playboya i powiedziała, że Matt prosi. No kurwa, nareszcie!

Slash:
 Spieprzyłem wszystko z Angie... Znowu. Ugh, jak ja siebie nienawidzę. Jestem zdolny jednego wieczoru zaliczyć pięć różnych dziewczyn, ale jak już mi się jakaś kurwa spodoba, to kurwa nie potrafię tego powiedzieć. Duff ma rację, jestem idiotą. A do tego wpakowałem się w niańczenie tej blond kurwy, która sama nie potrafi dojść do domu. Tak, wiem, sam jej zaproponowałem pomoc, ale nie miałem wyjścia. Przecież Angie by się mogła wkurwić...
 - Slash, daleko jeszcze? - jęknął znudzony McKagan.
 - A skąd ja mam wiedzieć?
Zatrzymał się.
 - Nie wiesz, jak tam dojść?
 - Nie mam bladego pojęcia.
Westchnął zrezygnowany.
 - Nie, ja się na to nie pisałem! - krzyknął i sobie poszedł.
Wrzeszczałem za nim, ale nawet się skurwiel nie odwrócił. A to zdradziecka szuja. Zostawił mnie z nią. Tak, znowu nie pamiętam imienia, no przykro mi bardzo, nie mam to tego pamięci. Ruszyłem wkurwiony przed siebie. Ona za mną pobiegła.
 - Spieprzaj - mruknąłem.
 - Ale...
 - SPIERDALAJ.
Zatrzymała się i chyba tam już została, nie wiem, nie obchodzi mnie to. Znam ją od kilku godzin, a mam już dość. Wyszedłem na jakieś skrzyżowanie. Dobra, już wiem, gdzie jestem. Zrobiliśmy kurewsko wielkie kółko."Cudowne skrzyżowanie", jak to z chłopakami nazwaliśmy. Dlaczego cudowne? Cóż, stanowi centrum naszej orientacji w terenie. Jedna droga prowadzi do Rainbow, druga do mnie do domu, ta trzecia do willi Matta, a gdybym częściej chodził do Troubadour kiedy jest jasno, albo kiedy jestem trzeźwy, to zapewne ogarnąłbym, gdzie jestem, bo ostatnia droga właśnie tam prowadzi. Dopiero teraz zrobiło mi się trochę głupio, że zostawiłem tam Carmen (a jednak potrafię sobie przypomnieć!). Postanowiłem po nią wrócić, ale kiedy cofnąłem się do miejsca, gdzie się zatrzymała, nigdzie jej już nie było... Cholera jasna. No szlag by to trafił, czy ja niczego nie potrafię zrobić dobrze? Nawet odprowadzić dziewczyny do domu? A jeszcze się nad sobą użalam, że Angie mnie nie chce, no nie dziwię się jej.

Carmen:
 Zostawili mnie. Najpierw jeden, potem drugi. Co ja takiego robię, że wszyscy mnie nienawidzą? To jeszcze nic, że zostawili. Nakrzyczeli i upokorzyli. Nawet nie wiem za co. Jestem aż tak beznadziejna? Czy to może przez to, że nie umiem żyć tak jak oni? Że w ogóle nie umiem żyć... Dlaczego uświadamiam to sobie po prawie szesnastu latach? A Angela... Chciałabym być jak ona. Jest taka wyluzowana [czytaj: ma na wszystko wyjebane, ale Car nie zna jeszcze takich brzydkich słów. Przypomnienie pisarza] i wcale nie przejmuje się szkołą, a i tak ma dobre oceny. Ma swoje życie i jestem pewna, że korzystała już nie raz z różnych używek. A ja nie mam na to odwagi. A chcę... Też bym chciała spróbować tego wszystkiego, zanim zmarnuję młodość. Ale chyba najpierw muszę się dostać do domu.
 Trochę się boję... Nigdy nie byłam w tej części Los Angeles, a teraz jestem i to sama. Strasznie boli mnie głowa i mam luki w pamięci. Nie wiem, jak dostałam się do tamtego mieszkania, ani dlaczego nie pamiętam, co robiłam zanim się obudziłam. Gdybym chociaż wiedziała, w którą stronę do domu... Ale nie wiem. Wygląda na to, że muszę kogoś zapytać o drogę. Zaczęło się powoli robić ciemno. Skręciłam w jakąś ślepą uliczkę. Nie wiedziałam wtedy, że jest ślepa. Kiedy już zorientowałam się, że nigdzie nie dojdę, chciałam się wrócić. Na drodze stanął mi jakiś mężczyzna, a właściwie trzech. Usiłowałam ich wyminąć, ale jeden z nich złapał mnie mocno za nadgarstek.
 - A panienka gdzie się wybiera? - zapytał z szyderczym uśmiechem.
Nadal próbowałam się wyrwać, ale co ja mogę? Przygwoździli mnie do ściany. Serce biło mi jak młot. Dlaczego właśnie przed oczami przeleciało mi całe moje marne życie? Jeden z nich zaczął mnie dotykać. To było takie obrzydliwe. Na początku stałam nieruchomo, ale kiedy któryś wsunął mi rękę pod bluzkę znowu zaczęłam się miotać i wyrywać. Jedyne co mi pozostało, to krzyk. Tak więc zaczęłam wrzeszczeć najgłośniej jak mogłam. Ten, który mnie trzymał uderzył mnie w twarz.
 - Nie ładnie skarbie, nie ładnie - mruknął wysoki, zarośnięty mężczyzna stojący po mojej lewej.
Nagle uścisk na moich nadgarstkach zelżał. Miałam nadzieję, że mnie wypuszczą. Myliłam się. Rzucili mnie na kolana. Ten wysoki rozpiął spodnie. Rodzice nigdy nie rozmawiali ze mną o takich sprawach, ale przecież chodzę do szkoły. Naprawdę tak ma wyglądać mój pierwszy raz? Podjęłam się ostatniej próby i wydałam z siebie kolejny krzyk. Znowu dostałam w twarz. Zrobiło mi się czarno przed oczami. Chyba straciłam na chwilę przytomność. Jak przez sen usłyszałam wściekły głos jednego z tych mężczyzn, a potem jeszcze inny. Kłócili się. Wreszcie zrobiło się cicho. Ktoś do mnie podszedł. Z wysiłkiem otworzyłam oczy. Obok mnie klęczał jakiś chłopak. Byliśmy w uliczce sami. Tamci sobie poszli. Myślałam, że on też chce mi coś zrobić, ale nic takiego się nie stało. Zapytał tylko, czy nic mi nie jest. Pokręciłam wolno głową, nadal próbując dostrzec w ciemnościach jego twarz.
 - Dasz radę wstać? - spytał cicho.
 - Chyba... tak... - wymamrotałam.
Wstał i podparł się o ścianę. Ledwo trzymał się na nogach. Podał mi rękę i pomógł się podnieść.
 - Na pewno nic ci nie zrobili? - odezwał się, kiedy już wyszliśmy z zaułka.
 - Nie, wszystko w porządku. Ale... Pan ledwo idzie.
W świetle lampy dostrzegłam, że lekko się uśmiechnął.
 - Proszę cię nie mów na mnie pan. Dokąd tak właściwie idziesz? Odprowadzę cię.
Chciałam odmówić, ale chyba już nigdy nie odważę się chodzić sama po Los Angeles. Podałam mu adres.
 - Jak w takim razie mam do pa... do ciebie mówić?
 - Jestem Izzy.

sobota, 3 maja 2014

R. 6

Nie mogę się całkowicie podpisać pod tym rozdziałem, bo pomagała mi w jego napisaniu moja kuzynka, niekuzynka Julka i za to jej chwała :') Ale pociesza mnie to, że Kacper nawet słowa nie dopisał, to się poczułam lepsza.

_____________________________________________________________________

Duff:
 Chuj by to strzelił. Znowu zostaliśmy sami. Ingrid ma w pokoju monitoring (dosłownie), a starzy Angie wysłali ją na odwyk (nie dosłownie). No cóż, przynajmniej Izzy sobie przypomniał, że jest gitarzystą. Zakochał się chłopak, nie da się tego nie widzieć. Jest mu wszystko jeszcze bardziej obojętne niż zazwyczaj.
 - Co tam bazgrzesz, Iz? - usłyszałem głos Slasha.
 - Nic takiego.
 - No pokaż! - dołączył się Axl.
Wyrwali mu skrawek papieru. Slash rzucił na niego okiem, po czym podał bez słowa Axlowi.
 - Jesteś geniuszem - wykrztusił wreszcie Rose. - Serio, powinieneś częściej się zakochiwać.
 - Chyba wolę nie... - mruknął Izzy i zabrał Axlowi kartkę. - I ani mi się waż zrobić z tego piosenkę!
 - To co to niby było? Liścik miłosny? - Slash zaczął się śmiać.
 - Tak, kurwa, dokładnie tak - warknął rytmiczny i spierdolił.
Siedzieliśmy jeszcze chwilę i było słychać tylko śmiech Axla i Slasha. Nagle do domu wleciał Adler. Miał minę zbitego szczeniaka. Był cholernie przybity, jakby ktoś go właśnie... ech, nie wiem.
 - Ej, stary, co jest? - zapytałem, kiedy usiadł obok mnie na kanapie i otworzył butelkę wódki.
 - Jessica mnie rzuciła - zakomunikował smętnie.
Slash zaklął pod nosem.
 - Co żeś zrobił? - zapytaliśmy z Axlem chórem. Nic nie powiedział. - Adler, co ten debil zrobił?
 - Przespał się z nią - odezwał się po chwili milczenia.
Wpatrywaliśmy się w Hudsona jak w eksponat muzealny.
 - No to chyba ty powinieneś rzucić ją, no nie? - stwierdziłem.
 - Nie, właśnie, że nie. Jak mi powiedziała to z automatu jej wybaczyłem, a ona wtedy... - pauza - Wtedy mnie poinformowała, że mnie rzuca, bo się zakochała.
 - CO?! - Slash gwałtownie wstał. - Kurwa mać! - wybiegł z domu.
Zaczęliśmy pocieszać Popcorna. Nie wiem, dlaczego Axl to robił, ale ja nie chciałem, żeby mi wychlał całą wódkę. No co? Tsza się troszczyć o swoje.
 - Nie przejmuj się, nie była ciebie warta - pocieszałem go. - Znowu zamieszkasz z nami i będzie tak jak kiedyś...
Popatrzył na mnie tymi swoimi wielkimi, niebieskimi, lśniącymi od łez oczami.
 - Nie chcę mieszkać ze Slashem...
 - Wobec tego chodź do nas - szybko zaproponował Axl. - Jakoś się pomieścimy.
I nikt już się nie odezwał. Adler sobie poszedł. Czemu wszyscy wychodzą? Chwilę potem zostałem sam, bo Axl się ulotnił. Siedziałem, siedziałem, aż poczułem chęć wyjścia z domu. Co do cholery się dzieje?! To pewnie dlatego, że jest tak czysto. Kto normalny lubi siedzieć w czystym mieszkaniu? Tsza będzie nasyfić. Tak czy inaczej wyszedłem... tfu! Wyszłem i ruszyłem (ruszłem?) w nawet sobie nieznanym kierunku. Minąłem kilka sklepów, barów i innych melin. Zatrzymałem się przed bardzo, bardzo, bardzo dużym budynkiem, w którym nigdy nie byłem, i który wydawał się być przerażającym miejscem. Wielki napis nad drzwiami głosił "biblioteka". Po plecach przeszły mi ciarki. Ludzie mówią, że to miejsce, w którym się czyta... Brr, książki. Wpatrywałem się w wejście do tego jakże upiornego budynku. I nagle co widzę? Angelę z jakąś blondynką.
 - No chodź, to tylko biblioteka - chłodno powiedziała blondyna. Żadnych uczuć, normalnie zero.
 - JA NIE CZYTAM - Angie dobitnie zaakcentowała każde słowo. - Duff! - rzuciła mi się na szyję. - Ratujesz mi dupę!
 - O nie nie, młoda damo. Idź pozyskiwać wiedzę - powiedziałem stanowczo.
 - Duff, co ty brałeś? - zapytała.
Blondynka odchrząknęła znacząco.
 - Miałyśmy się uczyć - zakomunikowała.
 - Nie smęć, zrób choć raz coś złego! Może zacznijmy od tego, że to jest Duff.
 - Ej, sugerujesz, że poznanie mnie to "coś złego"? - udałem obrażonego.
 - A co kurwa, zaprzeczysz?
Wzruszyłem ramionami.
 - W sumie.
Staliśmy chwilę w milczeniu, po czym zaproponowałem:
 - A może pójdziemy się schlać?
Jak ta blondyna na mnie spojrzała to myślałem, że mnie tym wzrokiem zabije.
 - Przepraszam, ale o czym pan mówi? - odezwała się.
Co kurwa? Pan? Czy ja dobrze usłyszałem? Angie wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.
 - Tak więc proszę pana, chętnie wybiorę się z panem do jakiegoś baru. Co pan poleca? - powiedziała, za każdym razem akcentując "pan".
 - Ta, bardzo kurwa śmieszne. Rainbow?
 - Czemu nie... Proszę pana.
Przewróciłem mymi zajebistymi oczętami.
 - A co masz zamiar zrobić z... tym czymś?
 - To znaczy czym?
 - No wiesz... Tym - wskazałem na dziewczynę stojącą z deczka z tyłu.
 - Chodzi ci o Carmen?
Skinąłem głową.*
 - No także tego. Zabierzemy ją ze sobą. Chyba panu to nie przeszkadza?
 - Jak długo zamierzasz mówić do mnie "pan"?
Uśmiechnęła się wrednie.
 - Co to jest Rainbow? - cicho zapytała... ech, Carmen?
Popatrzyliśmy z Angelą na siebie.
 - Ona tak serio? - rzuciłem.
 - Obawiam się, że tak - odpowiedziała Angie ze zgrozą.
No dobra, stwierdziłem, że jak jej wyjaśnimy, iż to bar, to z nami nie pójdzie. Ale nic nie powiedzieliśmy i jakoś ją tam zaciągnęliśmy.

*Skinoułem głuffkom i szczepłem gżyfkę na bok bo się stegowała. Ach, jagrze słitaśnie to zrobiuem.

Slash:
 Nosz kurwa zajebiście! W chuja kolejna laska mnie kocha! Jestem z tego w chuj zadowolony... Steven mnie zje... No i kurwa ten tego... Poszłem do mieszkania Jessici (i byłego miejsca zamieszkania Popcorna), ale tej kurwy nie było. Jeszcze bardziej zajebiście. No ja pierdolę, oczywiście, bo jak kurwa muszę z nią pogadać to jej kurwa nie ma... kurwa. Chyba nadużywam słowa "kurwa". Chociaż w sumie... Chuj z tym. Tak właściwie jest mi to obojętne. Szłem, szłem i nagle widzę Duffa z Angelą i jakąś blondyną. Wydawała się nieźle schlana. Serio, nie dawała rady iść o własnych siłach. Nie ma to jak być pijanym o... hm, 16? Chwila, czemu JA nie jestem jeszcze pijany? Ugh, jak tak można, tsza to zmienić jak najszybciej! Ale nie, kurwa, próbowałem wyminąć Duffa & spółkę, ale mnie oczywiście zatrzymali.
 - Slash! Czekaj! - wydarła się Żyrafa.
 - Czego, kurwa pytam się kurtularnie?
 - Kulturalnie, analfabeto - poprawiła mnie Angie.
 - Whatever... - mruknąłem, po czym podjąłem kolejną próbę wejścia do Rainbow.
 - No czekaj kurwa! - znowu krzyknął McKagan. - Pomógłbyś w biedzie.
 - A co ja kurwa, z tego będę miał? - zapytałem cwaniacko.
 - Świadomość, że pomogłeś? - serio ten debil liczył, że pomogę tak za nic?
 - No chyba ty.
Duff przewrócił oczami.
 - Dobra kurwa, odpalę ci działkę.
 - I..? - kombinowałem dalej w nadziei, że wyłudzę coś więcej.
 - A czego jeszcze jaśnie pan pragnie? - wycedził sarkastycznie.
 - Na kolana i bij pokłony! A być może rozważę twoją prośbę.
 - Pierdol się - rzucił, po czym oddalił się taszcząc tę półprzytomną (czy raczej nieprzytomną?) blondynę.
Poczułem jakieś takie wewnętrzne coś, że muszę go dogonić i mu pomóc. No i chuj, na cholerę mi to wewnętrzne coś?! Ugh.
 - Oj dobra! Poczekaj mendo! Tylko tak sobie żartowałem - krzyknąłem, już biegnąc za McKaganem.
Duff odwrócił się i popatrzył na mnie z zaskoczeniem.
 - Slash... Ty na pewno nic dziś nie brałeś? - zapytał
 - Nie, czemu? To już jak chcę z dobrego mego serca ci pomóc, to znaczy, że brałem?
 - Slash, błaaagam... Ty i dobre serce? - zapytał sceptycznie.
 - Oj zamknij się już. Mam wam pomóc czy nie?! - rzuciłem zdenerwowany.
 - Dobra, już dobra. Spokojnie mistrzu - Duff uśmiechnął się cwaniacko.
Rzuciłem mu wściekłe spojrzenie i zabrałem się za taszczenie blondyny. Po paru żmudnych, męczących minutach zapytałem:
 - A tak w ogóle co to za laska?
 - To jest Carmen. Moja... hmmm. Niańka? - odparła Angie.
 - Więc... Schlaliście ją... Ale po co?
 - Nie specjalnie... Dziewczyna ma słabą głowę. - powiedział Duff.
 - Taaa... jasne - powiedziałem przeciągle.
 - Naprawdę! Car chciała mnie zaciągnąć do... - zrobiła dramatyczną pauzę - BIBLIOTEKI! - broniła Duffa Angie.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem.
 - Hmmm... Biblioteka - wypowiedziałem to słowo wolno, z obrzydzeniem - A po chuja chciała tam iść?
 - Miały się... Brr... Uczyć - zbulwersował się Duff.
 - Chodzicie do szkoły?
Angie spojrzała na mnie jak na idiotę. No co kurwa? Ja tam od zawsze miałem głęboko w dupie szkołę.
 - No niestety - odpowiedziała wreszcie.
Przeszliśmy jeszcze parę kroków, po czym znów zapytałem:
 - A gdzie ją zabierzemy?
 - Kurwa... Nad tym się jeszcze nie zastanawialiśmy - powiedziała Angela.
 - A niech lezie do nas - zakomunikował McKagan.
A ten co kurwa sobie myśli?! Motel jakiś pierdolony prowadzimy, czy co?!
 - A czemu to kurwa do nas? - spytałem mocno wkurwiony.
 - Ech... - westchnął Duff - Do jej domu nie możemy, bo jej rodzice. Do Axla nie, bo przez ciebie siedzi tam nasz biedny, zraniony pudel - spojrzał na mnie - Więc pozostajemy tylko my - uśmiechnął się głupkowato.
 - A do Angie? - spytałem z nadzieją.
No co kurwa? Nie chce by mi się po domu pałętała jakaś nieprzytomna blond kurwa! Angela spojrzała na mnie dziwnie.
 - No co? - spytałem. Teraz to już w ogóle nic nie ogarniam.
 - Slash, idioto, Angie TEŻ idzie do nas - wytłumaczył McKagan.
 - A to czemu? - zaczynam się czuć jak dziecko specjalnej troski...
 - Bo ja też jestem wstawiona i nie zabiorę pijanej Carmen do mojego domu - powiedziała ironicznie. - Chyba ci to nie przeszkadza? - spytała z udawaną słodyczą.
Grrr! Jak ona mnie czasem wkurwia!
 - Nie, oczywiście, że nie...  - wycedziłem.
I tak już byłem na przegranej pozycji... Duff żwawo kroczył w kierunku naszej meliny. Zapytam jeszcze raz: CZY MY PROWADZIMY JAKIŚ JEBANY MOTEL?! Chuj z tym. Tak w sumie... To chuj ze wszystkim.

Steven:
 Leżałem na kanapie zwinięty w kłębek. Moje życie straciło sens! No co kurwa, nikt tu nigdy nie był zakochany? Jessica to miłość mego życia, tak do siebie pasowaliśmy... A ona co?! Kurwa, jebie się na prawo i lewo i to jeszcze z moim najlepszym, pierdolonym kumplem! A to, że ja pieprzę wszystko, co ma cycki na pewno nie ma z tym żadnego związku. Jestem tego pewny. No bo Jess sama powiedziała: "Steven, lepiej będzie, jeśli pozostaniemy w otwartym związku. Zero zobowiązań". I co kurwa?! Nagle jej się to nie podoba i jest źle?! Nie ogarniam tego... Leżałem i gapiłem się w sufit. Gdy tak rozmyślałem nad swoim beznadziejnym losem, drzwi otworzyły się z hukiem i do domu wparował Axl.
 - Wstawaj Popcorn! Dość tego lenistwa! - wydarł się.
 - Nigdzie się nie wybieram... - mruknąłem.
 - Nie musisz. Robimy imprezę. Zapraszamy duużo dziewczyn. Na pewno znajdziesz jakąś sto razy lepszą, od tej całej Jessiki.
 - NIE CHCĘ! Ja chcę Jess... - załkałem.
 - Nie smęć, tylko rusz dupę - spojrzałem na niego wilkiem.
Axl westchnął i usiadł przy mnie.
 - Steven, nie możesz się załamywać z powodu jakiejś laski... - zaczął, próbując mnie pocieszyć.
 - Jessica to nie jest zwykła laska... Kocham ją... - jęknąłem i schowałem twarz w poduszkę.
 - Przecież nie jest jedyną dziewczyną na świecie. Zobaczysz, niedługo znowu się zakochasz i o niej zapomnisz.
 - Tak myślisz? - spytałem z nadzieją.
 - No... wiesz... - wtedy do domu wrócił Izzy. - Dzięki Bogu, że jesteś! Weź mi tu pomóż... - "poprosił" Axl.
 - Co jest? - rzucił rytmiczny.
Axl mu streścił naszą rozmowę.
 - Naprawdę sądziłeś, - odezwał się wreszcie Stradlin - że pomoże mu przelecenie kilku dziwek? Wiesz co... wyjdź.
 - Ale... - zaczął Rose, lecz Izzy mu przerwał:
 - Wyjdź!
Przetarłem oczy ze zdziwieniem. Czy tylko mi się wydawało, czy Izzy krzyknął na Axla? Nie, nie, to pewnie tylko moja wyobraźnia i ten cały alkohol, który dzisiaj w siebie wlałem. Izzy jeszcze nigdy na nikogo nie podniósł głosu... NIGDY. On jest zawsze ten spokojny i nigdy, przenigdy nie krzyczy.
 - Czy... to... był... rozkaz?! - w Axlu aż się zagotowało. - Czy ty mi rozkazujesz?!
Izzy spojrzał mu w oczy z kamienną twarzą.
 - Błagam cię, nie rób problemów z niczego.
Po chwili Axl wyszedł trzaskając drzwiami.
 - Jakim cudem cię nie pobił? - zapytałem cicho.
Stradlin odwrócił się w moją stronę.
 - Taka magiczna sztuczka. Potem mi się dostanie... - na moment odpłynął myślami. - Ale nieważne. Czemu Jessica cię zostawiła? Jestem trochę nie w temacie.
Opowiedziałem mu, jak wróciłem od Michelle i w drzwiach minąłem Slasha. Jak Jess powiedziała to straszne "Steven, musimy porozmawiać". Jak się przeraziłem, bo nie nazwała mnie Stevie. A potem powiedziałem o tym, że od tak, prosto z mostu, wyznała mi, że się zakochała i że to koniec naszego związku.
 - Poczekaj... - poprosił. - Rozmawiałeś już ze Slashem?
Pokręciłem przecząco głową.
 - Nie chcę go widzieć.
Izzy westchnął zrezygnowany.
 - Stary... Pierwszy raz ci odbił laskę? Nie. Nie pierwszy, nie drugi, nie dziesiąty. I co zawsze się okazywało? Że wracały. Wracały, przepraszały, obiecywały poprawę. Uważasz, że z Jess będzie inaczej? Nie - kontynuował swój monolog - Jessica wróci na kolanach i będzie błagać, żebyś jej wybaczył. Powie, że myliła się co do Slasha. Taki jest odwieczny schemat, tego każdy się trzyma. Proste.
 - A co jeśli nie? - odezwałem się cichutko po chwili milczenia. - Co jak to nie będzie takie proste i Jess mimo wszystko nie wróci?
 - Cóż... Wtedy będziesz czekał na kolejną wybrankę serca.

wtorek, 29 kwietnia 2014

R. 5

Slash:
 Gdyby ktoś nie ogarniał jest poniedziałek. Idziemy dzisiaj na jakiś koncert, znaczy się zagrać, no, never mind. Jako iż w naszym domu jest najmniejszy syf (tak, ostatnio zagoniliśmy Adlera, żeby posprzątał) wszyscy się tutaj zleźli i przygotowywali do tego jakże wielkiego wydarzenia. Siedziałem na kanapie i miałem na to wyjebane, bo ja przecież zawsze wyglądam zajebiście. Nagle usłyszałem przeraźliwy pisk. Ruszyłem swój zacny tyłek i poszedłem poszukać jego źródła. McKagan sterczał na samym środku łazienki nie przestając się drzeć. Kilka sekund później do łazienki wbił Izzy.
 - Kurwa, zamknij ryja McKagan - mruknął.
Jak widać jemu też wisiały te wszystkie przebieranki. Wnioskuję tak dlatego, że czas przeznaczony na doprowadzenie się do jako-takiego porządku wykorzystał na 'zabawę' z Ingrid. Pierdolony szczęściarz.
 - Wyglądasz jak zjeb - stwierdziłem, patrząc na oklapnięte, mokre włosy Duffa.
 - Sam wyglądasz jak zjeb - odpowiedział.
 - Nie, bo ty.
 - No chyba ty.
 - A twoja matka to gej.
Izzy przewrócił oczami.
 - Oboje wyglądacie jak zjeby. Zadowoleni? - już chcieliśmy mu przypierdolić (a przynajmniej ja), ale zaczął skurwysyn mówić coś sensownego. - Duff, co znowu się stało?
 - Ech... Suszarki nie mogę znaleźć.
Patrzyliśmy z Izzym na tego kretyna, próbując ogarnąć jego kretynizm.
 - Nie wiem jak ci to powiedzieć... - Izzy podszedł i położył McKaganowi dłoń na ramieniu. - Ale w tym domu nigdy nie było suszarki.
Powinna teraz zagrać jakaś złowroga muzyczka, or something. Duff wszedł do salonu i skulił się w jakimś kącie. Załamanie nerwowe made by Michael McKagan. Wpiszemy mu to w papiery. ''Powód: brak suszarki''. Z pokoju wyłonił się Axl. Popatrzył na Żyrafcia.
 - A temu co znowu? - zapytał lekko rozbawiony.
Tak, takie akcje zdarzają się dosyć często.
 - Suszarki nie ma - krótko zakomunikował Izzy. - Dobra, mnie to zwisa, wy się nim zajmijcie.
Po czym wrócił dalej ruchać Ingrid. The End.
To tyle, jeśli chodzi o Stradlina. Mieliśmy trochę większy, prawie dwumetrowy problem.
 - Axl, weź coś zrób, bo nie zagramy bez tego idioty.
 - Racja. Gina! - zawołał. - Masz może pod ręką jakąś suszarkę?
Gina wyjrzała zza drzwi.
 - Mam. Ale nie można jej przeciążać, bo jest stara i do kitu.
 - Chuj z tym, suszarka to suszarka. Dawaj ją tu.
 - Egh, Bill... Mogę się najpierw ubrać?
 - Skoro musisz. Tylko szybko.
Znów zniknęła, a chwilę potem wyszła w jakiejś badziewnej, zielonej miniówce. Gheh, ten celulit. Nie żeby coś, lubię dziewczyny, które mają kształt, ale jakoś trzeba przy tym wyglądać, nie?
 - Proszę - podała Axlowi suszarkę.
Duffowi aż zaświeciły oczy. Porwał urządzenie i zatrzasnął się w łazience.
 - Ile mamy jeszcze czasu? - zapytałem.
 - Za jakąś godzinę musimy tam być. Sprzęt czeka, bez obaw.
Uśmiechnąłem się cwaniacko.
 - A tobie co znowu się lęgnie w tej pojebanej główce? - zapytał Rose.
 - Pójdę powiedzieć Izzy'emu, że musimy się zbierać.
 - Nie bądź aż tak okrutny. Niech się sobą nacieszą. Poza tym, Izz tymczasowo nie ćpa, to coś musi robić, nie?
I chuj, wszyscy są po jego stronie.
 - Ale ja nie pozwalam im się ruchać w moim pokoju!
 - To nie twój pokój idioto, tylko Adlera za czasów, kiedy jeszcze z wami mieszkał. Daj spokój i też byś mógł coś z sobą zrobić zamiast się wszystkiego czepiać.
Grr. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi.
 - Idź otwórz - powiedziałem do Axla.
 - Sam se idź.
Jak zwykle wszystko muszę robić sam.
 - Kimkolwiek jesteś wypierdalaj! - krzyknąłem, po czym dodałem: - No chyba, że masz cycki!
Drzwi pisknęły gorzej niż McKagan i do mieszkania wbiła... Ech, jak to było... Agness? Amanda? Alice? A ja wiem, coś na A.
 - Wiem, że przeszkadzam, ale Jolene kazała mi przyjść i truć wam dupę.
Chyba ją lubię.
 - Teraz akurat Jolene jest trochę zajęta, więc... Chodź, siadaj.
 - Nie żeby coś, ale zakładam, że zajęta Stradlinem, tak?
Serio ją lubię.
 - Taaa.
Cały nasz dom znowu wypełnił wrzask Duffa.
 - Na chuja Pana, co znowu? - mruknąłem, po czym powlokłem się do łazienki.
Nosz zajebiście. Debil wkręcił włosy w suszarkę. Nie wiem jak, ale wkręcił. Myślałem, że się tam poryczy. Ale momentalnie zamilkł, kiedy zobaczyć Angelę. O, przypomniałem sobie jej imię. I kto tu jest zajebisty?
 - Angie?! Tego, cześć... Wiesz, taka trochę głupia sytuacja... A ty czego się Hudson ryjesz?!
Nawet nie zauważyłem, że się śmieję. No ale dobra, tsza zorganizować jakąś pomoc. Zapukałem do pokoju, który zajmowali Axl, Gina i Adler.
 - Ej, Gina, potrzebna jesteś!
Dziewczyna wyszła. Zaprowadziłem ją do załamanego Duffa. Też zaczęła się śmiać.
 - To nie jest, kurwa, śmieszne! - oburzył się McKagan.
 - Dobra, weź mu jakoś pomóż, bo musimy się już zbierać. A ty Angie, byłabyś tak miła i poszła ze mną po Izzy'ego?
 - Z przyjemnością.
Poszliśmy i bez pukania wbiliśmy do pokoju, gdzie przebywał Izzy ze swoją dziewczyną. Miałem nadzieję, że przerwiemy im 'zabawę', ale nie, kurwa, Stradlin siedział sobie grzecznie na łóżku, a Jolene zapinała sukienkę.
 - Boże, Izz, co ci się porobiło z włosami? - zapytałem.
 - Dorwała mnie prostownicą - wskazał na Jolene, a ona uśmiechnęła się szatańsko.
 - No cóż... Wyglądasz mniej cygańsko niż zwykle - popatrzył na mnie tym swoim wzrokiem, mówiącym 'jesteś kretynem, wypierdalaj'. - Dobra, whatever, musimy już iść.
Trochę trwało, zanim wszyscy skończyli się pindrzyć, ostatecznie przybyliśmy do Troubadour spóźnieni 10 minut.

Duff:
 Siedzimy sobie spokojnie na zapleczu w Troubadour. Będziemy grać po tym zespole. Nie denerwuję się jakoś specjalnie. JA nie muszę, przecież gram na basie. I tak mnie nie słychać. Adler jest na haju od samego siedzenia. Jezu, jak można się tyle uśmiechać, no jak?! Slash, odkąd tu siedzimy, zdążył wypalić pół paczki fajek. Axl nie za bardzo przejmuje się graniem i chyba całkowicie zgubił się w cyc... znaczy się w oczach Angeli. Izzy jak zwykle ma na wszystko wyjebane, no a jakże by inaczej. Wkurwia mnie już tym swoim tomiwisizmem i ignorancją. Niczym się nie interesuje, mam go dość. MAM GO, KURWA, DOŚĆ! Mam dość wszystkich. Egh, myślę jak Axl. To przez brak dragów, zdecydowanie. Wiadomo, pierwszy występ w LA, to nie można zbytnio przesadzać z ćpaniem. To nie z własnej woli tak myślę, to Axl zabrał wszystkie prochy. Zostawił mi tylko wódkę. A właśnie...
 - Gdzie jest moja wódka?! - ups, chyba pomyślałem to na głos.
Wszyscy się na mnie popatrzyli.
 - Wystarczająco dużo wypiłeś - stwierdził Axl.
 - Dzięki mamo, ale chyba jednak nie.
 - Jak tam chcesz.
Po czym wrócił do wpatrywania się w cycki Angeli. A żeby go cholera! Angela miała być MOJA! Ale nie, kurwa, ja oczywiście byłem zbyt pijany, no zajebiście. Takie rzeczy to tylko Michael Duff Rose McKagan. Na cholerę mi to Rose?! Przecież to babskie imię. Czemu sobie je wybrałem? Ile wtedy wychlałem?

*Retrospekcja*
 - Ej, Michael!
 - Nie mów tak na mnie! - FOCH!
 - Niby czemu mam nie mówić?
 - Bo to gejowskie imię.
 - Ta, to niby jak mam cię nazywać?
Chwila namysłu.
 - Duff. Albo Rose.
Nieopanowany rechot.
 - Rose? To damskie imię!
Zaczyna się tarzać po podłodze ze śmiechu. A mnie się podoba. Duff Rose McKagan. Pasuje. Już wolę mieć damskie imię niż gejowskie.

*Powrót do rzeczywistości*
 Patrząc z perspektywy czasu to mogło zostać samo Duff. Chuj, ja tu się zajmuję imieniem, a zespół, który grał schodzi ze sceny! Cholera cholery w cholerze. Ej, wait, to są baby! Ha, niezły support nam wybrał Marck. Teraz chwila zastanowienia, czy to są dziewczyny, czy faceci w damskich ciuchach (Poison, Motley Crue, Quiet Riot i inni). Cycki są, więc obstawiam na opcją nr 1. W sumie, to nawet niezłe laski. No, jedna.
 - Ej, stary, wracaj do świata żywych, idziemy! - Slash zaczął mną potrząsać.
 - Co? Gdzie?
Slash pociągnął mnie, dał mój najukochańszy bas i zapytał, czy wiem jaka jest pierwsza piosenka.
 - Ech... Mama Kin? - próbowałem znaleźć tę dziewczynę, ale gdzieś zniknęła.
 - Nie, ale dobra. Najpierw Nice Boys.
 - Hmm? Co mówiłeś? - wreszcie zaszczyciłem go moją uwagą.
 - Popatrz - pokazał mi jakąś kartkę. - Widzisz? N-I-C-E B-O-Y-S - przeliterował.
Chyba powinienem był go słuchać. Zacząłem się czuć jak osoba specjalnej troski. A i tak nie wiem co gramy...

*Angela*
 No cóż, znam tych debili od trzech dni, a już wiem, że są debilami. Ale cholernie utalentowanymi debilami, to muszę im przyznać. Duff się nie odzywa od piątku. Tj. odkąd nie dałam mu się przelecieć. Nie moja wina, miał szansę, ale był zbyt pijany. Cholera by go. Teraz jak widzę Axl ma podobne plany, których oczywiście nie zrealizuje, bo ma dziewczynę. Jego też cholera by mogła wziąć. Slash się mną jakoś nie zainteresował (a tego to już największa cholera powinna wziąć). No oczywiście, akurat ten, który mi się spodobał. Szlag by ich wszystkich trafił. Ingrid mnie zaciągnęła na ten ich koncert, bo nie chciała być sama. Wyszło na to, że i tak tylko Izzym się zajmuje. Ach tak, jeszcze ta najlepsza wiadomość, że jak wrócę do domu moi starzy mnie wyślą do jakiejś autystycznej laski z mojej klasy. Naprawdę nie ma autyzmu (chyba). Wiecie, to jedna z tych, co zawsze trzymają się na uboczu, nie afiszują się. Nie zauważysz, że wyszła, albo weszła do pokoju. Przerażające. "Ona jest taka dobra, czemu nie jesteś taka jak ona? Nie martw się, spędzisz z nią trochę czasu, może zrobisz się taka dobra i grzeczna jak ona". Te powtórzenia słowa 'ona' są celowe. Moi starzy (znaczy się ludzie, z którymi teraz mieszkam) cały czas ją wychwalają, ile to by dali za taką córkę. Niech idą do diabła, sami mnie wzięli, ich problem.
 - Hej, Angie - odezwała się Ingrid - chodź, zaraz zaczynają.
 - To wyjaśnia, czemu się zainteresowałaś moim istnieniem - mruknęłam sarkastycznie.
 - No przepraszam, ale... No nigdy nie byłaś zakochana?
 - Nie - odpowiedziałam szybko. Zbyt szybko.
 - Ach. Czyli byłaś i to nieszczęśliwie! - cholera, jest chyba jedyną osobą, która potrafi mnie przejrzeć. - Czy może jesteś?
 - Nie jestem i nie byłam. Możemy zamknąć ten temat?
Zatrzymała się.
 - Możesz mi ufać. Coś się dzieje?
 - Nie, nic. Naprawdę wszystko w porządku.
Westchnęła.
 - Zatem dobrze. Chcesz się ze mną naćpać?
 - Jasne - ach, ten moment... - Chwila, miałaś nie brać.
 - Nagły wypadek - puściła do mnie oko.
 - Jesteś niegrzeczna!
 - Czy ktoś kiedykolwiek twierdził, że tak nie jest?

Axl:
 Jak ja się kurewsko boję! Nie, nie zaśpiewam, nie dam rady! Kiedyś już to robiłem i wiem, że nie dam rady. Kiedy graliśmy podczas Hell Tour* wygwizdali nas. Występowanie na scenie jest do luftu. Nie jestem to tego stworzony, pomyliłem się, trzeba było zostać w Lafayette, z rodziną, a nie pakować się w ten cały 'zespół'. CHOLERA! Ale nie mogę się już wycofać, nie mogę ich zostawić. Przecież żadne z tych beztalenci nie potrafi śpiewać. Chociaż nie, wait, Duff potrafi. I Izzy. Adler też kiedyś próbował mnie wygryźć i wbić się na wokal. No to na chuj ja tutaj?! Dobra, spokojnie Bill, to nic takiego, to tylko kilkanaście osób... Pieprzyć to, ja nie chcę. Staliśmy już na scenie, jaki miałem wybór? Zaczęli grać pierwszą piosenkę. Zobaczyłem w tłumie Ginę. Jakoś nie dodała mi otuchy. Potem znikąd pojawiła się Angela. Uśmiechnęła się do mnie. Od razu poczułem się lepiej. Chyba chłopaki mają rację, nazywając mnie zdradzieckim pudlem. Chociaż tylko połowicznie, bo pudlem nie jestem. Miałem szczęście, że przypomniałem sobie, że mam śpiewać. Kiedy skończyliśmy piosenkę publika obrzuciła nas butelkami. No i co ja miałem w takiej sytuacji zrobić? Coś w środku mnie mówiło: "Nie schodź ze sceny, nie schodź ze sceny, śpiewaj dalej". Dobra, przemogłem się i zaczęliśmy drugą piosenkę. Tym razem tłum nawet nie poczekał z wyrażaniem swoich (negatywnych) emocji do końca utworu. Szybko stamtąd uciekłem. Zaraz za mną przyszedł Slash.
 - Ej, stary, tylko nie płacz...
 - Co? Czemu mam płakać?
 - No wiesz, po naszym pierwszym występie w Omni Room, jak nas wyśmiali, to się rozpłakałeś.
Cholera, że też ludzie muszą pamiętać takie rzeczy. Cały zespół zszedł ze sceny. Kierownik patrzył na mnie bardzo nienawistnie. Jakby to była moja wina, że nas obrzucili tymi butelkami. Izzy poszedł do niego i zapewniał, że następnym razem będzie lepiej, tylko niech nam da szansę. Ale ja nie dam rady więcej śpiewać! I tak mnie nie doceniają. Przecież się starałem, tak cholernie się starałem! Ktoś mnie stamtąd wyprowadził. Odetchnąłem świeżym (pełnym dymu z papierosów i jointów) powietrzem. Taak, następnym razem będzie lepiej.

*Chyba musimy sobie coś wyjaśnić. To opowiadanie jest całkowicie pojebane i niezgodne czasowo, ponieważ teraz jest teoretycznie kwiecień '85, a chłopaki w Hell Tour pojechali w czerwcu tego właśnie roku, czyli to takie zdarzenie z przyszłości. Ale to tylko szczegół .-. (a ludzie kurewsko lubią czepiać się szczegółów)