Angela:
To się porobiło... Carmen się upiła, ja też. Cholera jasna, jak ja mam wrócić do domu w takim stanie? A co ważniejsze: co mam zrobić z Car? Starzy mnie do niej wysłali, żebym ja była "grzeczniejsza", a nie żeby ją psuć. Serio, szlag by to trafił. No ale co, to ci debile, moi opiekunowie sobie wymyślili, że mam być inna. Powinni się liczyć z opcją, że to właśnie ja uczynię Car "niegrzeczną". Wystarczył jeden dzień, a właściwie to jedna godzina. Nawet nie cała. Panna Harrison jest pijana. Nadal jej nie lubię. Nadal ma bogatych starych, nadal jest lepsza ode mnie. To głównie dlatego ją spiłam. Żeby jej starzy wstydzili się swojej córki, tak jak każdy mój nowy tatuś i każda nowa mamusia wstydzili się mnie. Carmen nie jest idealna, a ja chcę, żeby wszyscy to zobaczyli. Jezu, jak łatwo było ją upić, serio wystarczyły dwa drinki wlane w nią wręcz siłą, a resztę sama wypiła. Gdyby jeszcze Duff się nią tak nie przejmował... Wkurwia mnie. No cóż, przynajmniej Slash jej nie polubił. Pocieszające. Ale Duff... Temu skurwielowi to niewiele brakuje, żeby się w niej zakochać! Grr. Tak się staram, żeby mnie zauważył! No to kurwa nie, nadal jestem we friendzone. Chuj by to strzelił. No ile jeszcze mam czekać, aż ten debil ogarnie, jak ja go kurewsko kocham?! Ech, szkoda gadać...
- Ej, Angie... - zagaił Slash.
- Taak?
- Jak bardzo jesteś pijana?
- Trochę. A co?
- Pójdziesz ze mną do baru?
Zastanowiłam się chwilę.
- A co mi tam. Ale myślisz, że bezpiecznie jest zostawić McKagana samego z Carmen?
- Spoko, Car śpi - zakomunikował.
- Właśnie dlatego.
Popatrzył na mnie, potem na drzwi pokoju Duffa i znowu na mnie.
- Cholera... W ogóle to chyba oni nie powinni tam się zamykać - powiedział Hudson lekko zaniepokojony, ale jednocześnie rozbawiony.
- A no nie powinni. Może na razie weź sobie browar z lodówki, potem przejdziemy się do Rainbow, dobra? - zaproponowałam.
- No niech ci będzie...
Poszedł do "kuchni" (tj. pomieszczenia, w którym stoi lodówka) i wrócił z dwiema puszkami piwa. Podał mi jedną. Podziękowałam. Siedzieliśmy chwilę w nieprzyjemnej ciszy. Naprawdę nie mamy o czym rozmawiać?
- Angie... - odezwał się. Jemu chyba też nie podobało się to milczenie. - Ech... Nie ważne.
- Co chciałeś powiedzieć?
- Nic takiego... - wziął łyka piwa. - Wiesz, może pójdę zobaczyć co u Duffa, bo strasznie tam cicho.
Błyskawicznie wstał i zmaterializował się przy wejściu do pokoju basisty. Wszedł, zamknął drzwi za sobą. Zostałam sama. Nawet rozmowy nie potrafię podtrzymać... Nie dziwię się, że Duff się mną nie interesuje, jestem beznadziejna...
Duff:
No zaje-kurwa-biście! Co ja kurwa jestem, niańka?! Ech, tsza było nie pić z Angelą i tym czymś... No co, ona chciała iść do biblioteki, nie mogę jej nazywać człowiekiem. No ale dobra, robię to tylko i wyłącznie ze względu na Slasha i jego idiotyczne podejście do zakochania się. Dlaczego ja temu debilowi pomagam... Ach, bo wy nie wiecie? Że Slash się zakochał - no co za kretyn - w Angeli? Znaczy nie, żebym coś do niej miał, jest serio świetna (zwłaszcza od kiedy się przefarbowała na blond), ale to tylko moja przyjaciółka i nic więcej. Chyba muszę sobie kogoś znaleźć. No bo jak to tak, Izzy jest w związku, a ja nie. Chociaż Popcorn nie ma laski. Już. W sumie to chyba wolę pilnować śpiącej (nieprzytomnej?) dziewczyny niż pocieszać Adlera. Slash powiedział kiedyś, że parę lat temu ten debil się chciał pociąć, bo go rzuciła panienka. Hmm... Miejmy nadzieję, że ktoś go teraz pilnuje. Nie tak łatwo wytresować perkusistę!
Siedziałem sobie rozważając o tym jakie moje życie jest skomplikowane (Ha. Ha. Ha.), kiedy ta kur... Ta laska, której pilnowałem się obudziła (odzyskała przytomność).
- Gdzie ja jestem? - wybełkotała.
No, czyli standard. Chociaż nie, zwykle pierwsze słowa po przebudzeniu brzmią "złaź ze mnie". Jakoś chyba byłem za mało pijany, ale mniejsza z tym.
- W Los Angeles - odpowiedziałem.
- To chyba oczywiste, skoro tu mieszkam.
- Nie do końca. Kiedyś jak się schlałem, to obudziłem się parę ładnych godzin drogi stąd, więc... Ale ty jesteś w LA.
Niestety.
- A kim pan jest?
Myślałem w tamtej chwili, że jej przypierdolę. Jak kurwa można, jakim prawem ona nazywa mnie "PAN"?! Na ogół jestem spokojnym człowiekiem (Ha. Ha. Ha. Znowu.)... Ale mnie kurwica bierze, kiedy ktoś mówi do mnie "pan". Tak więc wstałem, podszedłem do niej i chciałem zacząć krzyczeć, ale pomyślałem, że Slash tu przylezie i schrzani wszystko z Angie. Tak więc złapałem ją za bluzkę, szarpnąłem do góry i troszkę opierdoliłem. Ale przynajmniej szeptem. Nie no, myślałem, że się poryczy. Patrzyła na mnie wzrokiem zbitego psa. Jak Steven. Ugh, poczułem się, jakbym nakrzyczał na dziecko, a ona nawet nic nie zrobiła. Jakoś tak głupio mi się zrobiło i ją przeprosiłem. Kiedy już usiadłem i próbowałem się uspokoić do sypialni wleciał Slash i wręcz zatrzasnął za sobą drzwi.
- Co ty tu robisz? - zapytałem jeszcze trochę wkurwiony.
- Aa, tak pomyślałem, że zobaczę, czy nie broisz - rzucił podenerwowany.
- A co z Angie?
- Siedzi w... - usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwi. - Właśnie wyszła.
- Jesteś idiotą - mruknąłem.
- Wiem... Ale to nie jest teraz nasz największy problem.
- Nie?
Pokręcił głową.
- Angie wyszła i zostawiła nas z nią - wskazał na skuloną na łóżku dziewczynę. - Trafisz do domu? - zwrócił się do niej.
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem nawet, gdzie jestem.
Hudson westchnął zrezygnowany.
- Dobra, odprowadzimy cię. Tylko powiedz gdzie mieszkasz.
Podała nam swój adres. Chwila...
- Jak to "odprowadzimy"? - jestem chyba jakiś opóźniony. - Ja też mam iść?
- No wiesz, nie jest ze mną do końca bezpieczna. Kto wie, co takiemu staremu zboczeńcowi przyjdzie do głowy.
Carmen chyba potraktowała to poważnie.
Izzy:
Za jakie moje grzechy... Przecież ci debile wiedzą, jak ja nienawidzę imprez u nas w domu. Nosz kurwa, no bo kto potem musi to sprzątać? Adler, ale chciałem powiedzieć, że ja, żeby wyszedł lepszy argument. No dobra, whatever. Poza tym jakoś nie czuję się komfortowo w otoczeniu tylu dziewczyn. Mam słabość do kilku obecnych, a chciałbym mimo wszystko być wierny Ingrid. Boże, co się ze mną porobiło... Serio kurwa, jestem chyba chory, czy coś. JA nie mam ochoty iść do Michelle. JA nie mam ochoty zaszyć się w sypialni z moją byłą. JA nie chcę nikogo innego, tylko Ingrid. CO SIĘ ZE MNĄ KURWA DZIEJE?! Nie no, zajebiście, zacząłem krzyczeć w myślach na samego siebie. To przez te dragi. A raczej ich brak. Obiecałem, ale kurwa, nie daję rady normalnie funkcjonować bez prochów. Miejmy nadzieję, że Ingrid mi wybaczy. Chciałem iść do Slasha zapytać, czy nie ma trochę towaru na zbyciu, a tu mnie taki grom z jasnego nieba: Slasha ani Duffa nie ma. Nie ma ich na imprezie (?!). Ostatecznie pomyślałem o Angeli, ale nie kurwa, jej też nie ma. Tsza będzie odwiedzić Matta... Wait a minut. Jestem dealerem i nie mam dragów? JAK?! Muszę przestać tak się angażować w ten związek... Dobra, kogo ja oszukuję, nie dam rady. Ale muszę przynajmniej wrócić do dealowania, trzeba jakoś zarabiać na życie. Przez głowę przeleciała mi myśl, żeby iść do pracy. Zacząłem się śmiać jak pojebany. Ja i praca... To trochę jak Slash i odwyk. Nie, nie, nie. Mogę zdychać z głodu, ale nikt mnie nie zmusi do pójścia do pracy...
Odskoczyłem jak poparzony. Nie powinienem się tak zamyślać. Stałem sobie na samym środku skrzyżowania, a z każdej strony trąbiły na mnie samochody. Niech się wypchają. Rozejrzałem się, żeby zablokować ruch na jeszcze jedną chwilę. Westchnąłem i wolno ruszyłem dalej. Ech, gdzie ja w ogóle szedłem..? A no tak, kierunek Matt. A w drodze powrotnej wpadnę do Rainbow. I zahaczę o Ingrid. Tylko może w odwrotnej kolejności. Ledwo się tam do niej dostałem jak byłem (w miarę) trzeźwy, no to się boję myśleć co by było, gdybym przyszedł nachlany. Demoralizuję (trudne słowo) młodzież. Przecież ona ma szesnaście lat! Powinienem mimo wszystko zostawić ją w spokoju... Ale nie zostawię. Za żadne skarby świata. Chuj, zaraz mnie trafi przez te "filozoficzne przemyślenia". Ugh, muszę się najebać. Dlaczego ja w ogóle myślę?! I dlaczego znowu wkurwiam się na samego siebie?!
- Ej, stary - ktoś pomachał mi ręką przed oczami. - Jesteś tam?
Rozejrzałem się zdezorientowany. Stałem przed willą Matta (ma się te znajomości).
- Dobrze się czujesz? - zapytał. - Bo wyglądasz chujowo.
- Jak zawsze - stwierdziłem sarkastycznie. - Potrzebuję heroiny, kokainy, nie wiem, czegokolwiek!
Popatrzył na mnie i nawet wydawał się zmartwiony.
- Naprawdę wyglądasz na chorego - powiedział wolno. - Ale wejdź.
Wprowadził mnie do swojego zajebiście wielkiego salonu i posadził na kanapie. Po domu pałętały się prawie gołe dziewczyny (halo, to dom Matta, jakże mogłoby być inaczej...), a ja w sumie nie zwracałem na nie uwagi. Nigdy więcej odwyku... Popatrzył na mnie jeszcze raz, po czym zniknął w jednym z pokoi.
- Przygotuję sprzęt i cię zawołam - rzucił.
Trochę opanowałem drgawki, ale nadal trząsłem się jak cholera. Rozejrzałem się po pokoju. Niby porozwalane butelki i inne śmieci to nic nadzwyczajnego, ale chyba coś się tu działo. W sumie kogo to obchodzi. Podeszła do mnie jakaś laska w stroju króliczka Playboya i powiedziała, że Matt prosi. No kurwa, nareszcie!
Slash:
Spieprzyłem wszystko z Angie... Znowu. Ugh, jak ja siebie nienawidzę. Jestem zdolny jednego wieczoru zaliczyć pięć różnych dziewczyn, ale jak już mi się jakaś kurwa spodoba, to kurwa nie potrafię tego powiedzieć. Duff ma rację, jestem idiotą. A do tego wpakowałem się w niańczenie tej blond kurwy, która sama nie potrafi dojść do domu. Tak, wiem, sam jej zaproponowałem pomoc, ale nie miałem wyjścia. Przecież Angie by się mogła wkurwić...
- Slash, daleko jeszcze? - jęknął znudzony McKagan.
- A skąd ja mam wiedzieć?
Zatrzymał się.
- Nie wiesz, jak tam dojść?
- Nie mam bladego pojęcia.
Westchnął zrezygnowany.
- Nie, ja się na to nie pisałem! - krzyknął i sobie poszedł.
Wrzeszczałem za nim, ale nawet się skurwiel nie odwrócił. A to zdradziecka szuja. Zostawił mnie z nią. Tak, znowu nie pamiętam imienia, no przykro mi bardzo, nie mam to tego pamięci. Ruszyłem wkurwiony przed siebie. Ona za mną pobiegła.
- Spieprzaj - mruknąłem.
- Ale...
- SPIERDALAJ.
Zatrzymała się i chyba tam już została, nie wiem, nie obchodzi mnie to. Znam ją od kilku godzin, a mam już dość. Wyszedłem na jakieś skrzyżowanie. Dobra, już wiem, gdzie jestem. Zrobiliśmy kurewsko wielkie kółko."Cudowne skrzyżowanie", jak to z chłopakami nazwaliśmy. Dlaczego cudowne? Cóż, stanowi centrum naszej orientacji w terenie. Jedna droga prowadzi do Rainbow, druga do mnie do domu, ta trzecia do willi Matta, a gdybym częściej chodził do Troubadour kiedy jest jasno, albo kiedy jestem trzeźwy, to zapewne ogarnąłbym, gdzie jestem, bo ostatnia droga właśnie tam prowadzi. Dopiero teraz zrobiło mi się trochę głupio, że zostawiłem tam Carmen (a jednak potrafię sobie przypomnieć!). Postanowiłem po nią wrócić, ale kiedy cofnąłem się do miejsca, gdzie się zatrzymała, nigdzie jej już nie było... Cholera jasna. No szlag by to trafił, czy ja niczego nie potrafię zrobić dobrze? Nawet odprowadzić dziewczyny do domu? A jeszcze się nad sobą użalam, że Angie mnie nie chce, no nie dziwię się jej.
Carmen:
Zostawili mnie. Najpierw jeden, potem drugi. Co ja takiego robię, że wszyscy mnie nienawidzą? To jeszcze nic, że zostawili. Nakrzyczeli i upokorzyli. Nawet nie wiem za co. Jestem aż tak beznadziejna? Czy to może przez to, że nie umiem żyć tak jak oni? Że w ogóle nie umiem żyć... Dlaczego uświadamiam to sobie po prawie szesnastu latach? A Angela... Chciałabym być jak ona. Jest taka wyluzowana [czytaj: ma na wszystko wyjebane, ale Car nie zna jeszcze takich brzydkich słów. Przypomnienie pisarza] i wcale nie przejmuje się szkołą, a i tak ma dobre oceny. Ma swoje życie i jestem pewna, że korzystała już nie raz z różnych używek. A ja nie mam na to odwagi. A chcę... Też bym chciała spróbować tego wszystkiego, zanim zmarnuję młodość. Ale chyba najpierw muszę się dostać do domu.
Trochę się boję... Nigdy nie byłam w tej części Los Angeles, a teraz jestem i to sama. Strasznie boli mnie głowa i mam luki w pamięci. Nie wiem, jak dostałam się do tamtego mieszkania, ani dlaczego nie pamiętam, co robiłam zanim się obudziłam. Gdybym chociaż wiedziała, w którą stronę do domu... Ale nie wiem. Wygląda na to, że muszę kogoś zapytać o drogę. Zaczęło się powoli robić ciemno. Skręciłam w jakąś ślepą uliczkę. Nie wiedziałam wtedy, że jest ślepa. Kiedy już zorientowałam się, że nigdzie nie dojdę, chciałam się wrócić. Na drodze stanął mi jakiś mężczyzna, a właściwie trzech. Usiłowałam ich wyminąć, ale jeden z nich złapał mnie mocno za nadgarstek.
- A panienka gdzie się wybiera? - zapytał z szyderczym uśmiechem.
Nadal próbowałam się wyrwać, ale co ja mogę? Przygwoździli mnie do ściany. Serce biło mi jak młot. Dlaczego właśnie przed oczami przeleciało mi całe moje marne życie? Jeden z nich zaczął mnie dotykać. To było takie obrzydliwe. Na początku stałam nieruchomo, ale kiedy któryś wsunął mi rękę pod bluzkę znowu zaczęłam się miotać i wyrywać. Jedyne co mi pozostało, to krzyk. Tak więc zaczęłam wrzeszczeć najgłośniej jak mogłam. Ten, który mnie trzymał uderzył mnie w twarz.
- Nie ładnie skarbie, nie ładnie - mruknął wysoki, zarośnięty mężczyzna stojący po mojej lewej.
Nagle uścisk na moich nadgarstkach zelżał. Miałam nadzieję, że mnie wypuszczą. Myliłam się. Rzucili mnie na kolana. Ten wysoki rozpiął spodnie. Rodzice nigdy nie rozmawiali ze mną o takich sprawach, ale przecież chodzę do szkoły. Naprawdę tak ma wyglądać mój pierwszy raz? Podjęłam się ostatniej próby i wydałam z siebie kolejny krzyk. Znowu dostałam w twarz. Zrobiło mi się czarno przed oczami. Chyba straciłam na chwilę przytomność. Jak przez sen usłyszałam wściekły głos jednego z tych mężczyzn, a potem jeszcze inny. Kłócili się. Wreszcie zrobiło się cicho. Ktoś do mnie podszedł. Z wysiłkiem otworzyłam oczy. Obok mnie klęczał jakiś chłopak. Byliśmy w uliczce sami. Tamci sobie poszli. Myślałam, że on też chce mi coś zrobić, ale nic takiego się nie stało. Zapytał tylko, czy nic mi nie jest. Pokręciłam wolno głową, nadal próbując dostrzec w ciemnościach jego twarz.
- Dasz radę wstać? - spytał cicho.
- Chyba... tak... - wymamrotałam.
Wstał i podparł się o ścianę. Ledwo trzymał się na nogach. Podał mi rękę i pomógł się podnieść.
- Na pewno nic ci nie zrobili? - odezwał się, kiedy już wyszliśmy z zaułka.
- Nie, wszystko w porządku. Ale... Pan ledwo idzie.
W świetle lampy dostrzegłam, że lekko się uśmiechnął.
- Proszę cię nie mów na mnie pan. Dokąd tak właściwie idziesz? Odprowadzę cię.
Chciałam odmówić, ale chyba już nigdy nie odważę się chodzić sama po Los Angeles. Podałam mu adres.
- Jak w takim razie mam do pa... do ciebie mówić?
- Jestem Izzy.
Och Izzy taki szlachetny... A Slash ma tak bardzo wyjebane na yy... Carmen? ;) Dawajcie dalej. Intryguje mnie jak Slash spróbuje "zdobyć" Angelę xD A i czo z biednym Adlerkiem? Tsza mu znaleźć kogoś na pocieszenie. No i nie zapominajmy o szlachetnym panu Rose :D Do roboty! Cóż więcej mogę powiedzieć ;D
OdpowiedzUsuń