wtorek, 10 czerwca 2014

R. 9

Izzy:
Nosz kurwa mać, co ja zrobiłem?! Dwa lata, dwa pieprzone lata zajęło mi zebranie się na odwagę i wyznanie jej co czuję, a teraz od tak ją odtrącam?! No jakim trzeba być idiotą... Po raz szósty w ciągu ostatnich dziesięciu minut chciałem zawrócić i przepraszać, aż by mi ewentualnie wybaczyła. Wtedy moje wewnętrzne coś kazało mi zostawić ją w spokoju. Głupie wewnętrzne coś, jak zwykle jedyna myśląca część mnie. Jakby tego było mało, mój organizm stwierdził, że nie chce mu się dalej być na haju, więc... Tak, byłem zmęczony i to cholernie. Wręcz nie miałem siły iść. No przepraszam bardzo, był środek nocy, a ja wracałem do domu na ostrym zejściu i po prostu czułem, że umrę zaraz za zakrętem. Ale to by było najwyraźniej zbyt trudne dla mojego zidiociałego serca stanąć i zakończyć moje cierpienie. Nawet własne ciało mnie nienawidzi, no kto by pomyślał... Przysiadłem na krawężniku i schowałem twarz w dłoniach. Do mojego mieszkania jest trochę daleko z tego konkretnego krawężnika, więc stwierdziłem, że jeśli przeżyję, to prześpię się u Slasha. Wstałem, upałem, wstałem, upałem i tak kilka razy. W końcu udało mi się przejść kilka kroków, zanim znowu się wyjebałem. Tymże sposobem (no, można doliczyć jeszcze czołganie się) dotarłem do meliny Duffa i Slasha.
Oparłam się o ich drzwi i słuchałem jakże interesujące rozmowy na linii Slash-Duff. Padło zdradziecka świnio jebany, impotencie, pierdolony kurduplu i kilka innych kreatywnych epitetów.
Stałem, stałem i czekałem aż się zamkną, żeby móc wejść. Nie zrobiłi tego. No dobra, i tak wejdę. Wśliznąłem się do mieszkania i miałem nadzieję pozostać niezauważony. Taa... Bardzo mi się udało. Nagle wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę. Westchnąłem ciężko.
- Możecie wrócić do krzyczenia - zachęcałem. - Ja tutaj jestem tylko przejazdem.
Nadal gapili się na mnie jak na świętą krowę. Świętą... Co..?
- No dobra. O co chodzi? - zapytałem niechętnie.
- No więc tak... - zaczął Duff powoli. - No tamten się czepia, bo Angie po pijaku się napaliła, a ja byłem pod ręka...
- Akurat - przerwał mu Hudson. - Tylko czekałeś, żeby udowodnić jaki to ty jesteś ode mnie lepszy!
- Wcale nie!
- A właśnie, że tak!
Kurwa, czuję się jak w przedszkolu. No to już ja mam większe problemy niż oni. Taki chuj... Czemu zawsze ja muszę z nimi rozmawiać?!
- No dobra... A co na to Angie?
Blondynka popatrzyła na mnie, ale się nie odezwała.
- Twierdzi, że było tak, jak mówi ten... - Slash ugryzł się w język, próbując powstrzymać się od rzucenia kolejnego uroczego epitetu.
- No to nie wiem... Może tak właśnie było? Angie, powiesz mi?
Pokręciła głową.
- A jak ich wygonię?
Nie odpowiedziała, więc stwierdziłem, że tak właśnie zrobię. Trochę trwało, zanim zechcieli ruszyć dupy na zewnątrz.
- Wiec? - Usiadłem obok niej na kanapie.
Westchnęła.
- Jestem pijana, nie możecie mi wszyscy dać świętego spokoju?
- Ty? Pijana? - Zaśmiałem się. - Pijany to jestem ja. No, gadaj.
- Nienawidzę cię.
- Ja ciebie też, ale proszę, mów o co chodzi.
- No... No dobra, tylko daj mi wreszcie spokój. Bo widzisz... Ja... Podoba mi się Duff, jasne? Tylko im nie mów. Pomyślałam, że jak udam wybitnie pijaną, to...
- To się z tobą prześpi?
Skinęła głową.
- Ej, no to nie jest tak źle.
- ...Jeszcze. Właśnie mieliśmy się pieprzyć - kontynuowała - kiedy wrócił Slash. No i zaczęli się kłócić, bo... Bo Saul mnie... - Skrzywiła się zniesmaczona.
Jest gorzej niż mi się wydawało.
- Nie przejmuj się. W tych sprawach nikt z nas sobie nie radzi.
- Taa, łatwo ci mówić. Twój związek jest idealny, to pewnie nawet nie znasz tego uczucia.
Poczułem bolesny ucisk w dołku. Nie płacz, nie płacz, nie płacz... Cholera.
- Hej, Izzy, wszystko gra?
Odwróciłem się, żeby nie widziała łez, które spływały po moich policzkach.
- Święty Hendriksie, płaczesz? Ej, co jest?
- To... Nic takiego - wykrztusiłem.
Milczała przez chwilę.
- Chodzi o Ingrid, prawda?
Dlaczego nagle to ona była moim psychologiem? Ech...
Steven:
A mogło być tak pięknie... No to nie, kurwa, zamiast z Janie spędzam noc w areszcie. I to jeszcze z takimi śmiesznymi zarzutami! Publiczne pijaństwo, zakłócanie porządku, napaść na funkcjonariusza. Przecież to wszystko brednie! A teraz nawet nie wiem, czy to areszt, czy izba wytrzeźwień. Przez całą noc ludzie przychodzili i odchodzili. W końcu zostałem sam. Nie na długo. Około 5 posterunkowy zgred przyprowadził jakąś laskę, po czym zniknął. Dziewczyna usiadła na betonowej podłodze, po przeciwnej stronie celi. Starałem się na nią nie patrzeć, ale wyszło na to, że cały czas zezowałem w jej stronę.
- Za co cię wsadzili? - zapytała nagle.
- Pijaństwo, napaść, zakłócanie porządku - wyrecytowałem. - A ciebie?
- Prostytucja, posiadanie. Wiesz, standard. Pierwszy raz tutaj, prawda?
- Yup. Skąd wiesz?
Uśmiechnęła się pod nosem.
- Takie rzeczy się widzi. Wiesz, że ten klawisz wraca dopiero za dwie godziny?
Patrzyłem na nią zdezorientowany.
- Mamy duuużo czasu.
- Coś sugerujesz?
- W końcu zgarnęli mnie za prostytucję, nie?
Lubię areszty. Wstałem i ucieszony do niej podszedłem. Spodziewałem się, że da mi w pysk, że to był żart. Ale nie był. Bez zbędnych ceregieli rozwiązała moje skórzane spodnie. Nie zdążyłem nawet usiąść, a ona robiła mi laskę. Ej no, napaliłem się. Miejmy nadzieję, że nie poprzestanie na tym. W tym momencie skończyłem z myśleniem. Odchyliłem głowę do tyłu i przymknąłem oczy. Już miałem dojść, kiedy nagle wstała. Podwinęła sukienkę, która i tak więcej odsłaniała niż zasłaniała. Również wstałem i wziąłem ją od tyłu, pod ścianą. Jęczała głośno, bałem się, że ktoś nas usłyszy. Chociaż... Kogo to obchodzi. Narzuciła szybsze tempo, a ja dałem jej kilka klapsów. Dziewczyna klęknęła przede mną i skończyłem w jej ustach. Zawiązałem spodnie i ciężko dysząc oparłem się o ścianę.
- Kim jest Jessica? - zapytała, próbując wyrównać oddech.
- Proszę? - rzuciłem wyrwany z zamyślenia.
- Tak mnie nazwałeś. Jessica. To twoja dziewczyna?
- Była - sprostowałem.
Zanim wrócił zgred przeleciałem ją jeszcze raz. Jak już wspomniałem, lubię areszty.
Axl:
Wgramoliłem się po schodach do mojej meliny. Towarzystwo się zwinęło, a Izzy'ego nie było. Ach, ta cisza i spokój... Nie trwały długo. Zapaliłem światło i mało nie zszedłem na zawał. Na kanapie siedziała Gina. Wpatrywała się we mnie wzrokiem mordercy. Dosłownie, biła od niej żądza mordu.
- Gdzie byłeś? - spytała chłodno.
Nie odpowiedziałem. Wyminąłem ją szerokim łukiem i wszedłem do sypialni. Kiedy tylko przyłożyłem głowę do poduszki usłyszałem krzyk:
- Pytam się, gdzie chuju byłeś!
Mruknąłem coś, czego sam nie zrozumiałem. Zgasiła światło w salonie i zapaliła w sypialni.
- No więc? Jak ona ma na imię?
- Kto?
- Dziewczyna, z którą mnie zdradzasz.
Zaniepokoiłem się.
- O czym mówisz? Nie zdradzam cię.
Usiadłem na brzegu łóżka. Położyłem Ginie dłoń na policzku, ale ją straciła.
- Kłamiesz. Wiem, że kłamiesz.
Wyszła, a ja zasnąłem.
Kiedy się obudziłem byłem martwy. Miałem takiego kaca... Słyszałem, jak w rurach płynie woda i myślałem, że pięknie mi od tego głowa. Sturlałem się z łóżka i doczołgałem do lodówki. Wziąłem butelkę wody i z wielkim trudem usiadłem na podłodze, podpierając głowę o szafkę. Dopiero wtedy ogarnąłem, że przy stole siedzi Izzy.
- Jaki dziś dzień? - zapytał słabo.
- Chyba czerwiec - odpowiedziałem.
To mu najwyraźniej wystarczyło. Wziął łyka bliżej nieokreślonej substancji i położył głowę na stole.
- Byłeś u Ingrid? - spadłem.
Nic nie powiedział. Zaczął się cały trząść. Kurwa mać, czy on..?
- Ej stary, co jest? Płaczesz?
- Dajcie mi wszyscy spokój - mruknął.
- Jacy wszyscy? Co ty bredzisz? Izzy, co się dzieje?
Poderwał się z krzesła.
- Co się dzieje?! Chcesz wiedzieć co się dzieje?! Zostawiłem ją, rozumiesz? To się kurwa dzieje.
Patrzyłem nań (co to w ogóle za słowo?) z deczka skołowany.
- Twierdziłeś, że ją kochasz.
Wbił we mnie wzrok. Nie powinienem był tego mówić, tyle nawet ja zrozumiałem. Jako iż Iz nie nawykł do krzyczenia, mówił już łagodniejszym tonem:
- Nadal tak twierdzę. Po prostu nie potrafię spokojnie patrzeć, jak ją niszczę.
- Ale to nie ty ją niszczysz, tylko dragi.
- To przeze mnie je bierze. Pozwoliłem na to. Dopuściłem do tego, żeby czternastolatka ćpała. Teraz ma szesnaście lat i nadal to robi.
Milczeliśmy przez chwilę.
- Izzy... Wiem, że musisz zawsze wziąć winę na siebie, ale... - ciężko jest rozważnie dobierać słowa przy takim bólu łba. - Posłuchaj mnie chociaż raz. I tak by brała. Nawet, jeśli by cię nie spotkała. Przecież w LA dilerzy czają się wszędzie.
Nic do niego nie docierało. Wyszedł. Wróć, wybiegł. Ugh, wszyscy mają problemy w związkach... Izzy skończył z Ingrid, Adlera zostawiła Jessica, Gina mnie podejrzewa o zdradę... A dziś gramy koncerty. Ostatnio dostałem listę zespołów, które też grają. Pamiętam tylko, że przed nami zagra jakiś babski zespół. Coś na "A". A potem... Megazaur? Nie, to nie ma sensu. A no tak, Megadeth, dokładnie.
Slash:
Znowu te laski. Znowu schodzą przed nami. Nosz kurwa. Awansowaliśmy na wtorki - one też. Zmienili nam godzinę - im też. No kurwicy można dostać. A do tego nie ma żadnej z "naszych" dziewczyn. Chuj by to strzelił. Pierwszy raz mieliśmy zagrać coś naszego. Taak, najpierw You're Crazy, Welcome to the Jungle i Out Ta Get Me, a na końcu Don't Cry. Duff się ślini do jakiejś panienki, która właśnie weszła za kulisy. W sensie na zaplecze. No nie mogę, jak on śmie. I jeszcze udaję, że nic się nie wydarzyło. CHUJ PIERDOLONY. Spokojnie Saul, opanuj się. Nie może się kapnąć, że się załamałeś. Niech nie ma tej satysfakcji. Dobra, chuj, gramy koncert. Idziem! I nie poszłem. Ktoś mną potrząsnął.
- Kurwa mać start, czas na nas! - wydarł się Axl tym swoim wkurwiającym głosem.
- Pierdol się, nigdzie nie idę.
Rose się zrobił cały czerwony na ryju.
- Idziesz i to kurwa w podskokach!
Siedziałem cicho. Axl odwrócił się na pięcie i złapał gryf mojego kochanego Gibsona. Zamachnął się i gdybym w porę nie zrobił uniku nie byłoby mnie wśród żywych. Gitara walnęła o ścianę i rozwaliła się na dwie części, trzymana tylko strunami.
- Nieeeee! - załkałem. - Mój Jason! Co ty sobie kurwa wyobrażasz?!
Dałem tej kurwie w pysk. Zatoczył się i złapał za szczękę. Rzucił się na mnie z rykiem. Znowu mu przyłożyłem. Pochylił się i dołożyłem jeszcze z kolanka w brzuch. Co za pizda. Nawet bić się nie umie. Poszturchaliśmy się jeszcze trochę, ale to już nie na serio.
- Sorry stary, poniosło mnie - odezwał się.
- Nie no, to moja wina.
Uściskaliśmy się. Pozostał jeden, zasadniczy problem: skąd do cholery mam wziąć gitarę? Taki chuj. Poszedłem do Matta, ale powiedział, że nic nie poradzi i muszę znaleźć jakieś wiosło, bo stracimy koncert. Nosz kurwa jego mać, a żeby to pierdolony chuj trzasnął... Chciałem rozwalić to i owo, ale nie było czasu. Myśl kurwa, myśl. Mógłbym podpierdolić wiosło Izzy'emu... Przecież doskonale bym sobie poradził sam. Matt załatwił, że te laski, co grały przed nami polecą jeszcze parę utworów, więc wróciłem pogadać z Axlem.
- Przecież obaj wiemy, że byłbym dużo lepszy bez tej cioty! - nalegałem.
- Nie ma mowy.
- Axl, zastanów się! Chcesz wszystko zaprzepaścić, tylko dlatego, że to twój pieprzony przyjaciel?!
- Której części "nie ma mowy" nie zrozumiałeś? Nie wywalę Izzy'ego. To tylko jeden stracony występ.
- Nie stary, on ma rację - odezwał się przyszły były rytmiczny. Kurwa, on tu był cały czas? - Zawadzam. Może faktycznie lepiej wam będzie beze mnie.
- Co kurwa? Czy wy wszyscy poszaleliście?! Co wy sobie myślicie? W ogóle zdajecie sobie sprawę ze znaczenia słowa "zespół"? Nie wydaje mi się. I wiecie co? To my jesteśmy zespołem: Duff, Steven, Izzy, Slash i Axl. Nasza piątka tworzy Guns n' Roses. Jesteśmy rodziną, jasne?
Popatrzyliśmy z Izzym po sobie. Nie wiem jak on, ale ja nie zmieniłem zdania.
- Wiem, wiem. Zróbmy tak: dziś.spróbujemy bez niego. Tak na próbę, żeby zobaczyć jak wejdzie.
Rose strzelił facepalm.
- Naprawdę nic ci nie zostało z mojego wykładu? - zapytał z goryczą w głosie.
W tym momencie wszedł Matt.
- Gotowi? Macie dosłownie minutę, żeby się zebrać.
Rzuciłem Axlowi wymowne spojrzenie. Westchnął ciężko i skinął głową.
- Przepraszam stary - zwrócił się do Izzy'ego - naprawdę nie chciałem, żeby tak wyszło.
- Nie ma sprawy, serio. Camile jest w garderobie.
Camile to oczywiście jego gitara. Poszedłem po nią i mogliśmy zaczynać.

sobota, 7 czerwca 2014

R. 8

Nareszcie dorwałam chwilę, żeby go dodać. Trochę krótki, ale musicie się tym zadowolić.

Steven:
Opadłem zdyszany na pościel. W sumie to Axl miał niezły pomysł z tą imprezą.
 - I jak było? - usłyszałem damski głos.
 - Zaaajebiście - odpowiedziałem.
Leżeliśmy obok siebie na łóżku i ciężko oddychaliśmy. Seks na pocieszenie zawsze spoko. Trzeba było od razu wierzyć chłopakom jak mówili, że Jess nie jest dla mnie. Mieli rację. Teraz przynajmniej mogę ruchać się ze wszystkimi napotkanymi dziewczynami bez poczucia winy (którego w sumie i tak nie było). Na przykład teraz... Jane to niezła dupa, serio. I zajebiście się ją pieprzy, po prostu brak mi słów, żeby to opisać. Popatrzyłem na nią. Cholera, jaka ona jest seksowna! Znowu zacząłem się do niej dobierać.
 - Nie wiedziałam, że jesteś taki niewyżyty - zaśmiała się.
 - Nie wiesz o mnie jeszcze wielu rzeczy.
No cóż, po kolejnych czterdziestu jakże zajebistych minutach, Janie ubrała się i wyszła. Ja zostałem w sypialni Axla wpatrzony w sufit. Przekleństwo litery "J". Ugh, miejmy nadzieję, że z Janie tak nie będzie. Chociaż... Była Julie. Nie wyszło nam. Z Jannet była prawdziwy koszmar. Jade była świetna, ale chyba nic do mnie nie czuła. Z Jennifer byliśmy prawie rok, aż się mną nie znudziła. Jessica... Wiecie, jak było z nią. A Jane? Czy warto się z nią wiązać tylko dlatego, że jest taka zajebista? A może to w głębi duszy zwykła jędza? W sumie nie znam jej za dobrze. Kiedyś zamieniliśmy kilka zdań, a teraz się ze sobą przespaliśmy. W sumie, to nic więcej o niej nie wiem, tylko tyle, że ma na imię Jane. Czemu to wszystko musi być takie skomplikowane...
 Nagle do pokoju wparował Axl z jakąś dziewczyną.
 - Adler, wypierdalaj - mruknął odrywając się na chwilę od ust tej laski.
 - Gina wie, że obściskujesz się z jakąś lafiryndą? - zapytałem.
Laska, z którą się całował dała mu z liścia i wybiegła z pokoju.
 - Nosz kurwa, dzięki - sarkastycznie powiedział Axl. - Wiesz, ubrałbyś się.
 - Po co?
 - Bo jak tego nie zrobisz, będziesz do końca swojego marnego życia leżał na podłodze i robił za dywan - wycedził przez zaciśnięte zęby.
Ups, ktoś tu jest nie w humorze. Może lepiej... Bezpieczniej będzie sobie iść, tak. Wyskoczyłem z łóżka i błyskawicznie się ubrałem. Wyszedłem z sypialni. Impreza trwała. No cóż, trudno się dziwić, jest dopiero 10. Hm, ciekawe, czy Jane jeszcze jest. Rozejrzałem się, ale za chuja nic nie widziałem. Tak to bywa, kiedy do mieszkania o powierzchni 20m wbije 50 osób (jak..?). W powietrzu czuło się mieszankę papierosów, tanich perfum i taniego alkoholu. Przygrywała muzyczka (płyta Aerosmith napierdalała na cały regulator). W kącie, na stoliczku, rozsypano kokę dla wszystkich chętnych, a w pokoju Izzy'ego można było spokojnie przygotować sprzęt i walić herę. A Izzy'ego nie ma. Slasha nie ma. Duffa nie ma. Jasny chuj, no gdzie oni wszyscy poleźli? Izzy'ego nie widziałem, odkąd spierdolił z imprezy, na samym początku, to gdzieś dwie godziny temu. A reszty to w sumie od rana. Ech...

Duff:
 - Nie powinniśmy jej tam zostawiać - smętnie stwierdził Slash.
 - Wiem.
Siedzieliśmy w Rainbow i sączyliśmy wódkę. Mieliśmy cholerne wyrzuty sumienia, że tak sobie poszliśmy, a Car została. I jeszcze gdzieś poszła, nosz kurwa, przecież sama nie trafi do domu. Nawet poszliśmy jej szukać, ale nikt jej nie widział. Po prostu zniknęła. Przez nas. No podpisaliśmy wyrok na szesnastoletnią dziewczynę! Ugh, Angela nam chyba nie wybaczy. Ale mogła nas tak z nią nie zostawiać, nie? A spierdoliła, nawet nie wiem gdzie. To też jej wina. Mogła z nami zostać, albo przynajmniej odprowadzić Car. Jezu, straciłem przez to ochotę na alkohol... Wstałem i wyszedłem. Slash chyba został, a w każdym razie nie poszedł ze mną. Dochodziła 11. Przechadzałem się po ulicach. O tej godzinie było pełno meneli i trzeźwych pijaków, którzy dopiero zmierzali do barów. Pod każdą latarnią można było wyhaczyć dziwkę (dosłownie: pod każdą). Ach, piękne to nasze miasto. Było w sumie tłoczno, ale co się dziwić, godziny szczytu. Mimowolnie skierowałem się w kierunku parku. Zawsze tam łażę, kiedy nie mogę spać, albo nie mam ochoty pić (częściej kiedy nie mogę spać). Usiadłem na jakiejś ławce i wlepiłem gały w księżyc. Ładne to. Siedziałem tak przez chwilę jak debil, aż stwierdziłem, że to nudne. Rozejrzałem się powoli. Jakiś menel śpiący kilka ławek dalej. Para zabawiająca się przy drzewie... Kurwa, przecież to Axl. Ha, miejmy nadzieję, że drugi osobnik to Gina. Bo jak nie, to będzie miał chłopak przejebane, oj, jak bardzo przejebane. Jako iż nie miałem nic lepszego do roboty stwierdziłem, że przerwę im tę jakże romantyczną chwilę. Podniosłem się z ławki i wolno ruszyłem w ich stronę. Oparłem się o drzewo, czekając aż mnie zauważą.
 - Kurwa mać, McKagan?! - krzyknął Axl, kiedy już ogarnął, że tam stoję. - Nie powiesz Ginie, prawda?
Uśmiechnąłem się wrednie. Jego panna puściła do mnie oczko. Nie wyglądała na jakąś szczególnie kumatą. Tleniona blondynka z długimi nogami i paznokciami... Bleh, sztuczna jak cholera. Axl ma serio kiepski gust, jeśli chodzi o te sprawy. Rose spuścił głowę zakłopotany i próbował odsunąć się od tej laleczki, ale ona cały czas się do niego kleiła.
 - Chodź - powiedziałem stanowczo.
 - Niby czemu? - zapytał zadziornie.
 - Jak pójdziesz teraz, nie powiem Ginie, że znowu ją zdradzasz - zaakcentowałem "znowu".
Popatrzył na mnie, na blondynę i znowu na mnie. Westchnął ciężko, jak człowiek wielce umęczony, po czym oddalił się zostawiając blondi pod drzewem.
 - Wielkie dzięki, to już druga dzisiaj - rzucił wkurwiony.
 - Stary, czemu ty nadal jesteś z Giną, skoro cały czas ją zdradzasz? - spytałem.
Nie odpowiedział. Szedł obok mnie z rękami wciśniętymi w kieszenie.
 - Nie chcesz gadać to nie - powiedziałem z udawaną obojętnością. - Slash siedzi w Rainbow, jakbyś chciał się z kimś napić.
 - A ty nie idziesz? - odezwał się.
Pokręciłem głową. Rozdzieliliśmy się na skrzyżowaniu. Nadal nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Z naprzeciwka idzie jakaś pijana dziewczyna i ledwo trzyma się na nogach. Chwila, czy to... Nie no, czy LA jest serio takie małe?
 - Hej, Angie! - krzyknąłem.
Dziewczyna podniosła na mnie wzrok. Yep, to Angela. Podbiegłem kawałek i wziąłem pod ramię, żeby się nie przewróciła.
 - Dzięki... - wymruczała. - Ale nie jestem aż tak pijana. Tylko nie wychodzi mi chodzenie. I mówienie.
 - Nie bądź taka krytyczna, nie jest źle. Gdzie byłaś przez cały dzień?
 - Piłam u Matta.
Zastanawiałem się chwilę, czy powinienem jej powiedzieć o Carmen, ale po co ją niepokoić? Zamiast przyznać się co żeśmy zrobili zaproponowałem jej nocleg. W takim stanie jej nie wypuszczę. Zgodziła się, bo w sumie nie miała zbytnio innego wyjścia. Przywykłem już do tego, że zostaje u nas na noc. Tak jakoś wyszło, że nie dawała rady iść, więc niosłem ją przez ostatnie kilka ulic. Wniosłem ją do mojego mieszkania. Było dziwnie cicho. Slash najwyraźniej nie wrócił jeszcze z Rainbow. Ułożyłem ją na moim łóżku, ale okazało się, że nie jest aż tak pijana jak myślałem. W sumie, kiedy weszliśmy do domu oprzytomniała na tyle, że dało się z nią rozmawiać. A przynajmniej tak mi się wydawało. Poszła do kuchni i przyniosła sobie szklankę wody.
 - Dobrze się czujesz? - zapytałem.
 - Lepiej. - Uśmiechnęła się blado.
Siedzieliśmy chwilę w ciszy, którą przerwał jej głos:
 - Duff... - Spojrzała mi w oczy. - Dzięki, że jesteś.
Nasze twarze były bardzo blisko. Dzieliło je dosłownie kilka centymetrów. Angie bardzo powoli zbliżyła swoje usta do moich. Zaczęliśmy się namiętnie całować. Boże, jakie mnie spotykają zajebiste rzeczy... Niby nic nie czułem do Angeli, ale i tak... Ale dalsze wydarzenia były mniej zajebiste. Tak więc całowaliśmy się i siłą rzeczy zacząłem się do niej dobierać... I w momencie, w którym jej bluzka znalazła się na podłodze do domu wrócił Slash. Stanął jak wryty w drzwiach.
 - Co do..? - wymamrotał.
Angie zaklęła cicho. A ja już trochę głośniej. Podręcznikowy przypadek "niezręcznej sytuacji". Kiedy zabawiasz się z dziewczyną, która podoba się twojemu kumplowi, a on wie, że ty o tym wiesz...

Izzy:
 Odtransportowałem tę dziewczynę do domu. Nawet nie spytałem jak się nazywa. Wydawała się kurewsko przerażona. Chociaż... No w sumie kto by w takiej sytuacji nie był. Dobrze, że mam jako-taką władzę nad tymi idiotami (lepiej nie pytajcie czemu). Jak bym nie miał, zgwałcili by ją, a mnie pobili. Czasami opłaca się być dealerem. No ale nic, dziewczynie nic się nie stało. Teraz czas wreszcie zobaczyć się z moją dziewczyną... Ugh, módlmy się, żeby była sama w domu. Stałem chwilę przed drzwiami frontowymi. Cicho zapukałem - nic. Zapukałem głośniej - nic. Jebnąłem pięścią - ktoś idzie. Usłyszałem przekręcany zamek i drzwi się otworzyły.
 - Izzy! - Ingrid rzuciła mi się na szyję.
 - Dawno się nie...widzieliśmy. Proszę powiedz, że nie ma twoich starych.
Pokręciła głową z uśmiechem na ustach. Pocałowałem ją. W sumie całowaliśmy się całą drogę do jej pokoju. Naprawdę demoralizuję nastolatki... Mniejsza z tym. Tak czy inaczej zacząłem się do niej dobierać, kiedy kątem oka zobaczyłem na biurku kokę. Odsunąłem się.
 - Miałaś nie brać... - powiedziałem z wyrzutem.
 - Ty też - zauważyła.
 - Ja nie biorę!
Parsknęła lekceważąco.
 - Twoje źrenice są średnicy główki od szpilki i oczekujesz, że ci uwierzę?
Westchnąłem ciężko i usiadłem na łóżku. Czułem się, jak na przesłuchaniu.
 - Rozmawialiśmy już o tym nie raz, prawda? Przecież wiesz, że ja siedzę w tym bagnie od prawie dziesięciu lat. To nie takie łatwe teraz wszystko rzucić - próbowałem się bronić, ale ona miała lepsze argumenty:
 - Ładuję w siebie każde świństwo, jakie jestem w stanie zdobyć, regularnie od czternastego roku życia. Wprowadziłeś mnie w nałóg, a teraz wymagasz, żebym przestała brać.
 - Przecież próbowałem zawlec cię na odwyk!
 - Po półtora roku?
Poczułem się winny, cholernie winny. Nie powinienem w ogóle pozwalać jej ćpać. Nie mogę teraz zacząć się o nią troszczyć, po dwóch latach, w ciągu których to ja byłem odpowiedzialny za wszystko.
 - Masz rację. Masz pieprzoną rację! To moja wina, że w ogóle pozwoliłem ci spróbować tego cholerstwa. Nie twierdzę, że teraz w magiczny sposób cię z tego wyciągnę, bo to niemożliwe. Ale zniknę z twojego życia, dobrze? Nie będziesz musiała już żyć ze mną, człowiekiem, przez którego teraz przez to przechodzisz.
Nagle jej oczy zrobiły się szkliste. Po policzku popłynęła jej łza.
 - Chcesz powiedzieć, że..?
 - Przepraszam... Te ostatnie miesiące, to był najlepszy okres w moim życiu, naprawdę.
Usiadła obok na łóżku. Przez chwilę milczeliśmy.
 - Czy to naprawdę musi tak wyglądać? - zapytała tłumiąc płacz.
Zastanawiałem się chwilę. No właśnie, czemu tak ma być? Przecież ją kocham.

Carmen:
 Izzy odprowadził mnie do domu. Był bardzo miły. Dał mi swój płaszcz, żebym nie zmarzła. Jeszcze nigdy nikt mnie tak nie traktował. Szedł ze mną do bramy, bo bał się iść dalej. Nie chciał niczego w zamian za pomoc. Poprosił tylko, żeby nikomu nie mówić, a on postara się dopilnować, żeby ci mężczyźni nic nie zrobili mnie, ani żadnej innej dziewczynie. Mój tata kiedyś powiedział, że ludziom nie można ufać, bo wszyscy są fałszywi i zawsze chodzi im o moje pieniądze. Izzy nie chciał pieniędzy. Dlaczego zrobił to, co zrobił? Te myśli męczyły mnie przez kilka ładnych godzin. Byłam sama w wielkim domu. Mama od paru dni jest we Włoszech, a tata ma nocny dyżur. Prawdopodobnie nie dowiedzą się o niczym, dopóki im nie powiem. No właśnie. Mam posłuchać Izzy'ego i zataić przed nimi wszystko, co się wydarzyło? Przecież to będzie równoznaczne z kłamstwem. Tata mówił, że nie można okłamywać rodziców, bo oni zawsze domyślą się prawdy. Zobaczą to w moich oczach. Ale skąd mam wiedzieć, czy tak jest naprawdę, skoro nigdy nawet nie próbowałam kłamać? Kiedyś musi być ten pierwszy raz. Nie powiem im. Ha, nic im nie powiem! Z tą myślą zasnęłam, niesamowicie z siebie zadowolona.
 Obudziło mnie słońce, które tak bezczelnie wdarło się przez niezaciągnięte zasłony. Rzuciłam okiem na zegar. Wskazywał 7:20. Może to wydać się dziwne, ale nie ważne jak późno pójdę spać, zawsze wstaję przed 8. Taki mój zwyczaj. Wstałam i zeszłam na dół, do kuchni. Na stole leżały porozrzucane papiery. Tata wrócił, ale pewnie śpi. Na śniadanie zjadłam płatki z mlekiem. Ubrałam się najwolniej jak mogłam. Chciałam zaraz iść do Angeli, ale ona na pewno jeszcze nie wstała. Mijały minuty, godziny, aż o 10:40 nie mogłam już wytrzymać, złapałam kurtkę i wyszłam.

Axl:
 Slash sobie poszedł i zostawił mnie debil w tym barze. Topiłem smutki w butelce wódki, niczym Duff. Dwa razy dziś próbowałem zaliczyć jakieś przypadkowe laski, ale nie kurwa, oczywiście dwa razy mnie powstrzymali. Ugh, kiedyś im się odpłacę. A jeszcze jak mnie któraś z tych ciot wsypie, to... to będzie nieprzyjemnie, jasne? No ile razy ja ich kryłem? Jak Duff się zabawiał w hotelu z dziwkami, to kto mu dawał alibi? No kurwa Axl. A jak Adler się zaszył na całą noc z Jess, kiedy jeszcze był z... No z kimś tam, nie pamiętam, ale grunt, że go kryłem. Oczywiście nie twierdzę, że mnie zdradzą, bo to przecież kumple forever... Tak myślę. Cholera, strasznie to wszystko skomplikowane. No bo niby powinni być fair wobec Giny, ale też wobec mnie. Chociaż... Nie powiedzieli jej, że chodzę ze Slashem na dziwki... Chuj z tym. Zamówiłem kolejną butelkę wódki i tak jakoś szło. Schlałem się jak świnia. Nawet gorzej. Jak DUFF. Jak on może codziennie tyle w siebie wlewać, to chyba nigdy nie zrozumiem. Przecież i bez alkoholu i prochów nie potrafi myśleć, a z nimi... No właśnie, no bo dziś nic nie pił (taa, jasne). Może to powód i wyjaśnienie tego, że był jeszcze bardziej wkurwiający. Wiem. Pójdę i mu wpierdolę. Tylko najpierw muszę wstać... Ech, po co. Znajdę jeszcze kiedyś czas na wpierdol. Ale chyba jednak czas wracać do domu. Podjąłem pierwszą od dwóch godzin próbę ruszenia dupy i mi się nie spodobało. Dobra, drugie podejście. Rozbujałem się i wyjebałem na podłogę, przekonując samego siebie, że taki był plan. Ktoś pomógł mi się podnieść. Zmusiłem się, żeby ogarnąć kim ów ktoś jest, ale pomimo, że z ryja wyglądał znajomo, to nie mogłem skojarzyć nazwiska.
 - Dzięki - wybełkotałem i oparłem się o stolik.
 - Mhm, powodzenia z drogą do domu. W takim stanie nie wyjdziesz nawet z baru.
Wlepiłem gały w to coś. Znaczy tego ktosia, ale jego głos był tak wysoki i w ogóle dziwny, że postanowiłem płeć na razie zostawić. Zwłaszcza, że jeszcze chował się za kurtyną długich włosów, swoją drogą równie rudych jak moje, nie mogłem ogarnąć, czy to panienka, czy może dude looks like a lady. Chyba ogarnął, że się na nią-niego patrzę, bo chwilę później usłyszałem:
 - Ech... Może cię podwieźć?
 - Tak, dziki.
Wstał, spojrzał na swoje ledwo napoczęte piwo i westchnął ciężko. Tak, już ostatecznie stwierdziłem, że to facet. Nie pytajcie po czym poznałem.Wytoczyłem się z baru podążając za rudą istotą. Po paru krokach przyjebałem w słup, który okazał si być samochodem. Kto normalny przyjeżdża do baru samochodem? Wymacałem klamkę i opadłem na przednie siedzenie. Kilkanaście sekund potem silnik odpalił. Resztkami sił odwróciłem głowę w stronę mojego kierowcy.
 - Dokąd jedziemy? - zapytał.
 - Do domu - odparłem bez namysłu. - Jeśli wysadzisz mnie na Sunset, dalej dojdę sam.
Zaśmiał się melodyjnie. Ten jego głosik nie był nawet taki zły, jak myślałem na początku.
 - Stary, nie dałeś nawet rady wstać z krzesła.
W sumie to ma rację. Podałem mu swój adres. Dopiero za trzecim podejściem, ale zawsze. Ugh, no bo to taki długi ciąg liter i cyfr...