wtorek, 10 czerwca 2014

R. 9

Izzy:
Nosz kurwa mać, co ja zrobiłem?! Dwa lata, dwa pieprzone lata zajęło mi zebranie się na odwagę i wyznanie jej co czuję, a teraz od tak ją odtrącam?! No jakim trzeba być idiotą... Po raz szósty w ciągu ostatnich dziesięciu minut chciałem zawrócić i przepraszać, aż by mi ewentualnie wybaczyła. Wtedy moje wewnętrzne coś kazało mi zostawić ją w spokoju. Głupie wewnętrzne coś, jak zwykle jedyna myśląca część mnie. Jakby tego było mało, mój organizm stwierdził, że nie chce mu się dalej być na haju, więc... Tak, byłem zmęczony i to cholernie. Wręcz nie miałem siły iść. No przepraszam bardzo, był środek nocy, a ja wracałem do domu na ostrym zejściu i po prostu czułem, że umrę zaraz za zakrętem. Ale to by było najwyraźniej zbyt trudne dla mojego zidiociałego serca stanąć i zakończyć moje cierpienie. Nawet własne ciało mnie nienawidzi, no kto by pomyślał... Przysiadłem na krawężniku i schowałem twarz w dłoniach. Do mojego mieszkania jest trochę daleko z tego konkretnego krawężnika, więc stwierdziłem, że jeśli przeżyję, to prześpię się u Slasha. Wstałem, upałem, wstałem, upałem i tak kilka razy. W końcu udało mi się przejść kilka kroków, zanim znowu się wyjebałem. Tymże sposobem (no, można doliczyć jeszcze czołganie się) dotarłem do meliny Duffa i Slasha.
Oparłam się o ich drzwi i słuchałem jakże interesujące rozmowy na linii Slash-Duff. Padło zdradziecka świnio jebany, impotencie, pierdolony kurduplu i kilka innych kreatywnych epitetów.
Stałem, stałem i czekałem aż się zamkną, żeby móc wejść. Nie zrobiłi tego. No dobra, i tak wejdę. Wśliznąłem się do mieszkania i miałem nadzieję pozostać niezauważony. Taa... Bardzo mi się udało. Nagle wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę. Westchnąłem ciężko.
- Możecie wrócić do krzyczenia - zachęcałem. - Ja tutaj jestem tylko przejazdem.
Nadal gapili się na mnie jak na świętą krowę. Świętą... Co..?
- No dobra. O co chodzi? - zapytałem niechętnie.
- No więc tak... - zaczął Duff powoli. - No tamten się czepia, bo Angie po pijaku się napaliła, a ja byłem pod ręka...
- Akurat - przerwał mu Hudson. - Tylko czekałeś, żeby udowodnić jaki to ty jesteś ode mnie lepszy!
- Wcale nie!
- A właśnie, że tak!
Kurwa, czuję się jak w przedszkolu. No to już ja mam większe problemy niż oni. Taki chuj... Czemu zawsze ja muszę z nimi rozmawiać?!
- No dobra... A co na to Angie?
Blondynka popatrzyła na mnie, ale się nie odezwała.
- Twierdzi, że było tak, jak mówi ten... - Slash ugryzł się w język, próbując powstrzymać się od rzucenia kolejnego uroczego epitetu.
- No to nie wiem... Może tak właśnie było? Angie, powiesz mi?
Pokręciła głową.
- A jak ich wygonię?
Nie odpowiedziała, więc stwierdziłem, że tak właśnie zrobię. Trochę trwało, zanim zechcieli ruszyć dupy na zewnątrz.
- Wiec? - Usiadłem obok niej na kanapie.
Westchnęła.
- Jestem pijana, nie możecie mi wszyscy dać świętego spokoju?
- Ty? Pijana? - Zaśmiałem się. - Pijany to jestem ja. No, gadaj.
- Nienawidzę cię.
- Ja ciebie też, ale proszę, mów o co chodzi.
- No... No dobra, tylko daj mi wreszcie spokój. Bo widzisz... Ja... Podoba mi się Duff, jasne? Tylko im nie mów. Pomyślałam, że jak udam wybitnie pijaną, to...
- To się z tobą prześpi?
Skinęła głową.
- Ej, no to nie jest tak źle.
- ...Jeszcze. Właśnie mieliśmy się pieprzyć - kontynuowała - kiedy wrócił Slash. No i zaczęli się kłócić, bo... Bo Saul mnie... - Skrzywiła się zniesmaczona.
Jest gorzej niż mi się wydawało.
- Nie przejmuj się. W tych sprawach nikt z nas sobie nie radzi.
- Taa, łatwo ci mówić. Twój związek jest idealny, to pewnie nawet nie znasz tego uczucia.
Poczułem bolesny ucisk w dołku. Nie płacz, nie płacz, nie płacz... Cholera.
- Hej, Izzy, wszystko gra?
Odwróciłem się, żeby nie widziała łez, które spływały po moich policzkach.
- Święty Hendriksie, płaczesz? Ej, co jest?
- To... Nic takiego - wykrztusiłem.
Milczała przez chwilę.
- Chodzi o Ingrid, prawda?
Dlaczego nagle to ona była moim psychologiem? Ech...
Steven:
A mogło być tak pięknie... No to nie, kurwa, zamiast z Janie spędzam noc w areszcie. I to jeszcze z takimi śmiesznymi zarzutami! Publiczne pijaństwo, zakłócanie porządku, napaść na funkcjonariusza. Przecież to wszystko brednie! A teraz nawet nie wiem, czy to areszt, czy izba wytrzeźwień. Przez całą noc ludzie przychodzili i odchodzili. W końcu zostałem sam. Nie na długo. Około 5 posterunkowy zgred przyprowadził jakąś laskę, po czym zniknął. Dziewczyna usiadła na betonowej podłodze, po przeciwnej stronie celi. Starałem się na nią nie patrzeć, ale wyszło na to, że cały czas zezowałem w jej stronę.
- Za co cię wsadzili? - zapytała nagle.
- Pijaństwo, napaść, zakłócanie porządku - wyrecytowałem. - A ciebie?
- Prostytucja, posiadanie. Wiesz, standard. Pierwszy raz tutaj, prawda?
- Yup. Skąd wiesz?
Uśmiechnęła się pod nosem.
- Takie rzeczy się widzi. Wiesz, że ten klawisz wraca dopiero za dwie godziny?
Patrzyłem na nią zdezorientowany.
- Mamy duuużo czasu.
- Coś sugerujesz?
- W końcu zgarnęli mnie za prostytucję, nie?
Lubię areszty. Wstałem i ucieszony do niej podszedłem. Spodziewałem się, że da mi w pysk, że to był żart. Ale nie był. Bez zbędnych ceregieli rozwiązała moje skórzane spodnie. Nie zdążyłem nawet usiąść, a ona robiła mi laskę. Ej no, napaliłem się. Miejmy nadzieję, że nie poprzestanie na tym. W tym momencie skończyłem z myśleniem. Odchyliłem głowę do tyłu i przymknąłem oczy. Już miałem dojść, kiedy nagle wstała. Podwinęła sukienkę, która i tak więcej odsłaniała niż zasłaniała. Również wstałem i wziąłem ją od tyłu, pod ścianą. Jęczała głośno, bałem się, że ktoś nas usłyszy. Chociaż... Kogo to obchodzi. Narzuciła szybsze tempo, a ja dałem jej kilka klapsów. Dziewczyna klęknęła przede mną i skończyłem w jej ustach. Zawiązałem spodnie i ciężko dysząc oparłem się o ścianę.
- Kim jest Jessica? - zapytała, próbując wyrównać oddech.
- Proszę? - rzuciłem wyrwany z zamyślenia.
- Tak mnie nazwałeś. Jessica. To twoja dziewczyna?
- Była - sprostowałem.
Zanim wrócił zgred przeleciałem ją jeszcze raz. Jak już wspomniałem, lubię areszty.
Axl:
Wgramoliłem się po schodach do mojej meliny. Towarzystwo się zwinęło, a Izzy'ego nie było. Ach, ta cisza i spokój... Nie trwały długo. Zapaliłem światło i mało nie zszedłem na zawał. Na kanapie siedziała Gina. Wpatrywała się we mnie wzrokiem mordercy. Dosłownie, biła od niej żądza mordu.
- Gdzie byłeś? - spytała chłodno.
Nie odpowiedziałem. Wyminąłem ją szerokim łukiem i wszedłem do sypialni. Kiedy tylko przyłożyłem głowę do poduszki usłyszałem krzyk:
- Pytam się, gdzie chuju byłeś!
Mruknąłem coś, czego sam nie zrozumiałem. Zgasiła światło w salonie i zapaliła w sypialni.
- No więc? Jak ona ma na imię?
- Kto?
- Dziewczyna, z którą mnie zdradzasz.
Zaniepokoiłem się.
- O czym mówisz? Nie zdradzam cię.
Usiadłem na brzegu łóżka. Położyłem Ginie dłoń na policzku, ale ją straciła.
- Kłamiesz. Wiem, że kłamiesz.
Wyszła, a ja zasnąłem.
Kiedy się obudziłem byłem martwy. Miałem takiego kaca... Słyszałem, jak w rurach płynie woda i myślałem, że pięknie mi od tego głowa. Sturlałem się z łóżka i doczołgałem do lodówki. Wziąłem butelkę wody i z wielkim trudem usiadłem na podłodze, podpierając głowę o szafkę. Dopiero wtedy ogarnąłem, że przy stole siedzi Izzy.
- Jaki dziś dzień? - zapytał słabo.
- Chyba czerwiec - odpowiedziałem.
To mu najwyraźniej wystarczyło. Wziął łyka bliżej nieokreślonej substancji i położył głowę na stole.
- Byłeś u Ingrid? - spadłem.
Nic nie powiedział. Zaczął się cały trząść. Kurwa mać, czy on..?
- Ej stary, co jest? Płaczesz?
- Dajcie mi wszyscy spokój - mruknął.
- Jacy wszyscy? Co ty bredzisz? Izzy, co się dzieje?
Poderwał się z krzesła.
- Co się dzieje?! Chcesz wiedzieć co się dzieje?! Zostawiłem ją, rozumiesz? To się kurwa dzieje.
Patrzyłem nań (co to w ogóle za słowo?) z deczka skołowany.
- Twierdziłeś, że ją kochasz.
Wbił we mnie wzrok. Nie powinienem był tego mówić, tyle nawet ja zrozumiałem. Jako iż Iz nie nawykł do krzyczenia, mówił już łagodniejszym tonem:
- Nadal tak twierdzę. Po prostu nie potrafię spokojnie patrzeć, jak ją niszczę.
- Ale to nie ty ją niszczysz, tylko dragi.
- To przeze mnie je bierze. Pozwoliłem na to. Dopuściłem do tego, żeby czternastolatka ćpała. Teraz ma szesnaście lat i nadal to robi.
Milczeliśmy przez chwilę.
- Izzy... Wiem, że musisz zawsze wziąć winę na siebie, ale... - ciężko jest rozważnie dobierać słowa przy takim bólu łba. - Posłuchaj mnie chociaż raz. I tak by brała. Nawet, jeśli by cię nie spotkała. Przecież w LA dilerzy czają się wszędzie.
Nic do niego nie docierało. Wyszedł. Wróć, wybiegł. Ugh, wszyscy mają problemy w związkach... Izzy skończył z Ingrid, Adlera zostawiła Jessica, Gina mnie podejrzewa o zdradę... A dziś gramy koncerty. Ostatnio dostałem listę zespołów, które też grają. Pamiętam tylko, że przed nami zagra jakiś babski zespół. Coś na "A". A potem... Megazaur? Nie, to nie ma sensu. A no tak, Megadeth, dokładnie.
Slash:
Znowu te laski. Znowu schodzą przed nami. Nosz kurwa. Awansowaliśmy na wtorki - one też. Zmienili nam godzinę - im też. No kurwicy można dostać. A do tego nie ma żadnej z "naszych" dziewczyn. Chuj by to strzelił. Pierwszy raz mieliśmy zagrać coś naszego. Taak, najpierw You're Crazy, Welcome to the Jungle i Out Ta Get Me, a na końcu Don't Cry. Duff się ślini do jakiejś panienki, która właśnie weszła za kulisy. W sensie na zaplecze. No nie mogę, jak on śmie. I jeszcze udaję, że nic się nie wydarzyło. CHUJ PIERDOLONY. Spokojnie Saul, opanuj się. Nie może się kapnąć, że się załamałeś. Niech nie ma tej satysfakcji. Dobra, chuj, gramy koncert. Idziem! I nie poszłem. Ktoś mną potrząsnął.
- Kurwa mać start, czas na nas! - wydarł się Axl tym swoim wkurwiającym głosem.
- Pierdol się, nigdzie nie idę.
Rose się zrobił cały czerwony na ryju.
- Idziesz i to kurwa w podskokach!
Siedziałem cicho. Axl odwrócił się na pięcie i złapał gryf mojego kochanego Gibsona. Zamachnął się i gdybym w porę nie zrobił uniku nie byłoby mnie wśród żywych. Gitara walnęła o ścianę i rozwaliła się na dwie części, trzymana tylko strunami.
- Nieeeee! - załkałem. - Mój Jason! Co ty sobie kurwa wyobrażasz?!
Dałem tej kurwie w pysk. Zatoczył się i złapał za szczękę. Rzucił się na mnie z rykiem. Znowu mu przyłożyłem. Pochylił się i dołożyłem jeszcze z kolanka w brzuch. Co za pizda. Nawet bić się nie umie. Poszturchaliśmy się jeszcze trochę, ale to już nie na serio.
- Sorry stary, poniosło mnie - odezwał się.
- Nie no, to moja wina.
Uściskaliśmy się. Pozostał jeden, zasadniczy problem: skąd do cholery mam wziąć gitarę? Taki chuj. Poszedłem do Matta, ale powiedział, że nic nie poradzi i muszę znaleźć jakieś wiosło, bo stracimy koncert. Nosz kurwa jego mać, a żeby to pierdolony chuj trzasnął... Chciałem rozwalić to i owo, ale nie było czasu. Myśl kurwa, myśl. Mógłbym podpierdolić wiosło Izzy'emu... Przecież doskonale bym sobie poradził sam. Matt załatwił, że te laski, co grały przed nami polecą jeszcze parę utworów, więc wróciłem pogadać z Axlem.
- Przecież obaj wiemy, że byłbym dużo lepszy bez tej cioty! - nalegałem.
- Nie ma mowy.
- Axl, zastanów się! Chcesz wszystko zaprzepaścić, tylko dlatego, że to twój pieprzony przyjaciel?!
- Której części "nie ma mowy" nie zrozumiałeś? Nie wywalę Izzy'ego. To tylko jeden stracony występ.
- Nie stary, on ma rację - odezwał się przyszły były rytmiczny. Kurwa, on tu był cały czas? - Zawadzam. Może faktycznie lepiej wam będzie beze mnie.
- Co kurwa? Czy wy wszyscy poszaleliście?! Co wy sobie myślicie? W ogóle zdajecie sobie sprawę ze znaczenia słowa "zespół"? Nie wydaje mi się. I wiecie co? To my jesteśmy zespołem: Duff, Steven, Izzy, Slash i Axl. Nasza piątka tworzy Guns n' Roses. Jesteśmy rodziną, jasne?
Popatrzyliśmy z Izzym po sobie. Nie wiem jak on, ale ja nie zmieniłem zdania.
- Wiem, wiem. Zróbmy tak: dziś.spróbujemy bez niego. Tak na próbę, żeby zobaczyć jak wejdzie.
Rose strzelił facepalm.
- Naprawdę nic ci nie zostało z mojego wykładu? - zapytał z goryczą w głosie.
W tym momencie wszedł Matt.
- Gotowi? Macie dosłownie minutę, żeby się zebrać.
Rzuciłem Axlowi wymowne spojrzenie. Westchnął ciężko i skinął głową.
- Przepraszam stary - zwrócił się do Izzy'ego - naprawdę nie chciałem, żeby tak wyszło.
- Nie ma sprawy, serio. Camile jest w garderobie.
Camile to oczywiście jego gitara. Poszedłem po nią i mogliśmy zaczynać.

sobota, 7 czerwca 2014

R. 8

Nareszcie dorwałam chwilę, żeby go dodać. Trochę krótki, ale musicie się tym zadowolić.

Steven:
Opadłem zdyszany na pościel. W sumie to Axl miał niezły pomysł z tą imprezą.
 - I jak było? - usłyszałem damski głos.
 - Zaaajebiście - odpowiedziałem.
Leżeliśmy obok siebie na łóżku i ciężko oddychaliśmy. Seks na pocieszenie zawsze spoko. Trzeba było od razu wierzyć chłopakom jak mówili, że Jess nie jest dla mnie. Mieli rację. Teraz przynajmniej mogę ruchać się ze wszystkimi napotkanymi dziewczynami bez poczucia winy (którego w sumie i tak nie było). Na przykład teraz... Jane to niezła dupa, serio. I zajebiście się ją pieprzy, po prostu brak mi słów, żeby to opisać. Popatrzyłem na nią. Cholera, jaka ona jest seksowna! Znowu zacząłem się do niej dobierać.
 - Nie wiedziałam, że jesteś taki niewyżyty - zaśmiała się.
 - Nie wiesz o mnie jeszcze wielu rzeczy.
No cóż, po kolejnych czterdziestu jakże zajebistych minutach, Janie ubrała się i wyszła. Ja zostałem w sypialni Axla wpatrzony w sufit. Przekleństwo litery "J". Ugh, miejmy nadzieję, że z Janie tak nie będzie. Chociaż... Była Julie. Nie wyszło nam. Z Jannet była prawdziwy koszmar. Jade była świetna, ale chyba nic do mnie nie czuła. Z Jennifer byliśmy prawie rok, aż się mną nie znudziła. Jessica... Wiecie, jak było z nią. A Jane? Czy warto się z nią wiązać tylko dlatego, że jest taka zajebista? A może to w głębi duszy zwykła jędza? W sumie nie znam jej za dobrze. Kiedyś zamieniliśmy kilka zdań, a teraz się ze sobą przespaliśmy. W sumie, to nic więcej o niej nie wiem, tylko tyle, że ma na imię Jane. Czemu to wszystko musi być takie skomplikowane...
 Nagle do pokoju wparował Axl z jakąś dziewczyną.
 - Adler, wypierdalaj - mruknął odrywając się na chwilę od ust tej laski.
 - Gina wie, że obściskujesz się z jakąś lafiryndą? - zapytałem.
Laska, z którą się całował dała mu z liścia i wybiegła z pokoju.
 - Nosz kurwa, dzięki - sarkastycznie powiedział Axl. - Wiesz, ubrałbyś się.
 - Po co?
 - Bo jak tego nie zrobisz, będziesz do końca swojego marnego życia leżał na podłodze i robił za dywan - wycedził przez zaciśnięte zęby.
Ups, ktoś tu jest nie w humorze. Może lepiej... Bezpieczniej będzie sobie iść, tak. Wyskoczyłem z łóżka i błyskawicznie się ubrałem. Wyszedłem z sypialni. Impreza trwała. No cóż, trudno się dziwić, jest dopiero 10. Hm, ciekawe, czy Jane jeszcze jest. Rozejrzałem się, ale za chuja nic nie widziałem. Tak to bywa, kiedy do mieszkania o powierzchni 20m wbije 50 osób (jak..?). W powietrzu czuło się mieszankę papierosów, tanich perfum i taniego alkoholu. Przygrywała muzyczka (płyta Aerosmith napierdalała na cały regulator). W kącie, na stoliczku, rozsypano kokę dla wszystkich chętnych, a w pokoju Izzy'ego można było spokojnie przygotować sprzęt i walić herę. A Izzy'ego nie ma. Slasha nie ma. Duffa nie ma. Jasny chuj, no gdzie oni wszyscy poleźli? Izzy'ego nie widziałem, odkąd spierdolił z imprezy, na samym początku, to gdzieś dwie godziny temu. A reszty to w sumie od rana. Ech...

Duff:
 - Nie powinniśmy jej tam zostawiać - smętnie stwierdził Slash.
 - Wiem.
Siedzieliśmy w Rainbow i sączyliśmy wódkę. Mieliśmy cholerne wyrzuty sumienia, że tak sobie poszliśmy, a Car została. I jeszcze gdzieś poszła, nosz kurwa, przecież sama nie trafi do domu. Nawet poszliśmy jej szukać, ale nikt jej nie widział. Po prostu zniknęła. Przez nas. No podpisaliśmy wyrok na szesnastoletnią dziewczynę! Ugh, Angela nam chyba nie wybaczy. Ale mogła nas tak z nią nie zostawiać, nie? A spierdoliła, nawet nie wiem gdzie. To też jej wina. Mogła z nami zostać, albo przynajmniej odprowadzić Car. Jezu, straciłem przez to ochotę na alkohol... Wstałem i wyszedłem. Slash chyba został, a w każdym razie nie poszedł ze mną. Dochodziła 11. Przechadzałem się po ulicach. O tej godzinie było pełno meneli i trzeźwych pijaków, którzy dopiero zmierzali do barów. Pod każdą latarnią można było wyhaczyć dziwkę (dosłownie: pod każdą). Ach, piękne to nasze miasto. Było w sumie tłoczno, ale co się dziwić, godziny szczytu. Mimowolnie skierowałem się w kierunku parku. Zawsze tam łażę, kiedy nie mogę spać, albo nie mam ochoty pić (częściej kiedy nie mogę spać). Usiadłem na jakiejś ławce i wlepiłem gały w księżyc. Ładne to. Siedziałem tak przez chwilę jak debil, aż stwierdziłem, że to nudne. Rozejrzałem się powoli. Jakiś menel śpiący kilka ławek dalej. Para zabawiająca się przy drzewie... Kurwa, przecież to Axl. Ha, miejmy nadzieję, że drugi osobnik to Gina. Bo jak nie, to będzie miał chłopak przejebane, oj, jak bardzo przejebane. Jako iż nie miałem nic lepszego do roboty stwierdziłem, że przerwę im tę jakże romantyczną chwilę. Podniosłem się z ławki i wolno ruszyłem w ich stronę. Oparłem się o drzewo, czekając aż mnie zauważą.
 - Kurwa mać, McKagan?! - krzyknął Axl, kiedy już ogarnął, że tam stoję. - Nie powiesz Ginie, prawda?
Uśmiechnąłem się wrednie. Jego panna puściła do mnie oczko. Nie wyglądała na jakąś szczególnie kumatą. Tleniona blondynka z długimi nogami i paznokciami... Bleh, sztuczna jak cholera. Axl ma serio kiepski gust, jeśli chodzi o te sprawy. Rose spuścił głowę zakłopotany i próbował odsunąć się od tej laleczki, ale ona cały czas się do niego kleiła.
 - Chodź - powiedziałem stanowczo.
 - Niby czemu? - zapytał zadziornie.
 - Jak pójdziesz teraz, nie powiem Ginie, że znowu ją zdradzasz - zaakcentowałem "znowu".
Popatrzył na mnie, na blondynę i znowu na mnie. Westchnął ciężko, jak człowiek wielce umęczony, po czym oddalił się zostawiając blondi pod drzewem.
 - Wielkie dzięki, to już druga dzisiaj - rzucił wkurwiony.
 - Stary, czemu ty nadal jesteś z Giną, skoro cały czas ją zdradzasz? - spytałem.
Nie odpowiedział. Szedł obok mnie z rękami wciśniętymi w kieszenie.
 - Nie chcesz gadać to nie - powiedziałem z udawaną obojętnością. - Slash siedzi w Rainbow, jakbyś chciał się z kimś napić.
 - A ty nie idziesz? - odezwał się.
Pokręciłem głową. Rozdzieliliśmy się na skrzyżowaniu. Nadal nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Z naprzeciwka idzie jakaś pijana dziewczyna i ledwo trzyma się na nogach. Chwila, czy to... Nie no, czy LA jest serio takie małe?
 - Hej, Angie! - krzyknąłem.
Dziewczyna podniosła na mnie wzrok. Yep, to Angela. Podbiegłem kawałek i wziąłem pod ramię, żeby się nie przewróciła.
 - Dzięki... - wymruczała. - Ale nie jestem aż tak pijana. Tylko nie wychodzi mi chodzenie. I mówienie.
 - Nie bądź taka krytyczna, nie jest źle. Gdzie byłaś przez cały dzień?
 - Piłam u Matta.
Zastanawiałem się chwilę, czy powinienem jej powiedzieć o Carmen, ale po co ją niepokoić? Zamiast przyznać się co żeśmy zrobili zaproponowałem jej nocleg. W takim stanie jej nie wypuszczę. Zgodziła się, bo w sumie nie miała zbytnio innego wyjścia. Przywykłem już do tego, że zostaje u nas na noc. Tak jakoś wyszło, że nie dawała rady iść, więc niosłem ją przez ostatnie kilka ulic. Wniosłem ją do mojego mieszkania. Było dziwnie cicho. Slash najwyraźniej nie wrócił jeszcze z Rainbow. Ułożyłem ją na moim łóżku, ale okazało się, że nie jest aż tak pijana jak myślałem. W sumie, kiedy weszliśmy do domu oprzytomniała na tyle, że dało się z nią rozmawiać. A przynajmniej tak mi się wydawało. Poszła do kuchni i przyniosła sobie szklankę wody.
 - Dobrze się czujesz? - zapytałem.
 - Lepiej. - Uśmiechnęła się blado.
Siedzieliśmy chwilę w ciszy, którą przerwał jej głos:
 - Duff... - Spojrzała mi w oczy. - Dzięki, że jesteś.
Nasze twarze były bardzo blisko. Dzieliło je dosłownie kilka centymetrów. Angie bardzo powoli zbliżyła swoje usta do moich. Zaczęliśmy się namiętnie całować. Boże, jakie mnie spotykają zajebiste rzeczy... Niby nic nie czułem do Angeli, ale i tak... Ale dalsze wydarzenia były mniej zajebiste. Tak więc całowaliśmy się i siłą rzeczy zacząłem się do niej dobierać... I w momencie, w którym jej bluzka znalazła się na podłodze do domu wrócił Slash. Stanął jak wryty w drzwiach.
 - Co do..? - wymamrotał.
Angie zaklęła cicho. A ja już trochę głośniej. Podręcznikowy przypadek "niezręcznej sytuacji". Kiedy zabawiasz się z dziewczyną, która podoba się twojemu kumplowi, a on wie, że ty o tym wiesz...

Izzy:
 Odtransportowałem tę dziewczynę do domu. Nawet nie spytałem jak się nazywa. Wydawała się kurewsko przerażona. Chociaż... No w sumie kto by w takiej sytuacji nie był. Dobrze, że mam jako-taką władzę nad tymi idiotami (lepiej nie pytajcie czemu). Jak bym nie miał, zgwałcili by ją, a mnie pobili. Czasami opłaca się być dealerem. No ale nic, dziewczynie nic się nie stało. Teraz czas wreszcie zobaczyć się z moją dziewczyną... Ugh, módlmy się, żeby była sama w domu. Stałem chwilę przed drzwiami frontowymi. Cicho zapukałem - nic. Zapukałem głośniej - nic. Jebnąłem pięścią - ktoś idzie. Usłyszałem przekręcany zamek i drzwi się otworzyły.
 - Izzy! - Ingrid rzuciła mi się na szyję.
 - Dawno się nie...widzieliśmy. Proszę powiedz, że nie ma twoich starych.
Pokręciła głową z uśmiechem na ustach. Pocałowałem ją. W sumie całowaliśmy się całą drogę do jej pokoju. Naprawdę demoralizuję nastolatki... Mniejsza z tym. Tak czy inaczej zacząłem się do niej dobierać, kiedy kątem oka zobaczyłem na biurku kokę. Odsunąłem się.
 - Miałaś nie brać... - powiedziałem z wyrzutem.
 - Ty też - zauważyła.
 - Ja nie biorę!
Parsknęła lekceważąco.
 - Twoje źrenice są średnicy główki od szpilki i oczekujesz, że ci uwierzę?
Westchnąłem ciężko i usiadłem na łóżku. Czułem się, jak na przesłuchaniu.
 - Rozmawialiśmy już o tym nie raz, prawda? Przecież wiesz, że ja siedzę w tym bagnie od prawie dziesięciu lat. To nie takie łatwe teraz wszystko rzucić - próbowałem się bronić, ale ona miała lepsze argumenty:
 - Ładuję w siebie każde świństwo, jakie jestem w stanie zdobyć, regularnie od czternastego roku życia. Wprowadziłeś mnie w nałóg, a teraz wymagasz, żebym przestała brać.
 - Przecież próbowałem zawlec cię na odwyk!
 - Po półtora roku?
Poczułem się winny, cholernie winny. Nie powinienem w ogóle pozwalać jej ćpać. Nie mogę teraz zacząć się o nią troszczyć, po dwóch latach, w ciągu których to ja byłem odpowiedzialny za wszystko.
 - Masz rację. Masz pieprzoną rację! To moja wina, że w ogóle pozwoliłem ci spróbować tego cholerstwa. Nie twierdzę, że teraz w magiczny sposób cię z tego wyciągnę, bo to niemożliwe. Ale zniknę z twojego życia, dobrze? Nie będziesz musiała już żyć ze mną, człowiekiem, przez którego teraz przez to przechodzisz.
Nagle jej oczy zrobiły się szkliste. Po policzku popłynęła jej łza.
 - Chcesz powiedzieć, że..?
 - Przepraszam... Te ostatnie miesiące, to był najlepszy okres w moim życiu, naprawdę.
Usiadła obok na łóżku. Przez chwilę milczeliśmy.
 - Czy to naprawdę musi tak wyglądać? - zapytała tłumiąc płacz.
Zastanawiałem się chwilę. No właśnie, czemu tak ma być? Przecież ją kocham.

Carmen:
 Izzy odprowadził mnie do domu. Był bardzo miły. Dał mi swój płaszcz, żebym nie zmarzła. Jeszcze nigdy nikt mnie tak nie traktował. Szedł ze mną do bramy, bo bał się iść dalej. Nie chciał niczego w zamian za pomoc. Poprosił tylko, żeby nikomu nie mówić, a on postara się dopilnować, żeby ci mężczyźni nic nie zrobili mnie, ani żadnej innej dziewczynie. Mój tata kiedyś powiedział, że ludziom nie można ufać, bo wszyscy są fałszywi i zawsze chodzi im o moje pieniądze. Izzy nie chciał pieniędzy. Dlaczego zrobił to, co zrobił? Te myśli męczyły mnie przez kilka ładnych godzin. Byłam sama w wielkim domu. Mama od paru dni jest we Włoszech, a tata ma nocny dyżur. Prawdopodobnie nie dowiedzą się o niczym, dopóki im nie powiem. No właśnie. Mam posłuchać Izzy'ego i zataić przed nimi wszystko, co się wydarzyło? Przecież to będzie równoznaczne z kłamstwem. Tata mówił, że nie można okłamywać rodziców, bo oni zawsze domyślą się prawdy. Zobaczą to w moich oczach. Ale skąd mam wiedzieć, czy tak jest naprawdę, skoro nigdy nawet nie próbowałam kłamać? Kiedyś musi być ten pierwszy raz. Nie powiem im. Ha, nic im nie powiem! Z tą myślą zasnęłam, niesamowicie z siebie zadowolona.
 Obudziło mnie słońce, które tak bezczelnie wdarło się przez niezaciągnięte zasłony. Rzuciłam okiem na zegar. Wskazywał 7:20. Może to wydać się dziwne, ale nie ważne jak późno pójdę spać, zawsze wstaję przed 8. Taki mój zwyczaj. Wstałam i zeszłam na dół, do kuchni. Na stole leżały porozrzucane papiery. Tata wrócił, ale pewnie śpi. Na śniadanie zjadłam płatki z mlekiem. Ubrałam się najwolniej jak mogłam. Chciałam zaraz iść do Angeli, ale ona na pewno jeszcze nie wstała. Mijały minuty, godziny, aż o 10:40 nie mogłam już wytrzymać, złapałam kurtkę i wyszłam.

Axl:
 Slash sobie poszedł i zostawił mnie debil w tym barze. Topiłem smutki w butelce wódki, niczym Duff. Dwa razy dziś próbowałem zaliczyć jakieś przypadkowe laski, ale nie kurwa, oczywiście dwa razy mnie powstrzymali. Ugh, kiedyś im się odpłacę. A jeszcze jak mnie któraś z tych ciot wsypie, to... to będzie nieprzyjemnie, jasne? No ile razy ja ich kryłem? Jak Duff się zabawiał w hotelu z dziwkami, to kto mu dawał alibi? No kurwa Axl. A jak Adler się zaszył na całą noc z Jess, kiedy jeszcze był z... No z kimś tam, nie pamiętam, ale grunt, że go kryłem. Oczywiście nie twierdzę, że mnie zdradzą, bo to przecież kumple forever... Tak myślę. Cholera, strasznie to wszystko skomplikowane. No bo niby powinni być fair wobec Giny, ale też wobec mnie. Chociaż... Nie powiedzieli jej, że chodzę ze Slashem na dziwki... Chuj z tym. Zamówiłem kolejną butelkę wódki i tak jakoś szło. Schlałem się jak świnia. Nawet gorzej. Jak DUFF. Jak on może codziennie tyle w siebie wlewać, to chyba nigdy nie zrozumiem. Przecież i bez alkoholu i prochów nie potrafi myśleć, a z nimi... No właśnie, no bo dziś nic nie pił (taa, jasne). Może to powód i wyjaśnienie tego, że był jeszcze bardziej wkurwiający. Wiem. Pójdę i mu wpierdolę. Tylko najpierw muszę wstać... Ech, po co. Znajdę jeszcze kiedyś czas na wpierdol. Ale chyba jednak czas wracać do domu. Podjąłem pierwszą od dwóch godzin próbę ruszenia dupy i mi się nie spodobało. Dobra, drugie podejście. Rozbujałem się i wyjebałem na podłogę, przekonując samego siebie, że taki był plan. Ktoś pomógł mi się podnieść. Zmusiłem się, żeby ogarnąć kim ów ktoś jest, ale pomimo, że z ryja wyglądał znajomo, to nie mogłem skojarzyć nazwiska.
 - Dzięki - wybełkotałem i oparłem się o stolik.
 - Mhm, powodzenia z drogą do domu. W takim stanie nie wyjdziesz nawet z baru.
Wlepiłem gały w to coś. Znaczy tego ktosia, ale jego głos był tak wysoki i w ogóle dziwny, że postanowiłem płeć na razie zostawić. Zwłaszcza, że jeszcze chował się za kurtyną długich włosów, swoją drogą równie rudych jak moje, nie mogłem ogarnąć, czy to panienka, czy może dude looks like a lady. Chyba ogarnął, że się na nią-niego patrzę, bo chwilę później usłyszałem:
 - Ech... Może cię podwieźć?
 - Tak, dziki.
Wstał, spojrzał na swoje ledwo napoczęte piwo i westchnął ciężko. Tak, już ostatecznie stwierdziłem, że to facet. Nie pytajcie po czym poznałem.Wytoczyłem się z baru podążając za rudą istotą. Po paru krokach przyjebałem w słup, który okazał si być samochodem. Kto normalny przyjeżdża do baru samochodem? Wymacałem klamkę i opadłem na przednie siedzenie. Kilkanaście sekund potem silnik odpalił. Resztkami sił odwróciłem głowę w stronę mojego kierowcy.
 - Dokąd jedziemy? - zapytał.
 - Do domu - odparłem bez namysłu. - Jeśli wysadzisz mnie na Sunset, dalej dojdę sam.
Zaśmiał się melodyjnie. Ten jego głosik nie był nawet taki zły, jak myślałem na początku.
 - Stary, nie dałeś nawet rady wstać z krzesła.
W sumie to ma rację. Podałem mu swój adres. Dopiero za trzecim podejściem, ale zawsze. Ugh, no bo to taki długi ciąg liter i cyfr...

czwartek, 8 maja 2014

R. 7

Angela:
 To się porobiło... Carmen się upiła, ja też. Cholera jasna, jak ja mam wrócić do domu w takim stanie? A co ważniejsze: co mam zrobić z Car? Starzy mnie do niej wysłali, żebym ja była "grzeczniejsza", a nie żeby ją psuć. Serio, szlag by to trafił. No ale co, to ci debile, moi opiekunowie sobie wymyślili, że mam być inna. Powinni się liczyć z opcją, że to właśnie ja uczynię Car "niegrzeczną". Wystarczył jeden dzień, a właściwie to jedna godzina. Nawet nie cała. Panna Harrison jest pijana. Nadal jej nie lubię. Nadal ma bogatych starych, nadal jest lepsza ode mnie. To głównie dlatego ją spiłam. Żeby jej starzy wstydzili się swojej córki, tak jak każdy mój nowy tatuś i każda nowa mamusia wstydzili się mnie. Carmen nie jest idealna, a ja chcę, żeby wszyscy to zobaczyli. Jezu, jak łatwo było ją upić, serio wystarczyły dwa drinki wlane w nią wręcz siłą, a resztę sama wypiła. Gdyby jeszcze Duff się nią tak nie przejmował... Wkurwia mnie. No cóż, przynajmniej Slash jej nie polubił. Pocieszające. Ale Duff... Temu skurwielowi to niewiele brakuje, żeby się w niej zakochać! Grr. Tak się staram, żeby mnie zauważył! No to kurwa nie, nadal jestem we friendzone. Chuj by to strzelił. No ile jeszcze mam czekać, aż ten debil ogarnie, jak ja go kurewsko kocham?! Ech, szkoda gadać...
 - Ej, Angie... - zagaił Slash.
 - Taak?
 - Jak bardzo jesteś pijana?
 - Trochę. A co?
 - Pójdziesz ze mną do baru?
Zastanowiłam się chwilę.
 - A co mi tam. Ale myślisz, że bezpiecznie jest zostawić McKagana samego z Carmen?
 - Spoko, Car śpi - zakomunikował.
 - Właśnie dlatego.
Popatrzył na mnie, potem na drzwi pokoju Duffa i znowu na mnie.
 - Cholera... W ogóle to chyba oni nie powinni tam się zamykać - powiedział Hudson lekko zaniepokojony, ale jednocześnie rozbawiony.
 - A no nie powinni. Może na razie weź sobie browar z lodówki, potem przejdziemy się do Rainbow, dobra? - zaproponowałam.
 - No niech ci będzie...
Poszedł do "kuchni" (tj. pomieszczenia, w którym stoi lodówka) i wrócił z dwiema puszkami piwa. Podał mi jedną. Podziękowałam. Siedzieliśmy chwilę w nieprzyjemnej ciszy. Naprawdę nie mamy o czym rozmawiać?
 - Angie... - odezwał się. Jemu chyba też nie podobało się to milczenie. - Ech... Nie ważne.
 - Co chciałeś powiedzieć?
 - Nic takiego... - wziął łyka piwa. - Wiesz, może pójdę zobaczyć co u Duffa, bo strasznie tam cicho.
Błyskawicznie wstał i zmaterializował się przy wejściu do pokoju basisty. Wszedł, zamknął drzwi za sobą. Zostałam sama. Nawet rozmowy nie potrafię podtrzymać... Nie dziwię się, że Duff się mną nie interesuje, jestem beznadziejna...

Duff:
 No zaje-kurwa-biście! Co ja kurwa jestem, niańka?! Ech, tsza było nie pić z Angelą i tym czymś... No co, ona chciała iść do biblioteki, nie mogę jej nazywać człowiekiem. No ale dobra, robię to tylko i wyłącznie ze względu na Slasha i jego idiotyczne podejście do zakochania się. Dlaczego ja temu debilowi pomagam... Ach, bo wy nie wiecie? Że Slash się zakochał - no co za kretyn - w Angeli? Znaczy nie, żebym coś do niej miał, jest serio świetna (zwłaszcza od kiedy się przefarbowała na blond), ale to tylko moja przyjaciółka i nic więcej. Chyba muszę sobie kogoś znaleźć. No bo jak to tak, Izzy jest w związku, a ja nie. Chociaż Popcorn nie ma laski. Już. W sumie to chyba wolę pilnować śpiącej (nieprzytomnej?) dziewczyny niż pocieszać Adlera. Slash powiedział kiedyś, że parę lat temu ten debil się chciał pociąć, bo go rzuciła panienka. Hmm... Miejmy nadzieję, że ktoś go teraz pilnuje. Nie tak łatwo wytresować perkusistę!
 Siedziałem sobie rozważając o tym jakie moje życie jest skomplikowane (Ha. Ha. Ha.), kiedy ta kur... Ta laska, której pilnowałem się obudziła (odzyskała przytomność).
 - Gdzie ja jestem? - wybełkotała.
No, czyli standard. Chociaż nie, zwykle pierwsze słowa po przebudzeniu brzmią "złaź ze mnie". Jakoś chyba byłem za mało pijany, ale mniejsza z tym.
 - W Los Angeles - odpowiedziałem.
 - To chyba oczywiste, skoro tu mieszkam.
 - Nie do końca. Kiedyś jak się schlałem, to obudziłem się parę ładnych godzin drogi stąd, więc... Ale ty jesteś w LA.
Niestety.
 - A kim pan jest?
Myślałem w tamtej chwili, że jej przypierdolę. Jak kurwa można, jakim prawem ona nazywa mnie "PAN"?! Na ogół jestem spokojnym człowiekiem (Ha. Ha. Ha. Znowu.)... Ale mnie kurwica bierze, kiedy ktoś mówi do mnie "pan". Tak więc wstałem, podszedłem do niej i chciałem zacząć krzyczeć, ale pomyślałem, że Slash tu przylezie i schrzani wszystko z Angie. Tak więc złapałem ją za bluzkę, szarpnąłem do góry i troszkę opierdoliłem. Ale przynajmniej szeptem. Nie no, myślałem, że się poryczy. Patrzyła na mnie wzrokiem zbitego psa. Jak Steven. Ugh, poczułem się, jakbym nakrzyczał na dziecko, a ona nawet nic nie zrobiła. Jakoś tak głupio mi się zrobiło i ją przeprosiłem. Kiedy już usiadłem i próbowałem się uspokoić do sypialni wleciał Slash i wręcz zatrzasnął za sobą drzwi.
 - Co ty tu robisz? - zapytałem jeszcze trochę wkurwiony.
 - Aa, tak pomyślałem, że zobaczę, czy nie broisz - rzucił podenerwowany.
 - A co z Angie?
 - Siedzi w... - usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwi. - Właśnie wyszła.
 - Jesteś idiotą - mruknąłem.
 - Wiem... Ale to nie jest teraz nasz największy problem.
 - Nie?
Pokręcił głową.
 - Angie wyszła i zostawiła nas z nią - wskazał na skuloną na łóżku dziewczynę. - Trafisz do domu? - zwrócił się do niej.
Wzruszyła ramionami.
 - Nie wiem nawet, gdzie jestem.
Hudson westchnął zrezygnowany.
 - Dobra, odprowadzimy cię. Tylko powiedz gdzie mieszkasz.
Podała nam swój adres. Chwila...
 - Jak to "odprowadzimy"? - jestem chyba jakiś opóźniony. - Ja też mam iść?
 - No wiesz, nie jest ze mną do końca bezpieczna. Kto wie, co takiemu staremu zboczeńcowi przyjdzie do głowy.
Carmen chyba potraktowała to poważnie.

Izzy:
 Za jakie moje grzechy... Przecież ci debile wiedzą, jak ja nienawidzę imprez u nas w domu. Nosz kurwa, no bo kto potem musi to sprzątać? Adler, ale chciałem powiedzieć, że ja, żeby wyszedł lepszy argument. No dobra, whatever. Poza tym jakoś nie czuję się komfortowo w otoczeniu tylu dziewczyn. Mam słabość do kilku obecnych, a chciałbym mimo wszystko być wierny Ingrid. Boże, co się ze mną porobiło... Serio kurwa, jestem chyba chory, czy coś. JA nie mam ochoty iść do Michelle. JA nie mam ochoty zaszyć się w sypialni z moją byłą. JA nie chcę nikogo innego, tylko Ingrid. CO SIĘ ZE MNĄ KURWA DZIEJE?! Nie no, zajebiście, zacząłem krzyczeć w myślach na samego siebie. To przez te dragi. A raczej ich brak. Obiecałem, ale kurwa, nie daję rady normalnie funkcjonować bez prochów. Miejmy nadzieję, że Ingrid mi wybaczy. Chciałem iść do Slasha zapytać, czy nie ma trochę towaru na zbyciu, a tu mnie taki grom z jasnego nieba: Slasha ani Duffa nie ma. Nie ma ich na imprezie (?!). Ostatecznie pomyślałem o Angeli, ale nie kurwa, jej też nie ma. Tsza będzie odwiedzić Matta... Wait a minut. Jestem dealerem i nie mam dragów? JAK?! Muszę przestać tak się angażować w ten związek... Dobra, kogo ja oszukuję, nie dam rady. Ale muszę przynajmniej wrócić do dealowania, trzeba jakoś zarabiać na życie. Przez głowę przeleciała mi myśl, żeby iść do pracy. Zacząłem się śmiać jak pojebany. Ja i praca... To trochę jak Slash i odwyk. Nie, nie, nie. Mogę zdychać z głodu, ale nikt mnie nie zmusi do pójścia do pracy...
 Odskoczyłem jak poparzony. Nie powinienem się tak zamyślać. Stałem sobie na samym środku skrzyżowania, a z każdej strony trąbiły na mnie samochody. Niech się wypchają. Rozejrzałem się, żeby zablokować ruch na jeszcze jedną chwilę. Westchnąłem i wolno ruszyłem dalej. Ech, gdzie ja w ogóle szedłem..? A no tak, kierunek Matt. A w drodze powrotnej wpadnę do Rainbow. I zahaczę o Ingrid. Tylko może w odwrotnej kolejności. Ledwo się tam do niej dostałem jak byłem (w miarę) trzeźwy, no to się boję myśleć co by było, gdybym przyszedł nachlany. Demoralizuję (trudne słowo) młodzież. Przecież ona ma szesnaście lat! Powinienem mimo wszystko zostawić ją w spokoju... Ale nie zostawię. Za żadne skarby świata. Chuj, zaraz mnie trafi przez te "filozoficzne przemyślenia". Ugh, muszę się najebać. Dlaczego ja w ogóle myślę?! I dlaczego znowu wkurwiam się na samego siebie?!
 - Ej, stary - ktoś pomachał mi ręką przed oczami. - Jesteś tam?
Rozejrzałem się zdezorientowany. Stałem przed willą Matta (ma się te znajomości).
 - Dobrze się czujesz? - zapytał. - Bo wyglądasz chujowo.
 - Jak zawsze - stwierdziłem sarkastycznie. - Potrzebuję heroiny, kokainy, nie wiem, czegokolwiek!
Popatrzył na mnie i nawet wydawał się zmartwiony.
 - Naprawdę wyglądasz na chorego - powiedział wolno. - Ale wejdź.
Wprowadził mnie do swojego zajebiście wielkiego salonu i posadził na kanapie. Po domu pałętały się prawie gołe dziewczyny (halo, to dom Matta, jakże mogłoby być inaczej...), a ja w sumie nie zwracałem na nie uwagi. Nigdy więcej odwyku... Popatrzył na mnie jeszcze raz, po czym zniknął w jednym z pokoi.
 - Przygotuję sprzęt i cię zawołam - rzucił.
Trochę opanowałem drgawki, ale nadal trząsłem się jak cholera. Rozejrzałem się po pokoju. Niby porozwalane butelki i inne śmieci to nic nadzwyczajnego, ale chyba coś się tu działo. W sumie kogo to obchodzi. Podeszła do mnie jakaś laska w stroju króliczka Playboya i powiedziała, że Matt prosi. No kurwa, nareszcie!

Slash:
 Spieprzyłem wszystko z Angie... Znowu. Ugh, jak ja siebie nienawidzę. Jestem zdolny jednego wieczoru zaliczyć pięć różnych dziewczyn, ale jak już mi się jakaś kurwa spodoba, to kurwa nie potrafię tego powiedzieć. Duff ma rację, jestem idiotą. A do tego wpakowałem się w niańczenie tej blond kurwy, która sama nie potrafi dojść do domu. Tak, wiem, sam jej zaproponowałem pomoc, ale nie miałem wyjścia. Przecież Angie by się mogła wkurwić...
 - Slash, daleko jeszcze? - jęknął znudzony McKagan.
 - A skąd ja mam wiedzieć?
Zatrzymał się.
 - Nie wiesz, jak tam dojść?
 - Nie mam bladego pojęcia.
Westchnął zrezygnowany.
 - Nie, ja się na to nie pisałem! - krzyknął i sobie poszedł.
Wrzeszczałem za nim, ale nawet się skurwiel nie odwrócił. A to zdradziecka szuja. Zostawił mnie z nią. Tak, znowu nie pamiętam imienia, no przykro mi bardzo, nie mam to tego pamięci. Ruszyłem wkurwiony przed siebie. Ona za mną pobiegła.
 - Spieprzaj - mruknąłem.
 - Ale...
 - SPIERDALAJ.
Zatrzymała się i chyba tam już została, nie wiem, nie obchodzi mnie to. Znam ją od kilku godzin, a mam już dość. Wyszedłem na jakieś skrzyżowanie. Dobra, już wiem, gdzie jestem. Zrobiliśmy kurewsko wielkie kółko."Cudowne skrzyżowanie", jak to z chłopakami nazwaliśmy. Dlaczego cudowne? Cóż, stanowi centrum naszej orientacji w terenie. Jedna droga prowadzi do Rainbow, druga do mnie do domu, ta trzecia do willi Matta, a gdybym częściej chodził do Troubadour kiedy jest jasno, albo kiedy jestem trzeźwy, to zapewne ogarnąłbym, gdzie jestem, bo ostatnia droga właśnie tam prowadzi. Dopiero teraz zrobiło mi się trochę głupio, że zostawiłem tam Carmen (a jednak potrafię sobie przypomnieć!). Postanowiłem po nią wrócić, ale kiedy cofnąłem się do miejsca, gdzie się zatrzymała, nigdzie jej już nie było... Cholera jasna. No szlag by to trafił, czy ja niczego nie potrafię zrobić dobrze? Nawet odprowadzić dziewczyny do domu? A jeszcze się nad sobą użalam, że Angie mnie nie chce, no nie dziwię się jej.

Carmen:
 Zostawili mnie. Najpierw jeden, potem drugi. Co ja takiego robię, że wszyscy mnie nienawidzą? To jeszcze nic, że zostawili. Nakrzyczeli i upokorzyli. Nawet nie wiem za co. Jestem aż tak beznadziejna? Czy to może przez to, że nie umiem żyć tak jak oni? Że w ogóle nie umiem żyć... Dlaczego uświadamiam to sobie po prawie szesnastu latach? A Angela... Chciałabym być jak ona. Jest taka wyluzowana [czytaj: ma na wszystko wyjebane, ale Car nie zna jeszcze takich brzydkich słów. Przypomnienie pisarza] i wcale nie przejmuje się szkołą, a i tak ma dobre oceny. Ma swoje życie i jestem pewna, że korzystała już nie raz z różnych używek. A ja nie mam na to odwagi. A chcę... Też bym chciała spróbować tego wszystkiego, zanim zmarnuję młodość. Ale chyba najpierw muszę się dostać do domu.
 Trochę się boję... Nigdy nie byłam w tej części Los Angeles, a teraz jestem i to sama. Strasznie boli mnie głowa i mam luki w pamięci. Nie wiem, jak dostałam się do tamtego mieszkania, ani dlaczego nie pamiętam, co robiłam zanim się obudziłam. Gdybym chociaż wiedziała, w którą stronę do domu... Ale nie wiem. Wygląda na to, że muszę kogoś zapytać o drogę. Zaczęło się powoli robić ciemno. Skręciłam w jakąś ślepą uliczkę. Nie wiedziałam wtedy, że jest ślepa. Kiedy już zorientowałam się, że nigdzie nie dojdę, chciałam się wrócić. Na drodze stanął mi jakiś mężczyzna, a właściwie trzech. Usiłowałam ich wyminąć, ale jeden z nich złapał mnie mocno za nadgarstek.
 - A panienka gdzie się wybiera? - zapytał z szyderczym uśmiechem.
Nadal próbowałam się wyrwać, ale co ja mogę? Przygwoździli mnie do ściany. Serce biło mi jak młot. Dlaczego właśnie przed oczami przeleciało mi całe moje marne życie? Jeden z nich zaczął mnie dotykać. To było takie obrzydliwe. Na początku stałam nieruchomo, ale kiedy któryś wsunął mi rękę pod bluzkę znowu zaczęłam się miotać i wyrywać. Jedyne co mi pozostało, to krzyk. Tak więc zaczęłam wrzeszczeć najgłośniej jak mogłam. Ten, który mnie trzymał uderzył mnie w twarz.
 - Nie ładnie skarbie, nie ładnie - mruknął wysoki, zarośnięty mężczyzna stojący po mojej lewej.
Nagle uścisk na moich nadgarstkach zelżał. Miałam nadzieję, że mnie wypuszczą. Myliłam się. Rzucili mnie na kolana. Ten wysoki rozpiął spodnie. Rodzice nigdy nie rozmawiali ze mną o takich sprawach, ale przecież chodzę do szkoły. Naprawdę tak ma wyglądać mój pierwszy raz? Podjęłam się ostatniej próby i wydałam z siebie kolejny krzyk. Znowu dostałam w twarz. Zrobiło mi się czarno przed oczami. Chyba straciłam na chwilę przytomność. Jak przez sen usłyszałam wściekły głos jednego z tych mężczyzn, a potem jeszcze inny. Kłócili się. Wreszcie zrobiło się cicho. Ktoś do mnie podszedł. Z wysiłkiem otworzyłam oczy. Obok mnie klęczał jakiś chłopak. Byliśmy w uliczce sami. Tamci sobie poszli. Myślałam, że on też chce mi coś zrobić, ale nic takiego się nie stało. Zapytał tylko, czy nic mi nie jest. Pokręciłam wolno głową, nadal próbując dostrzec w ciemnościach jego twarz.
 - Dasz radę wstać? - spytał cicho.
 - Chyba... tak... - wymamrotałam.
Wstał i podparł się o ścianę. Ledwo trzymał się na nogach. Podał mi rękę i pomógł się podnieść.
 - Na pewno nic ci nie zrobili? - odezwał się, kiedy już wyszliśmy z zaułka.
 - Nie, wszystko w porządku. Ale... Pan ledwo idzie.
W świetle lampy dostrzegłam, że lekko się uśmiechnął.
 - Proszę cię nie mów na mnie pan. Dokąd tak właściwie idziesz? Odprowadzę cię.
Chciałam odmówić, ale chyba już nigdy nie odważę się chodzić sama po Los Angeles. Podałam mu adres.
 - Jak w takim razie mam do pa... do ciebie mówić?
 - Jestem Izzy.

sobota, 3 maja 2014

R. 6

Nie mogę się całkowicie podpisać pod tym rozdziałem, bo pomagała mi w jego napisaniu moja kuzynka, niekuzynka Julka i za to jej chwała :') Ale pociesza mnie to, że Kacper nawet słowa nie dopisał, to się poczułam lepsza.

_____________________________________________________________________

Duff:
 Chuj by to strzelił. Znowu zostaliśmy sami. Ingrid ma w pokoju monitoring (dosłownie), a starzy Angie wysłali ją na odwyk (nie dosłownie). No cóż, przynajmniej Izzy sobie przypomniał, że jest gitarzystą. Zakochał się chłopak, nie da się tego nie widzieć. Jest mu wszystko jeszcze bardziej obojętne niż zazwyczaj.
 - Co tam bazgrzesz, Iz? - usłyszałem głos Slasha.
 - Nic takiego.
 - No pokaż! - dołączył się Axl.
Wyrwali mu skrawek papieru. Slash rzucił na niego okiem, po czym podał bez słowa Axlowi.
 - Jesteś geniuszem - wykrztusił wreszcie Rose. - Serio, powinieneś częściej się zakochiwać.
 - Chyba wolę nie... - mruknął Izzy i zabrał Axlowi kartkę. - I ani mi się waż zrobić z tego piosenkę!
 - To co to niby było? Liścik miłosny? - Slash zaczął się śmiać.
 - Tak, kurwa, dokładnie tak - warknął rytmiczny i spierdolił.
Siedzieliśmy jeszcze chwilę i było słychać tylko śmiech Axla i Slasha. Nagle do domu wleciał Adler. Miał minę zbitego szczeniaka. Był cholernie przybity, jakby ktoś go właśnie... ech, nie wiem.
 - Ej, stary, co jest? - zapytałem, kiedy usiadł obok mnie na kanapie i otworzył butelkę wódki.
 - Jessica mnie rzuciła - zakomunikował smętnie.
Slash zaklął pod nosem.
 - Co żeś zrobił? - zapytaliśmy z Axlem chórem. Nic nie powiedział. - Adler, co ten debil zrobił?
 - Przespał się z nią - odezwał się po chwili milczenia.
Wpatrywaliśmy się w Hudsona jak w eksponat muzealny.
 - No to chyba ty powinieneś rzucić ją, no nie? - stwierdziłem.
 - Nie, właśnie, że nie. Jak mi powiedziała to z automatu jej wybaczyłem, a ona wtedy... - pauza - Wtedy mnie poinformowała, że mnie rzuca, bo się zakochała.
 - CO?! - Slash gwałtownie wstał. - Kurwa mać! - wybiegł z domu.
Zaczęliśmy pocieszać Popcorna. Nie wiem, dlaczego Axl to robił, ale ja nie chciałem, żeby mi wychlał całą wódkę. No co? Tsza się troszczyć o swoje.
 - Nie przejmuj się, nie była ciebie warta - pocieszałem go. - Znowu zamieszkasz z nami i będzie tak jak kiedyś...
Popatrzył na mnie tymi swoimi wielkimi, niebieskimi, lśniącymi od łez oczami.
 - Nie chcę mieszkać ze Slashem...
 - Wobec tego chodź do nas - szybko zaproponował Axl. - Jakoś się pomieścimy.
I nikt już się nie odezwał. Adler sobie poszedł. Czemu wszyscy wychodzą? Chwilę potem zostałem sam, bo Axl się ulotnił. Siedziałem, siedziałem, aż poczułem chęć wyjścia z domu. Co do cholery się dzieje?! To pewnie dlatego, że jest tak czysto. Kto normalny lubi siedzieć w czystym mieszkaniu? Tsza będzie nasyfić. Tak czy inaczej wyszedłem... tfu! Wyszłem i ruszyłem (ruszłem?) w nawet sobie nieznanym kierunku. Minąłem kilka sklepów, barów i innych melin. Zatrzymałem się przed bardzo, bardzo, bardzo dużym budynkiem, w którym nigdy nie byłem, i który wydawał się być przerażającym miejscem. Wielki napis nad drzwiami głosił "biblioteka". Po plecach przeszły mi ciarki. Ludzie mówią, że to miejsce, w którym się czyta... Brr, książki. Wpatrywałem się w wejście do tego jakże upiornego budynku. I nagle co widzę? Angelę z jakąś blondynką.
 - No chodź, to tylko biblioteka - chłodno powiedziała blondyna. Żadnych uczuć, normalnie zero.
 - JA NIE CZYTAM - Angie dobitnie zaakcentowała każde słowo. - Duff! - rzuciła mi się na szyję. - Ratujesz mi dupę!
 - O nie nie, młoda damo. Idź pozyskiwać wiedzę - powiedziałem stanowczo.
 - Duff, co ty brałeś? - zapytała.
Blondynka odchrząknęła znacząco.
 - Miałyśmy się uczyć - zakomunikowała.
 - Nie smęć, zrób choć raz coś złego! Może zacznijmy od tego, że to jest Duff.
 - Ej, sugerujesz, że poznanie mnie to "coś złego"? - udałem obrażonego.
 - A co kurwa, zaprzeczysz?
Wzruszyłem ramionami.
 - W sumie.
Staliśmy chwilę w milczeniu, po czym zaproponowałem:
 - A może pójdziemy się schlać?
Jak ta blondyna na mnie spojrzała to myślałem, że mnie tym wzrokiem zabije.
 - Przepraszam, ale o czym pan mówi? - odezwała się.
Co kurwa? Pan? Czy ja dobrze usłyszałem? Angie wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.
 - Tak więc proszę pana, chętnie wybiorę się z panem do jakiegoś baru. Co pan poleca? - powiedziała, za każdym razem akcentując "pan".
 - Ta, bardzo kurwa śmieszne. Rainbow?
 - Czemu nie... Proszę pana.
Przewróciłem mymi zajebistymi oczętami.
 - A co masz zamiar zrobić z... tym czymś?
 - To znaczy czym?
 - No wiesz... Tym - wskazałem na dziewczynę stojącą z deczka z tyłu.
 - Chodzi ci o Carmen?
Skinąłem głową.*
 - No także tego. Zabierzemy ją ze sobą. Chyba panu to nie przeszkadza?
 - Jak długo zamierzasz mówić do mnie "pan"?
Uśmiechnęła się wrednie.
 - Co to jest Rainbow? - cicho zapytała... ech, Carmen?
Popatrzyliśmy z Angelą na siebie.
 - Ona tak serio? - rzuciłem.
 - Obawiam się, że tak - odpowiedziała Angie ze zgrozą.
No dobra, stwierdziłem, że jak jej wyjaśnimy, iż to bar, to z nami nie pójdzie. Ale nic nie powiedzieliśmy i jakoś ją tam zaciągnęliśmy.

*Skinoułem głuffkom i szczepłem gżyfkę na bok bo się stegowała. Ach, jagrze słitaśnie to zrobiuem.

Slash:
 Nosz kurwa zajebiście! W chuja kolejna laska mnie kocha! Jestem z tego w chuj zadowolony... Steven mnie zje... No i kurwa ten tego... Poszłem do mieszkania Jessici (i byłego miejsca zamieszkania Popcorna), ale tej kurwy nie było. Jeszcze bardziej zajebiście. No ja pierdolę, oczywiście, bo jak kurwa muszę z nią pogadać to jej kurwa nie ma... kurwa. Chyba nadużywam słowa "kurwa". Chociaż w sumie... Chuj z tym. Tak właściwie jest mi to obojętne. Szłem, szłem i nagle widzę Duffa z Angelą i jakąś blondyną. Wydawała się nieźle schlana. Serio, nie dawała rady iść o własnych siłach. Nie ma to jak być pijanym o... hm, 16? Chwila, czemu JA nie jestem jeszcze pijany? Ugh, jak tak można, tsza to zmienić jak najszybciej! Ale nie, kurwa, próbowałem wyminąć Duffa & spółkę, ale mnie oczywiście zatrzymali.
 - Slash! Czekaj! - wydarła się Żyrafa.
 - Czego, kurwa pytam się kurtularnie?
 - Kulturalnie, analfabeto - poprawiła mnie Angie.
 - Whatever... - mruknąłem, po czym podjąłem kolejną próbę wejścia do Rainbow.
 - No czekaj kurwa! - znowu krzyknął McKagan. - Pomógłbyś w biedzie.
 - A co ja kurwa, z tego będę miał? - zapytałem cwaniacko.
 - Świadomość, że pomogłeś? - serio ten debil liczył, że pomogę tak za nic?
 - No chyba ty.
Duff przewrócił oczami.
 - Dobra kurwa, odpalę ci działkę.
 - I..? - kombinowałem dalej w nadziei, że wyłudzę coś więcej.
 - A czego jeszcze jaśnie pan pragnie? - wycedził sarkastycznie.
 - Na kolana i bij pokłony! A być może rozważę twoją prośbę.
 - Pierdol się - rzucił, po czym oddalił się taszcząc tę półprzytomną (czy raczej nieprzytomną?) blondynę.
Poczułem jakieś takie wewnętrzne coś, że muszę go dogonić i mu pomóc. No i chuj, na cholerę mi to wewnętrzne coś?! Ugh.
 - Oj dobra! Poczekaj mendo! Tylko tak sobie żartowałem - krzyknąłem, już biegnąc za McKaganem.
Duff odwrócił się i popatrzył na mnie z zaskoczeniem.
 - Slash... Ty na pewno nic dziś nie brałeś? - zapytał
 - Nie, czemu? To już jak chcę z dobrego mego serca ci pomóc, to znaczy, że brałem?
 - Slash, błaaagam... Ty i dobre serce? - zapytał sceptycznie.
 - Oj zamknij się już. Mam wam pomóc czy nie?! - rzuciłem zdenerwowany.
 - Dobra, już dobra. Spokojnie mistrzu - Duff uśmiechnął się cwaniacko.
Rzuciłem mu wściekłe spojrzenie i zabrałem się za taszczenie blondyny. Po paru żmudnych, męczących minutach zapytałem:
 - A tak w ogóle co to za laska?
 - To jest Carmen. Moja... hmmm. Niańka? - odparła Angie.
 - Więc... Schlaliście ją... Ale po co?
 - Nie specjalnie... Dziewczyna ma słabą głowę. - powiedział Duff.
 - Taaa... jasne - powiedziałem przeciągle.
 - Naprawdę! Car chciała mnie zaciągnąć do... - zrobiła dramatyczną pauzę - BIBLIOTEKI! - broniła Duffa Angie.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem.
 - Hmmm... Biblioteka - wypowiedziałem to słowo wolno, z obrzydzeniem - A po chuja chciała tam iść?
 - Miały się... Brr... Uczyć - zbulwersował się Duff.
 - Chodzicie do szkoły?
Angie spojrzała na mnie jak na idiotę. No co kurwa? Ja tam od zawsze miałem głęboko w dupie szkołę.
 - No niestety - odpowiedziała wreszcie.
Przeszliśmy jeszcze parę kroków, po czym znów zapytałem:
 - A gdzie ją zabierzemy?
 - Kurwa... Nad tym się jeszcze nie zastanawialiśmy - powiedziała Angela.
 - A niech lezie do nas - zakomunikował McKagan.
A ten co kurwa sobie myśli?! Motel jakiś pierdolony prowadzimy, czy co?!
 - A czemu to kurwa do nas? - spytałem mocno wkurwiony.
 - Ech... - westchnął Duff - Do jej domu nie możemy, bo jej rodzice. Do Axla nie, bo przez ciebie siedzi tam nasz biedny, zraniony pudel - spojrzał na mnie - Więc pozostajemy tylko my - uśmiechnął się głupkowato.
 - A do Angie? - spytałem z nadzieją.
No co kurwa? Nie chce by mi się po domu pałętała jakaś nieprzytomna blond kurwa! Angela spojrzała na mnie dziwnie.
 - No co? - spytałem. Teraz to już w ogóle nic nie ogarniam.
 - Slash, idioto, Angie TEŻ idzie do nas - wytłumaczył McKagan.
 - A to czemu? - zaczynam się czuć jak dziecko specjalnej troski...
 - Bo ja też jestem wstawiona i nie zabiorę pijanej Carmen do mojego domu - powiedziała ironicznie. - Chyba ci to nie przeszkadza? - spytała z udawaną słodyczą.
Grrr! Jak ona mnie czasem wkurwia!
 - Nie, oczywiście, że nie...  - wycedziłem.
I tak już byłem na przegranej pozycji... Duff żwawo kroczył w kierunku naszej meliny. Zapytam jeszcze raz: CZY MY PROWADZIMY JAKIŚ JEBANY MOTEL?! Chuj z tym. Tak w sumie... To chuj ze wszystkim.

Steven:
 Leżałem na kanapie zwinięty w kłębek. Moje życie straciło sens! No co kurwa, nikt tu nigdy nie był zakochany? Jessica to miłość mego życia, tak do siebie pasowaliśmy... A ona co?! Kurwa, jebie się na prawo i lewo i to jeszcze z moim najlepszym, pierdolonym kumplem! A to, że ja pieprzę wszystko, co ma cycki na pewno nie ma z tym żadnego związku. Jestem tego pewny. No bo Jess sama powiedziała: "Steven, lepiej będzie, jeśli pozostaniemy w otwartym związku. Zero zobowiązań". I co kurwa?! Nagle jej się to nie podoba i jest źle?! Nie ogarniam tego... Leżałem i gapiłem się w sufit. Gdy tak rozmyślałem nad swoim beznadziejnym losem, drzwi otworzyły się z hukiem i do domu wparował Axl.
 - Wstawaj Popcorn! Dość tego lenistwa! - wydarł się.
 - Nigdzie się nie wybieram... - mruknąłem.
 - Nie musisz. Robimy imprezę. Zapraszamy duużo dziewczyn. Na pewno znajdziesz jakąś sto razy lepszą, od tej całej Jessiki.
 - NIE CHCĘ! Ja chcę Jess... - załkałem.
 - Nie smęć, tylko rusz dupę - spojrzałem na niego wilkiem.
Axl westchnął i usiadł przy mnie.
 - Steven, nie możesz się załamywać z powodu jakiejś laski... - zaczął, próbując mnie pocieszyć.
 - Jessica to nie jest zwykła laska... Kocham ją... - jęknąłem i schowałem twarz w poduszkę.
 - Przecież nie jest jedyną dziewczyną na świecie. Zobaczysz, niedługo znowu się zakochasz i o niej zapomnisz.
 - Tak myślisz? - spytałem z nadzieją.
 - No... wiesz... - wtedy do domu wrócił Izzy. - Dzięki Bogu, że jesteś! Weź mi tu pomóż... - "poprosił" Axl.
 - Co jest? - rzucił rytmiczny.
Axl mu streścił naszą rozmowę.
 - Naprawdę sądziłeś, - odezwał się wreszcie Stradlin - że pomoże mu przelecenie kilku dziwek? Wiesz co... wyjdź.
 - Ale... - zaczął Rose, lecz Izzy mu przerwał:
 - Wyjdź!
Przetarłem oczy ze zdziwieniem. Czy tylko mi się wydawało, czy Izzy krzyknął na Axla? Nie, nie, to pewnie tylko moja wyobraźnia i ten cały alkohol, który dzisiaj w siebie wlałem. Izzy jeszcze nigdy na nikogo nie podniósł głosu... NIGDY. On jest zawsze ten spokojny i nigdy, przenigdy nie krzyczy.
 - Czy... to... był... rozkaz?! - w Axlu aż się zagotowało. - Czy ty mi rozkazujesz?!
Izzy spojrzał mu w oczy z kamienną twarzą.
 - Błagam cię, nie rób problemów z niczego.
Po chwili Axl wyszedł trzaskając drzwiami.
 - Jakim cudem cię nie pobił? - zapytałem cicho.
Stradlin odwrócił się w moją stronę.
 - Taka magiczna sztuczka. Potem mi się dostanie... - na moment odpłynął myślami. - Ale nieważne. Czemu Jessica cię zostawiła? Jestem trochę nie w temacie.
Opowiedziałem mu, jak wróciłem od Michelle i w drzwiach minąłem Slasha. Jak Jess powiedziała to straszne "Steven, musimy porozmawiać". Jak się przeraziłem, bo nie nazwała mnie Stevie. A potem powiedziałem o tym, że od tak, prosto z mostu, wyznała mi, że się zakochała i że to koniec naszego związku.
 - Poczekaj... - poprosił. - Rozmawiałeś już ze Slashem?
Pokręciłem przecząco głową.
 - Nie chcę go widzieć.
Izzy westchnął zrezygnowany.
 - Stary... Pierwszy raz ci odbił laskę? Nie. Nie pierwszy, nie drugi, nie dziesiąty. I co zawsze się okazywało? Że wracały. Wracały, przepraszały, obiecywały poprawę. Uważasz, że z Jess będzie inaczej? Nie - kontynuował swój monolog - Jessica wróci na kolanach i będzie błagać, żebyś jej wybaczył. Powie, że myliła się co do Slasha. Taki jest odwieczny schemat, tego każdy się trzyma. Proste.
 - A co jeśli nie? - odezwałem się cichutko po chwili milczenia. - Co jak to nie będzie takie proste i Jess mimo wszystko nie wróci?
 - Cóż... Wtedy będziesz czekał na kolejną wybrankę serca.

wtorek, 29 kwietnia 2014

R. 5

Slash:
 Gdyby ktoś nie ogarniał jest poniedziałek. Idziemy dzisiaj na jakiś koncert, znaczy się zagrać, no, never mind. Jako iż w naszym domu jest najmniejszy syf (tak, ostatnio zagoniliśmy Adlera, żeby posprzątał) wszyscy się tutaj zleźli i przygotowywali do tego jakże wielkiego wydarzenia. Siedziałem na kanapie i miałem na to wyjebane, bo ja przecież zawsze wyglądam zajebiście. Nagle usłyszałem przeraźliwy pisk. Ruszyłem swój zacny tyłek i poszedłem poszukać jego źródła. McKagan sterczał na samym środku łazienki nie przestając się drzeć. Kilka sekund później do łazienki wbił Izzy.
 - Kurwa, zamknij ryja McKagan - mruknął.
Jak widać jemu też wisiały te wszystkie przebieranki. Wnioskuję tak dlatego, że czas przeznaczony na doprowadzenie się do jako-takiego porządku wykorzystał na 'zabawę' z Ingrid. Pierdolony szczęściarz.
 - Wyglądasz jak zjeb - stwierdziłem, patrząc na oklapnięte, mokre włosy Duffa.
 - Sam wyglądasz jak zjeb - odpowiedział.
 - Nie, bo ty.
 - No chyba ty.
 - A twoja matka to gej.
Izzy przewrócił oczami.
 - Oboje wyglądacie jak zjeby. Zadowoleni? - już chcieliśmy mu przypierdolić (a przynajmniej ja), ale zaczął skurwysyn mówić coś sensownego. - Duff, co znowu się stało?
 - Ech... Suszarki nie mogę znaleźć.
Patrzyliśmy z Izzym na tego kretyna, próbując ogarnąć jego kretynizm.
 - Nie wiem jak ci to powiedzieć... - Izzy podszedł i położył McKaganowi dłoń na ramieniu. - Ale w tym domu nigdy nie było suszarki.
Powinna teraz zagrać jakaś złowroga muzyczka, or something. Duff wszedł do salonu i skulił się w jakimś kącie. Załamanie nerwowe made by Michael McKagan. Wpiszemy mu to w papiery. ''Powód: brak suszarki''. Z pokoju wyłonił się Axl. Popatrzył na Żyrafcia.
 - A temu co znowu? - zapytał lekko rozbawiony.
Tak, takie akcje zdarzają się dosyć często.
 - Suszarki nie ma - krótko zakomunikował Izzy. - Dobra, mnie to zwisa, wy się nim zajmijcie.
Po czym wrócił dalej ruchać Ingrid. The End.
To tyle, jeśli chodzi o Stradlina. Mieliśmy trochę większy, prawie dwumetrowy problem.
 - Axl, weź coś zrób, bo nie zagramy bez tego idioty.
 - Racja. Gina! - zawołał. - Masz może pod ręką jakąś suszarkę?
Gina wyjrzała zza drzwi.
 - Mam. Ale nie można jej przeciążać, bo jest stara i do kitu.
 - Chuj z tym, suszarka to suszarka. Dawaj ją tu.
 - Egh, Bill... Mogę się najpierw ubrać?
 - Skoro musisz. Tylko szybko.
Znów zniknęła, a chwilę potem wyszła w jakiejś badziewnej, zielonej miniówce. Gheh, ten celulit. Nie żeby coś, lubię dziewczyny, które mają kształt, ale jakoś trzeba przy tym wyglądać, nie?
 - Proszę - podała Axlowi suszarkę.
Duffowi aż zaświeciły oczy. Porwał urządzenie i zatrzasnął się w łazience.
 - Ile mamy jeszcze czasu? - zapytałem.
 - Za jakąś godzinę musimy tam być. Sprzęt czeka, bez obaw.
Uśmiechnąłem się cwaniacko.
 - A tobie co znowu się lęgnie w tej pojebanej główce? - zapytał Rose.
 - Pójdę powiedzieć Izzy'emu, że musimy się zbierać.
 - Nie bądź aż tak okrutny. Niech się sobą nacieszą. Poza tym, Izz tymczasowo nie ćpa, to coś musi robić, nie?
I chuj, wszyscy są po jego stronie.
 - Ale ja nie pozwalam im się ruchać w moim pokoju!
 - To nie twój pokój idioto, tylko Adlera za czasów, kiedy jeszcze z wami mieszkał. Daj spokój i też byś mógł coś z sobą zrobić zamiast się wszystkiego czepiać.
Grr. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi.
 - Idź otwórz - powiedziałem do Axla.
 - Sam se idź.
Jak zwykle wszystko muszę robić sam.
 - Kimkolwiek jesteś wypierdalaj! - krzyknąłem, po czym dodałem: - No chyba, że masz cycki!
Drzwi pisknęły gorzej niż McKagan i do mieszkania wbiła... Ech, jak to było... Agness? Amanda? Alice? A ja wiem, coś na A.
 - Wiem, że przeszkadzam, ale Jolene kazała mi przyjść i truć wam dupę.
Chyba ją lubię.
 - Teraz akurat Jolene jest trochę zajęta, więc... Chodź, siadaj.
 - Nie żeby coś, ale zakładam, że zajęta Stradlinem, tak?
Serio ją lubię.
 - Taaa.
Cały nasz dom znowu wypełnił wrzask Duffa.
 - Na chuja Pana, co znowu? - mruknąłem, po czym powlokłem się do łazienki.
Nosz zajebiście. Debil wkręcił włosy w suszarkę. Nie wiem jak, ale wkręcił. Myślałem, że się tam poryczy. Ale momentalnie zamilkł, kiedy zobaczyć Angelę. O, przypomniałem sobie jej imię. I kto tu jest zajebisty?
 - Angie?! Tego, cześć... Wiesz, taka trochę głupia sytuacja... A ty czego się Hudson ryjesz?!
Nawet nie zauważyłem, że się śmieję. No ale dobra, tsza zorganizować jakąś pomoc. Zapukałem do pokoju, który zajmowali Axl, Gina i Adler.
 - Ej, Gina, potrzebna jesteś!
Dziewczyna wyszła. Zaprowadziłem ją do załamanego Duffa. Też zaczęła się śmiać.
 - To nie jest, kurwa, śmieszne! - oburzył się McKagan.
 - Dobra, weź mu jakoś pomóż, bo musimy się już zbierać. A ty Angie, byłabyś tak miła i poszła ze mną po Izzy'ego?
 - Z przyjemnością.
Poszliśmy i bez pukania wbiliśmy do pokoju, gdzie przebywał Izzy ze swoją dziewczyną. Miałem nadzieję, że przerwiemy im 'zabawę', ale nie, kurwa, Stradlin siedział sobie grzecznie na łóżku, a Jolene zapinała sukienkę.
 - Boże, Izz, co ci się porobiło z włosami? - zapytałem.
 - Dorwała mnie prostownicą - wskazał na Jolene, a ona uśmiechnęła się szatańsko.
 - No cóż... Wyglądasz mniej cygańsko niż zwykle - popatrzył na mnie tym swoim wzrokiem, mówiącym 'jesteś kretynem, wypierdalaj'. - Dobra, whatever, musimy już iść.
Trochę trwało, zanim wszyscy skończyli się pindrzyć, ostatecznie przybyliśmy do Troubadour spóźnieni 10 minut.

Duff:
 Siedzimy sobie spokojnie na zapleczu w Troubadour. Będziemy grać po tym zespole. Nie denerwuję się jakoś specjalnie. JA nie muszę, przecież gram na basie. I tak mnie nie słychać. Adler jest na haju od samego siedzenia. Jezu, jak można się tyle uśmiechać, no jak?! Slash, odkąd tu siedzimy, zdążył wypalić pół paczki fajek. Axl nie za bardzo przejmuje się graniem i chyba całkowicie zgubił się w cyc... znaczy się w oczach Angeli. Izzy jak zwykle ma na wszystko wyjebane, no a jakże by inaczej. Wkurwia mnie już tym swoim tomiwisizmem i ignorancją. Niczym się nie interesuje, mam go dość. MAM GO, KURWA, DOŚĆ! Mam dość wszystkich. Egh, myślę jak Axl. To przez brak dragów, zdecydowanie. Wiadomo, pierwszy występ w LA, to nie można zbytnio przesadzać z ćpaniem. To nie z własnej woli tak myślę, to Axl zabrał wszystkie prochy. Zostawił mi tylko wódkę. A właśnie...
 - Gdzie jest moja wódka?! - ups, chyba pomyślałem to na głos.
Wszyscy się na mnie popatrzyli.
 - Wystarczająco dużo wypiłeś - stwierdził Axl.
 - Dzięki mamo, ale chyba jednak nie.
 - Jak tam chcesz.
Po czym wrócił do wpatrywania się w cycki Angeli. A żeby go cholera! Angela miała być MOJA! Ale nie, kurwa, ja oczywiście byłem zbyt pijany, no zajebiście. Takie rzeczy to tylko Michael Duff Rose McKagan. Na cholerę mi to Rose?! Przecież to babskie imię. Czemu sobie je wybrałem? Ile wtedy wychlałem?

*Retrospekcja*
 - Ej, Michael!
 - Nie mów tak na mnie! - FOCH!
 - Niby czemu mam nie mówić?
 - Bo to gejowskie imię.
 - Ta, to niby jak mam cię nazywać?
Chwila namysłu.
 - Duff. Albo Rose.
Nieopanowany rechot.
 - Rose? To damskie imię!
Zaczyna się tarzać po podłodze ze śmiechu. A mnie się podoba. Duff Rose McKagan. Pasuje. Już wolę mieć damskie imię niż gejowskie.

*Powrót do rzeczywistości*
 Patrząc z perspektywy czasu to mogło zostać samo Duff. Chuj, ja tu się zajmuję imieniem, a zespół, który grał schodzi ze sceny! Cholera cholery w cholerze. Ej, wait, to są baby! Ha, niezły support nam wybrał Marck. Teraz chwila zastanowienia, czy to są dziewczyny, czy faceci w damskich ciuchach (Poison, Motley Crue, Quiet Riot i inni). Cycki są, więc obstawiam na opcją nr 1. W sumie, to nawet niezłe laski. No, jedna.
 - Ej, stary, wracaj do świata żywych, idziemy! - Slash zaczął mną potrząsać.
 - Co? Gdzie?
Slash pociągnął mnie, dał mój najukochańszy bas i zapytał, czy wiem jaka jest pierwsza piosenka.
 - Ech... Mama Kin? - próbowałem znaleźć tę dziewczynę, ale gdzieś zniknęła.
 - Nie, ale dobra. Najpierw Nice Boys.
 - Hmm? Co mówiłeś? - wreszcie zaszczyciłem go moją uwagą.
 - Popatrz - pokazał mi jakąś kartkę. - Widzisz? N-I-C-E B-O-Y-S - przeliterował.
Chyba powinienem był go słuchać. Zacząłem się czuć jak osoba specjalnej troski. A i tak nie wiem co gramy...

*Angela*
 No cóż, znam tych debili od trzech dni, a już wiem, że są debilami. Ale cholernie utalentowanymi debilami, to muszę im przyznać. Duff się nie odzywa od piątku. Tj. odkąd nie dałam mu się przelecieć. Nie moja wina, miał szansę, ale był zbyt pijany. Cholera by go. Teraz jak widzę Axl ma podobne plany, których oczywiście nie zrealizuje, bo ma dziewczynę. Jego też cholera by mogła wziąć. Slash się mną jakoś nie zainteresował (a tego to już największa cholera powinna wziąć). No oczywiście, akurat ten, który mi się spodobał. Szlag by ich wszystkich trafił. Ingrid mnie zaciągnęła na ten ich koncert, bo nie chciała być sama. Wyszło na to, że i tak tylko Izzym się zajmuje. Ach tak, jeszcze ta najlepsza wiadomość, że jak wrócę do domu moi starzy mnie wyślą do jakiejś autystycznej laski z mojej klasy. Naprawdę nie ma autyzmu (chyba). Wiecie, to jedna z tych, co zawsze trzymają się na uboczu, nie afiszują się. Nie zauważysz, że wyszła, albo weszła do pokoju. Przerażające. "Ona jest taka dobra, czemu nie jesteś taka jak ona? Nie martw się, spędzisz z nią trochę czasu, może zrobisz się taka dobra i grzeczna jak ona". Te powtórzenia słowa 'ona' są celowe. Moi starzy (znaczy się ludzie, z którymi teraz mieszkam) cały czas ją wychwalają, ile to by dali za taką córkę. Niech idą do diabła, sami mnie wzięli, ich problem.
 - Hej, Angie - odezwała się Ingrid - chodź, zaraz zaczynają.
 - To wyjaśnia, czemu się zainteresowałaś moim istnieniem - mruknęłam sarkastycznie.
 - No przepraszam, ale... No nigdy nie byłaś zakochana?
 - Nie - odpowiedziałam szybko. Zbyt szybko.
 - Ach. Czyli byłaś i to nieszczęśliwie! - cholera, jest chyba jedyną osobą, która potrafi mnie przejrzeć. - Czy może jesteś?
 - Nie jestem i nie byłam. Możemy zamknąć ten temat?
Zatrzymała się.
 - Możesz mi ufać. Coś się dzieje?
 - Nie, nic. Naprawdę wszystko w porządku.
Westchnęła.
 - Zatem dobrze. Chcesz się ze mną naćpać?
 - Jasne - ach, ten moment... - Chwila, miałaś nie brać.
 - Nagły wypadek - puściła do mnie oko.
 - Jesteś niegrzeczna!
 - Czy ktoś kiedykolwiek twierdził, że tak nie jest?

Axl:
 Jak ja się kurewsko boję! Nie, nie zaśpiewam, nie dam rady! Kiedyś już to robiłem i wiem, że nie dam rady. Kiedy graliśmy podczas Hell Tour* wygwizdali nas. Występowanie na scenie jest do luftu. Nie jestem to tego stworzony, pomyliłem się, trzeba było zostać w Lafayette, z rodziną, a nie pakować się w ten cały 'zespół'. CHOLERA! Ale nie mogę się już wycofać, nie mogę ich zostawić. Przecież żadne z tych beztalenci nie potrafi śpiewać. Chociaż nie, wait, Duff potrafi. I Izzy. Adler też kiedyś próbował mnie wygryźć i wbić się na wokal. No to na chuj ja tutaj?! Dobra, spokojnie Bill, to nic takiego, to tylko kilkanaście osób... Pieprzyć to, ja nie chcę. Staliśmy już na scenie, jaki miałem wybór? Zaczęli grać pierwszą piosenkę. Zobaczyłem w tłumie Ginę. Jakoś nie dodała mi otuchy. Potem znikąd pojawiła się Angela. Uśmiechnęła się do mnie. Od razu poczułem się lepiej. Chyba chłopaki mają rację, nazywając mnie zdradzieckim pudlem. Chociaż tylko połowicznie, bo pudlem nie jestem. Miałem szczęście, że przypomniałem sobie, że mam śpiewać. Kiedy skończyliśmy piosenkę publika obrzuciła nas butelkami. No i co ja miałem w takiej sytuacji zrobić? Coś w środku mnie mówiło: "Nie schodź ze sceny, nie schodź ze sceny, śpiewaj dalej". Dobra, przemogłem się i zaczęliśmy drugą piosenkę. Tym razem tłum nawet nie poczekał z wyrażaniem swoich (negatywnych) emocji do końca utworu. Szybko stamtąd uciekłem. Zaraz za mną przyszedł Slash.
 - Ej, stary, tylko nie płacz...
 - Co? Czemu mam płakać?
 - No wiesz, po naszym pierwszym występie w Omni Room, jak nas wyśmiali, to się rozpłakałeś.
Cholera, że też ludzie muszą pamiętać takie rzeczy. Cały zespół zszedł ze sceny. Kierownik patrzył na mnie bardzo nienawistnie. Jakby to była moja wina, że nas obrzucili tymi butelkami. Izzy poszedł do niego i zapewniał, że następnym razem będzie lepiej, tylko niech nam da szansę. Ale ja nie dam rady więcej śpiewać! I tak mnie nie doceniają. Przecież się starałem, tak cholernie się starałem! Ktoś mnie stamtąd wyprowadził. Odetchnąłem świeżym (pełnym dymu z papierosów i jointów) powietrzem. Taak, następnym razem będzie lepiej.

*Chyba musimy sobie coś wyjaśnić. To opowiadanie jest całkowicie pojebane i niezgodne czasowo, ponieważ teraz jest teoretycznie kwiecień '85, a chłopaki w Hell Tour pojechali w czerwcu tego właśnie roku, czyli to takie zdarzenie z przyszłości. Ale to tylko szczegół .-. (a ludzie kurewsko lubią czepiać się szczegółów)

środa, 23 kwietnia 2014

R. 4

*Steven*

W życiu mężczyzny następuje taki okres, w którym każdy powód do schlania się w trupa i obrzygania jakiegoś nowego miejsca wydaje się być dobry. Dziś tym powodem były urodziny Stradlina. Impreza otwarta, siedzieliśmy w Rainbow i informowaliśmy wszystkich, że z okazji urodzin piją za darmo. Zaśpiewaliśmy pijackie, barowe "sto lat", a potem działy się różne rzeczy. Jakaś laska nieźle się wstawiła i zrobiła striptiz. Axl dostał opieprz od Giny, że ten striptiz oglądał. Izzy był chyba najbardziej niezainteresowany imprezą spośród wszystkich obecnych. Siedział tylko przy stoliku sącząc wódkę, a na popitę miał wino, żeby było zdrowiej. Był taki jakiś smutny czy coś w tym rodzaju. Chuj go tam wie. Dobra, na cholerę przejmować się Izzym, jak i tak mi nic nie powie. Rozejrzałem się. Za górami, za lasami, w odległym kącie Rainbow, dostrzegłem dziewczynę. To nic dziwnego, bo jestem, jakby nie patrzeć, w barze, ale to była serio niezła dupa. Taka... inna niż wszystkie. Jak Stradlin siedziała obojętna. Znaczy tak mi się wydaje, bo włosy jej zasłaniały pół twarzy. Podeszł do niej jakiś kolo i chyba zaczął podrywać. Dała mu w pysk i nadal popijała swojego drinka. Ostra. Czas skombinować sobie panią do towarzystwa. No bo ktoś się przecież musi zająć małym (dużym) Adlerem po imprezie. Podeszłem do niej chwiejnym krokiem.
 - Można się przysiąść, dziewojo? - wybełkotałem.
Podniosła na mnie wzrok.
 - Chcesz skończyć jak tamten? - pokazała na kolesia, którego walnęła.
 - A co ty taka skwaszona, co? - usiadłem przy jej stoliku. - Ja tu cię kulturalnie chcę poznać, a ty się na mnie rzucasz. Nie ładnie.
 - To idź do kogoś, kto się będzie 'ładniej' zachowywał - warknęła. Ma dziewczyna temperament!
 - Steven jestem.
 - Jak bardzo napruci byli twoi starzy, że ci dali takie gejowskie imię? - zapytała.
Wywróciłem teatralnie moimi zajebistymi oczkami.
 - A ciebie jak ochrzcili?
 - Nikt mnie nie chrzcił.
 - No dobra, jak ci dali na imię?
 - Angela.
Pierdolę, też chciałem jej coś błyskotliwego powiedzieć odnośnie jej imienia, ale jakoś nic nie wykombinowałem lepszego od:
 - Nie wyglądasz mi na anioła.
Popatrzyła na mnie jak na ułomnego.
 - Bo nim nie jestem. Słuchaj, nie mam nastroju do rozmowy, jasne? Przyszłam tutaj się schlać, bo nigdzie indziej by mi nie sprzedali alkoholu, a że trafiłam na ten cyrk to świadczy tylko o moim pechu.
 - Ej, ej, żaden cyrk, tylko urodziny mojego przyjaciela!
Mruknęła tylko coś w rodzaju 'whatever'.
 - No weź, zawsze taka jesteś jak ktoś cię próbuje poderwać?
 - Tak, kurwa, zawsze.
 - Może jak ci przyniosę drinka to się chociaż uśmiechniesz? - nie dawałem za wygraną.
 - Nie możesz mi dać spokoju i iść do kogoś innego? - odpowiedziała.
 - Nie. Co pijesz?
 - Ty tak na serio? - skinąłem głową. - Jak tak bardzo pragniesz mnie upić, to najszybciej będzie wódką.
Przeleciałem przez całe pomieszczenie do baru. Zamówiłem dwie butelki wódki. Cały czas patrzyłem na Angelę. Była zupełnie nie w moim typie, ale i tak mi się spodobała. Wróciłem do stolika i postawiłem na nim jedną z butelek.
 - A ile ty masz właściwie lat, że ci mają alkoholu nie sprzedawać?
 - Szesnaście - powiedziała, po czym wzięła łyk wódki. - Ale mam tutaj znajomości. A ty, Człowieku-Dywanie?
Dać dziewczynie alkohol, a od razu jej się poprawia humor. Magia.
 - A ile byś mi dała?
 - Bo ja wiem, dwanaście?
 - Niewiele się pomyliłaś - powiedziałem ironicznie. - Zgaduj dalej.
 - Czternaście?
 - Pudło. Dwadzieścia.
Pochyliła się nad stołem.
 - A nie wyglądasz.
Pogadaliśmy trochę i im bardziej była pijana, tym ta rozmowa była milsza. Stwierdziłem, że przedstawię ją chłopakom. A co! Objąłem ją ramieniem i poszliśmy odhaczyć Duffa i Izzy'ego. Wiadomo, solenizant ma pierwszeństwo.
 - Taaaaakże teeeego - wybełkotałem, kiedy dotarliśmy do stolika, przy którym siedzieli. - Tooooo jeeeest Angeeeeela, a too jest Iiiiizzy, a taamteen tooo Duuuufffff.
 - Kurwa, Popcorn, schlałeś się bardziej niż ja! - szok, Izzy się uśmiechnął. - Ją też tak naprułeś?
 - Nie - odpowiedziała dziewczyna całkiem przytomnie - Ze mną nie jest tak źle.
 - A my to się chyba już poznaliśmy, nie? - zapytał Duff.
 - Tak? Kiedy?
 - No wiesz, w romantycznym nastroju kiblowego sexu - uśmiechnął się cwaniacko.
 - To nie był żaden sex - dała mu lekko w łeb i wybuchnęła śmiechem.
 - No wiem i dlatego to było nie fair!
Izzy zaczął się śmiać jak pojebany.
 - Co on ćpał? - zapytałem Duffa.
 - No właśnie nic - odpowiedział.
 - Co rozumiesz przez >>nic<<?
 - Nic. Ani hera, ani koka, ani LSD, ani hasz, ani nic! Siedzi tylko i chla.
Pierdolę, znam Stradlina już kawał czasu i nigdy nie widziałem, żeby na imprezie nic nie brał. W ogóle rzadko się go widuje, jak nie jest naćpany.
 - Ej stary, dobrze się czujesz? - zapytałem, kiedy przestał się śmiać.
 - Jasne, czemu pytasz?
 - No wiesz, ty bez dragów...
Chwilę zastanawiał się co powiedzieć.
 - Przedstawiłem ci Jolene, nie? - skinąłem głową. - No, to obiecałem jej, że jeśli ona nie będzie ćpać, to ja też.
 - Taa... Już to widzę - mruknął Duff.
 - Gratulacje, właśnie zgłosiłeś się na ochotnika, by nam towarzyszyć! - sarkastycznie zakomunikował Izzy.
 - Co?! Mowy nie ma!
Izzy wziął łyka wina.
 - Się zobaczy.
Poszliśmy z Angelą do Slasha i Axla, bo akurat pili razem. Slash zmierzył ją spojrzeniem.
 - I co myślisz? - zapytał Axl.
 - Nie lepsza od Ingrid - stwierdził po chwili.
 - Ingrid? - ożywiła się Angela. - Maiden?
 - Taak, a co, znasz ją?
 - To moja najlepsza przyjaciółka.
Slash i Axl popatrzyli na siebie. Hudson wydał z siebie przeciągły gwizd. Wiecie, taki, jak na przywołanie psa.
 - Ej, Stradlin! - zawołał. Chłopak odwrócił się w jego stronę. - Masz tutaj przyjaciółkę swojej dziewczyny!
Izzy patrzył na niego i było widać co myśli: 'On już nie powinien pić'. Slash wstał, złapał Angelę za rękę i zataczając się podszedł do stolika Izzy'ego.

Izzy:
 I chuj. Uparli się, żeby zrobić tą jebaną imprezę urodzinową. Ingrid dostała opierdol od rodziców i zakaz wychodzenia z domu. No i po cholerę mi urodziny, jak nawet mojej dziewczyny nie ma? Tak, mojej dziewczyny. Podczas gdy wszyscy się zajebiście bawili, ja siedziałem cicho przy stoliku, próbując nie rzucać się w oczy. Wychlałem troche. Nawet nie mogłem nic wziąć, bo obiecałem, że nie będę ćpać. Nie myśleć sobie, że Ingrid mnie zmusiła, to ja zmusiłem ją. Za dużo brała, stanowczo za dużo. I tak na zbyt wiele jej pozwoliłem przez te dwa lata. Taa, znamy się już dwa lata... Wychodzi na to, że ja miałem lat dwadzieścia jeden, a ona... czternaście? O cholera. Dobrze, że wtedy jako-tako nad sobą panowałem, bo to chyba wykroczenie ruchać się z osobą poniżej piętnastego roku życia.
 Tak czy inaczej jakiś czas temu przysiadł się do mnie Duff i pił ze mną, żebym tak sam nie siedział. Też był nieźle wstawiony. Siedzieliśmy, siedzieliśmy, aż tu nagle podchodzi Adler z jakąś dziewczyną. Była niebrzydka, ale też nie jakoś specjalnie ładna. Ujdzie w tłumie, tyle powiem. Przedstawił ją jako Angelę. Adler to chyba już był w swoim świecie. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie. Chciałem się już zbierać do domu, wymknąć tak, żeby nikt nie zauważył, ale nie, kurwa, Slash czegoś ode mnie chce. Coś tam krzyczy, coś bełkocze. Podszedł do mnie i pociągnął Angelę (?) za sobą.
 - Patrz - rozkazał. - Widzisz?
 - Ślepy nie jestem, jeśli do tego zmierzasz.
 - To jest Angela, widzisz? - ha, czyli dobrze zapamiętałem imię. - Ona się przyjaźni z Jolene, znaczy się z Ingrid... No, z twoją dziewczyną, wiesz.
Slash całkowicie stracił świadomość i zaczął latać po Rainbow, śpiewając na całe gardło. Angela popatrzyła za nim, po czym skierowała spojrzenie na mnie.
 - Więc Ingrid ma chłopaka? - zapytała siadając tam, gdzie wcześniej siedział Duff.
Już go tam nie było, bo poszedł tańczyć ze Slashem, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.
 - Wychodzi na to, że ma - odpowiedziałem.
 - Nigdy nic mi nie mówiła.
 - Może dlatego, że ci kretyni sobie to wymyślili. Jeszcze jej nie zapytałem.
 - A zamierzasz? - uśmiechnęła się.
 - Nie wiem - skłamałem. To chyba oczywiste, że po tym wszystkim... - Może tak, może nie. Dobra, ja idę, może jeszcze kiedyś pogadamy.
Wstałem szybko i wyszedłem. Nareszcie wolny! Nawet nie byłem tak pijany, jak myślałem. Nie spieszyłem się, bo Axl i tak miał iść do Giny. Najwyraźniej spędzę tę noc sam. Wolnym krokiem zmierzałem do domu. Była pełnia, cóż za zbieg okoliczności. Miałem przed oczami poprzednią noc, kiedy szedłem tą drogą z Ingrid. Było niemal tak jasno jak teraz. Prawie wtedy biegliśmy. Zatrzymaliśmy się w połowie drogi, a ona wskoczyła mi na plecy... Nawet nie wiem, kiedy znalazłem się pod swoimi drzwiami. Były otwarte, co było do przewidzenia, bo są zamknięte tylko wtedy, kiedy nie mam kluczy. Ech, rzeczy martwe mnie nienawidzą. Wszedłem do mieszkania, odwiesiłem kurtkę. Wszystko było tak samo, ale inaczej. Drzwi sypialni były uchylone, w środku paliło się światło. Ale... JAK?! Ja wychodziłem ostatni i żadne światło się wtedy nie paliło. A teraz się pali. Poszedłem to sprawdzić. Zajrzałem do pomieszczenia i mało nie zszedłem na zawał. Na łóżku siedziała Ingrid. Myślałem, że to tylko moje przywidzenie, że jednak jestem pijany. Ale nie, to się działo naprawdę.
 - Wszystkiego najlepszego - odezwała się.
Nie panowałem nad sobą kompletnie. Podszedłem do niej i padłem na kolana przed łóżkiem.
 - Jak..? Skąd..? - wybełkotałem.
 - Naprawdę myślałeś, że ominęłabym twoje urodziny? - zaśmiała się. - No wstawaj, powtórzymy to, co robiliśmy wczoraj.
Patrzyłem jej w oczy przez dłuższą chwilę. Czy jest na tej planecie szczęśliwszy człowiek ode mnie?

Duff:
 - Kocham cię, stary... - wybełkotał Slash.
 - Ja ciebie bardziej! - odpowiedział Steven.
Zaczęli się kłócić który kogo kocha bardziej. Przerwali dopiero, kiedy sytuacja zrobiła się gejowska. Z jakimi kretynami ja żyję, no nie mogę... No ale dobra, tym razem im wybaczę, wypili jakieś cztery butelki różnych alkoholi (po cztery dla każdego, rzecz jasna). Mają prawo być pijani. Razem ze mną tej sytuacji przyglądała się Angela. Chyba tylko Adler może uważać, że jest jakoś wybitnie piękna. Ach, jeszcze Axlowi się podoba, ale ona nie ma za grosz gustu. Angie jest, hm... przeciętnej urody, tak, to dobre określenie. Może jutro, jak wytrzeźwieję, będzie ładniejsza. Chociaż zwykle w takich sytuacjach dziewczyny stają się brzydsze. Cholera. Dobra, chuj z tym, nie zaszkodzi z nią pogadać. Jeśli oczywiście się da, bo chyba też już swoje wypiła. Siedziała z głową opartą o moje ramię.
 - Ej, Angie?
 - No?
 - Żyjesz? - wiem, wiem, sensowne pytanie, nie musicie mnie chwalić.
 - Nie bardzo, a ty?
 - Zdycham. Może odprowadzić cię do domu? - od kiedy jestem taki wspaniałomyślny?
 - A ja wiem. Chyba nie dasz rady tam dojść.
 - A ty to niby dasz? Poza tym, jestem mniej pijany niż ty.
 - Nie jesteś - stwierdziła.
 - No dobra, nie jestem, ale mam większą tore...tolel... torel... to-le-ran-cję - ech, nigdy nie potrafiłem tego wypowiedzieć po pijaku - na alkohol niż większość ludzi.
Prychnęła lekceważąco.
 - Proooszę cię, wypiłam dziś trzy butelki wina i jedną wódki. Widać po mnie?
 - No... Niby nie, ale chyba jednak nie jest bezpiecznie wracać takiej dziewczynie jak ty, po nocy, samej.
Zamilkła na chwilę.
 - Po prostu liczysz, że dokończymy po drodze, co zaczęliśmy w kiblu, prawda?
 - Jestem aż tak przewidywalny?
Zaśmiała się. Ostatecznie wyraziła zgodę, bym jej towarzyszył w drodze do domu. Nie miała z tego baru daleko. Kilka minut, jeśli się znało skróty. A ona znała, tylko zapomniała, bo była pijana. Zabłądziliśmy kilka razy. Cały czas śmialiśmy się nie wiadomo z czego. Boże, jakie to było pojebane! Dwóch pijaków, którzy zajmują całą drogę. Raz wpadłem przez to do rowu. Nie chciało mi się wychodzić, wierzcie mi. Angie próbowała mnie wyciągnąć, ale co może takie chuchro? Sama też wpadła do tej dziury. Leżeliśmy i opalaliśmy się pod księżycem.

wtorek, 22 kwietnia 2014

R. 3

Ingrid:
 O pierdolę, moja głowa... Gdzie ja w ogóle jestem? Nie miałam siły się jakoś szczególnie ruszać, więc obróciłam się tylko na drugi bok. A tam co? Izzy. No nie, teraz to chyba jednak wstanę. Udało mi się ustalić moje położenie geograficzne. Leżałam na podłodze, obok kanapy, u Izzy'ego w mieszkaniu. Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej. Pierdolę, co się stało z moim ubraniem?! Rozejrzałam się. Axl chyba nie wrócił. Nie znalazłam moich ukochanych, dżinsowych szortów, ale w okolicach okna wypatrzyłam bluzkę. Czy raczej to co z niej zostało. Boże, co my wczoraj robiliśmy? Udało mi się ogarnąć, że jest dopiero 15, więc stwierdziłam, że budzenie Izzy'ego nie ma większego sensu. Ubrałam się w pierwszą z brzegu koszulę. To jakiś pojebany zwyczaj, że zawsze rano kobieta ubiera koszulę swojego faceta? Nie, chwila, co ja bredzę? Izzy to nie jest mój... A może jest? Nie wiem. Ech, więcej z nim nie piję. No cóż, moja śpiąca królewna z nieznanych przyczyn się obudziła (to na pewno nie miało związku z tym, że przed chwilą jebłam pustą butelką o ścianę).
 - Jezu, Ingrid, co ty odpierdalasz? - zapytał zaspany.
 - Ja? A co my wczoraj odpierdalaliśmy?
 - O co ci chodzi? - jak zwykle nie ogarniał o czym mówię.
Wpatrywałam się w niego dłuższą chwilę.
 - Przeleciałeś mnie?
 - Nie! - prawie krzyknął, a potem dodał: - Nie wiem... Chyba nie... Nie pamiętam.
Kac morderca nie ma serca.
 - No to mamy problem, bo ja też nie - usiadłam na kanapie. - Ubrałbyś się może?
Rozejrzał się po mieszkaniu i zatrzymał wzrok na mnie.
 - Nie mogę, masz na sobie jedyną czystą koszulę... Czemu masz na sobie moją koszulę?
 - Odgarnij grzywkę z oczu i popatrz, co zostało z mojej - wskazałam na kawałek podartego materiału.
 - O cholera... Powiedz, że to nie ja!
Wzruszyłam ramionami. Izzy schował twarz w dłoniach.
 - Ja pierdolę, a tak się starałem...
 - No już, nie przeżywaj - powiedziałam i chciałam już zdjąć jego koszulę, ale mnie powstrzymał.
 - Pojebało cię?! Nie będziesz mi tu chodzić nago.
 - No ty tym bardziej nie. Poza tym, nie zjadłeś chyba mojego stanika, nie?
 - To nie jest śmieszne - mruknął.
 - Trochę jest - wyszczerzyłam się.
 - Zastanawiałaś się już, co powiesz starym? Bo mam pewną sugestię: - odchrząknął teatralnie - 'Moja kochająca, wyrozumiała rodzicielko, nastąpiły pewne okoliczności, które uniemożliwiły mi uczęszczanie do szkoły. Zostałam mianowicie zaproszona na szklaneczkę soku, jednakże po kilku minutach zamieniło się to w libację alkoholową. Jest mi niezmiernie przykro również z tego powodu, iż skorzystałam z noclegu udzielonego mi przez mego zacnego przyjaciela i nie przybyłam na tę noc do domu.' Co o tym sądzisz?
Facepalm.
 - Nie no, nie wierzę, że zdałeś maturę tylko na 2! - roześmialiśmy się oboje. - Nie mogę po prostu powiedzieć, że się schlałam w trupa i urwał mi się film? I dodać, że za 9 miesięcy mogę wrócić do domu z bachorem?
Zamyślił się, po czym stwierdził:
 - Nie. Tak jest niedostatecznie poetycko.
Przewróciłam oczami. Zdjęłam koszulę Izzy'ego, więc siedziałam w samej bieliźnie i zgadnijcie, co się wtedy wydarzyło (poza tym, że Stradlin wpatrywał się we mnie, jakby nigdy cycków na oczy nie widział)? Wrócił Axl. Zajebiście, nie? Dobrze, że miał problemy z otworzeniem drzwi, to się przynajmniej owinęłam kocem i schowałam za Izzym, ale co mi to da stanąć za takim patyczakiem? No właśnie.
 - Słuchaj Izzy, mam zaje... Co ty robisz z tą dziwką?! - krzyknął, kiedy już mnie zauważył.
 - Sam chciałbym wiedzieć - odparł Izz spokojnie. - Coś się stało?
Patrzył na mnie jeszcze chwilę, po czym zakomunikował radośnie:
 - Gramy koncert!
 - Co?! - krzyknęliśmy równocześnie.

*Kilka godzin wcześniej, Rainbow*

Axl:
 - Co ty tutaj robisz?! - usłyszałem słodki, melodyjny, wkurwiony głos.
 - No, wiesz... Ech, nastąpiły pewne zmiany w naszym planie i... A w ogóle ślicznie wyglądasz, wiesz?
 - O nie, nie, dzisiaj ci się nie uda - syknęła moja kochana dziewczyna. - To ja haruję jak wół, żeby jakoś wyżyć, a ty mi to wszystko przepijasz?!
Spuściłem wzrok.
 - Po pierwsze... - zacząłem cicho - dzisiaj stawiał Izzy... No a po drugie: co ty mi się tutaj z jakimś fagasem mizdżysz?!
Gina schowała twarz w dłoniach, jak to często robiła, kiedy nie pojmowała mojej głupoty.
 - To jest kierownik tego parszywego miejsca, kretynie. Próbowałam wam ustawić jakiś koncert.
Od razu się ożywiłem.
 - I co? Jak ci poszło? - dopytywałem się.
 - No cóż... - zrobiła pauzę - macie zabukowane poniedziałki.
 - Żartujesz?! Nie wierzę! - chciałem zacząć skakać ze szczęścia.
Poniedziałki to w sumie nie powód, żeby się cieszyć, zawsze jest wtedy najmniej osób, ale co tam! Mamy ten występ! Damy nasz pierwszy, zajebisty koncert, a wszyscy ci pojebani goście w garniakach, co zawsze siedzą z tyłu, zobaczą, jaki świetny zespół mają pod nosem. A potem podpiszemy dłuuugi kontrakt i wydamy mnóstwo płyt i...
 - Bill! Słuchasz mnie?
 - Nie - odparłem, po czym odpuściłem bar.
Gina coś za mną krzyczała, ale co tam. Na czym to ja skończyłem? A tak, od cholery płyt i każda laska będzie nasza. Coś jeszcze... Właśnie! Miliony na koncie, to jest to! Tylko najpierw musimy zagrać ten koncert... Damy radę, jak już mówiłem, przecież jesteśmy zajebiści. Zagramy Mama Kin, albo Nice Boys, albo... Tak! Pojedziemy z grubej rury i zagramy My Way Your Way! Tylko żeby się chłopaki nie naćpali zbytnio, bo jakoś ostatnio na próbach jak Izz skombinował 'trochę' koki, to Slash 'trochę' odleciał i 'trochę' nie dawał rady grać. Pierdolić go, mają wszyscy ci kretyni być perfekcyjnie przygotowani!
 Miałem iść do domu, ale wstąpiłem jeszcze do Michelle i zostałem dłużej... Ach, Michelle. Jakby ktoś kiedyś był przejazdem w LA i szukał sobie dziwki, to polecam Michelle. Izzy też ją lubi. I Adler. Duff też. A Slash to chyba najbardziej.

Izzy:
 Miałem taki sen, w którym pieprzyłem się ładnych pare godzin z Ingrid... Ja pierdolę, jakie to było zajebiste! Kiedy się obudziłem okazało się, że to chyba nie był sen. A obiecałem sobie, że do niczego nie dojdzie, no szlag by to trafił. Ona ma szesnaście lat, cholera, nawet dla mnie to jeszcze dziecko. Ja za to kończę jutro dwadzieścia trzy... Ech, jestem stary. Żaden normalny człowiek nie powie, że dwudziestotrzylatek jest osobą starą, ale biorąc pod uwagę ile już przeżyłem, to jednak młody nie jestem. A może jestem? Chuj wie. "Chuuuuuuj nie ma móóóóóózguuuu", usłyszałem w głowie głos McKagana. Zawsze tak mówi. A właśnie. Nie wiem, co ma do tego Duff, ale gdzie do cholery jest Axl? Bo chyba jakby wrócił do domu i zastał mnie z Ingrid w takich okolicznościach, to by nas obudził i się wkurwiał. Jak zwykle zresztą. Jak wtedy, kiedy została tutaj Marie... Odnoszę wrażenie, że Axl nie lubił żadnej z moich dziewczyn. A co jego to obchodzi z kim ja się rucham?! Jak tak o tym myślę, to on mnie wkur... Wywołuje negatywne emocje.
 Wracając do Ingrid, boję się myśleć, że to, co mi się rzekomo śniło, wydarzyło się naprawdę... Ale wszystko na to wskazywało. Podarłem jej bluzkę, a spodnie wyrzuciłem przez okno. Jakby tego było mało, spijałem z niej wino, co też pozostawiło swoje ślady. Moje ubrania również nie wyszły z tego cało. Udawałem, że nie pamiętam niczego. Po co mam jej to mówić? Może z czasem sama sobie przypomni, może nie. Tak czy inaczej, nie wydaje się bardzo przejmować ewentualnością utraty dziewictwa w wieku lat szesnastu.
 Moje przemyślenia (Jezu, od kiedy ja myślę?) przerwał powrót Axla. Ingrid owinęła się w jakiś koc, bo wcześniej, mimo moich protestów, zdjęła koszulę i siedziała w samej bieliźnie. Rose się oczywiście wkurwił, ale po chwili ochłonął i zakomunikował, że gramy koncert.
 - Stary, co ty brałeś? O jakim koncercie bredzisz? - zapytałem spokojnie.
 - Nic nie brałem, gramy koncert! - oburzył się. - Gina przekonała kierownika Rainbow, żeby nam pozwolił grać w poniedziałki.
 - Mówisz poważnie?
Skinął głową i nienawistnie wpatrywał się w skuloną za mną postać. Ingrid schowała się jeszcze bardziej, usiłując uniknąć jego wzroku. Jak zwykle nic nie mogłem na to poradzić. Kiedyś spytałem Axla czemu tak jej nie lubi.
 - Bo to dziwka. Złamie ci serce - odpowiedział.
 - Co? Od kiedy ty się martwisz o moje pieprzone serce? - zamilkł i to był już koniec rozmowy. Nie rozumiem go, nosz kurwa, nie rozumiem!
 Zasugerowałem Ingrid, żeby już poszła. Pojawiła się bardzo istotna kwestia mojego kretynizmu. W czym ona wróci do domu? Dlaczego rozszarpałem jej bluzkę i wywaliłem spodnie przez okno?! Tak serio, dlaczego? Nawet dla mnie to nie miało sensu. Ale cóż... pijany byłem, nie? Jeszcze niedawno u nas w mieszkaniu były jakieś damskie ubrania, a teraz jakimś magicznym sposobem się ulotniły. Szlag by to trafił. Nagle do mieszkania wbiła Gina. Miałem zamiar ją... wykorzystać. Wlepiła gały w Ingrid, jakby prawie naga dziewczyna to było u nas coś niezwykłego.
 - Gina, pomożesz nam? - zapytałem z nadzieją.
 - W czym?
Chwilę zbierałem myśli.
 - Ech, no bo widzisz... Jak wróciliśmy z Rainbow to byliśmy z deczka napruci i w ogóle... No... Nieważne, grunt, że Ingrid nie ma w czym wrócić do domu. Mogłabyś jakoś pomóc? Proszę...
Jako iż Gina Axlem nie jest, zlitowała się nad nami i pozwoliła wziąć jedną z sukienek, które kiedyś tutaj zostawiła. Ingrid cicho podziękowała i zniknęła za drzwiami pokoju Rose'a. Odpaliłem Ginie działkę koki za pomoc. Chwilę potem wyszła i zabrała Axla. Ingrid wyłoniła się z pokoju w niezbyt dopasowanej sukience, bo była jednak trochę drobniejsza od Giny. Cholera, jej we wszystkim ładnie.
 - Idziemy? - zapytała cicho.
 - Jasne.
Wziąłem ją pod ramię i odprowadziłem pod same drzwi jej domu. Kiedy byliśmy na jej ulicy zatrzymała się.
 - Izzy... - zaczęła - wiem, że jutro są twoje urodziny, ale... Wątpię, żebym miała jakiekolwiek szanse wyrwania się z domu - to powiedziawszy zaczęła mnie całować. Staliśmy na samym środku ulicy, na widoku, ale co mi tam! Kiedy skończyliśmy Ingrid westchnęła tylko i szepnęła:
 - Tak jest o wiele lepiej niż po pijaku.
Zaśmialiśmy się i ruszyliśmy dalej.

Slash:
 Siedzieliśmy u nas w mieszkaniu i we trójkę zdychaliśmy. Nie wiem czemu Popcorn też, bo teoretycznie tu nie mieszka. Zamieszkuje ze swoją Jessicą jakąś dziurę w szemranej dzielnicy, a i tak wiecznie u nas przesiaduje. No ale co poradzić, jesteśmy za niego odpowiedzialni, to w końcu nasz pudel, yep? A jak już jest, to się przynajmniej do czegoś przydaje. Nauczyliśmy go przynosić piwo, zapamiętał na którym kanale są pornole... Ogólnie to bardzo grzeczny piesek, tylko żeby jeszcze tyle nie nawijał! Wkurzające, wkurzające w cholerę. Nie no, żartuję, Adler jest zajebisty. Ale nie jak się ma kaca, no proszę, ile można?! Nosz kurwa, a mogłem tę noc, ten ranek i to popołudnie spędzić z Jolene! Dałem za wygraną i teraz pewnie Izzy ją zgarnął. Ech, jestem słaby.
 Wyszliśmy z baru i zniknęliśmy w ciemnym zaułku. Izzy szukał jakichś prochów, bo jak zwykle zaginęły w jego kurtce. Jolene do mnie podeszła i zapytała, czy nie mógłbym iść.
 - Dlaczego..?
Westchnęła.
 - Nie ważne - zaczęła mnie całować. Trochę trwało, zanim się od niej oderwałem. - Kiedyś ci się odwdzięczę, obiecuję.
 - Noo... - pocałowałem ją jeszcze raz. - Dobra.
Cholera jasna! Tak łatwo się mnie pozbyć. Nie pozostawało mi nic innego jak wrócić do domu i się schlać do nieprzytomności. Ledwo przekroczyłem próg i poszedłem po butelkę Danielsa, a dwa blond pudle zaległy na kanapie. Znaczy się jeden na kanapie, drugi na podłodze. Ech... Mi pozostała sypialnia, ale jaki z niej pożytek, jak się nie ma kobiety. Odłożyłem whisky na stolik nocny, zarzuciłem na siebie kurtkę i poszłem sobie jakąś sprowadzić. Najpierw odwiedziłem Michelle, ale kiedy stałem pod jej drzwiami, usłyszałem, że jest zajęta. Trzeba dodać, że zajęta Axlem, och shit, Gina się wkurzy. Dobra, Michelle odpada to może... Hmm, jej siostra? Jest trochę młodsza, ale co tam. 'Trochę' znaczy, że ma 15 lat. Chuj z tym, jest zajebista, więc w czym problem? Przeszłem pare metrów korytarzem i zapukałem do innych drzwi. Otworzyła mi śliczna, młodziutka brunetka.
 - Cześć Saul - uśmiechnęła się słodko.
 - Masz czas? - zapytałem.
 - Maam, wejdziesz? - puściła do mnie oczko.
 - Jeszcze pytasz?
Zostałem u niej trochę... Wyszedłem koło południa. Axl nadal był u Michelle. Wróciłem do domu, Daniels grzecznie czekał na mnie na nocnym stoliku. Dobrze, że ten pudel, z którym mieszkam woli wódkę. Położyłem się i wreszcie zasnąłem. Coś koło 3 z wielkim hukiem wbili Axl i Gina i zakomunikowali, że w poniedziałek gramy koncert. Axl zabronił ćpać. Żeby tego małego, rudego człowieczka piekło pochłonęło! Pieprz się, nie będziesz mi mówić co mam robić! Będę chciał się naćpać to się naćpam i chuj!
 - Ej, czy ktoś nie zapomniał o innej ważnej rzeczy? - odezwał się Duff.
 - O czym mówisz? - zapytał Axl.
 - No wiesz... Jutro? - nikt nadal nic nie ogarniał. - Jutro są urodziny Izzy'ego wy tępe chuje!
 - Wypraszam sobie - fochnęła się Gina.
 - Dobsz, tępe chuje i tępa cipo - mruknął McKagan.
Miał fart, że go nie usłyszała.

piątek, 18 kwietnia 2014

R. 2

Slash:
Znacie takie uczucie, kiedy ktoś zamiesza wam w głowie? Język się plącze i cokolwiek byś nie powiedział, zabrzmi głupio i bezsensownie. Tak, to była właśnie taka sytuacja. Kiedy tylko zjawiła się Jolene poczułem się, jak jakiś niedoświadczony gimnazjalista. Nie potrafiłem zachowywać się przy niej normalnie. JA! Saul Hudson, który w ciągu swego dwudziestoletniego życia zaliczył już więcej lasek niż wielu znacznie starszych. Jezu, czułem się przy Jolene tak głupio, że od razu włączył mi się mechanizm obronny. Schowałem się pod moimi zajebistymi loczkami, tak żeby mnie nikt nie widział. Zwykle taka akcja dawała +50 do niewidzialności, ale jakoś nie wtedy. Jolene wpatrywała się we mnie jeszcze częściej, kiedy się ukryłem. Zaprzestałem tego działania, bo nie miało sensu, a tak przynajmniej mogłem bezkarnie się na nią gapić. Nie wiem czemu, ale bardziej interesowała się Duffem. Nie, nie podobało mi się to. W niektórych chwilach chciałem wydrapać tej farbowanej blond żyrafie oczy, ale pocieszał mnie fakt, że Axl się nią nie zajmował, a Popcorna w ogóle nie zauważała. Jemu to nawet nie przeszkadzało, bo od paru tygodni nam się chwali 'jaka ta jego Jessica jest cudowna'. Raz zawinęliśmy go w dywan i wrzuciliśmy do wody, żeby się zamknął. Nie śmiać się, wam też za 21564856412 (badania wykazały, że każdemu normalnemu człowiekowi bez trzech promili alkoholu we krwi nie będzie się chciało przeczytać tej liczby) razem takiego powtórzenia by się zachciało rzygać. Jak już jesteśmy przy dziewczynie Adlera, to coś sobie wyjaśnijmy. Jessica jest tak samo wkurwiająca, tak samo wiecznie zadowolona z życia, tak samo niewyżyta i ma tak samo pudlowaty fryz. W skrócie: Popcorn umawia się ze swoim żeńskim odpowiednikiem. Nie sądziłem, że może istnieć drugi taki Steven, ale jak się okazało może i ma na imię Jessica. To niepokojące, że są tacy sami. No, prawie tacy sami. On ma cycki, a ona ma dywan. Albo odwrotnie, who cares.
A wracając do chwili obecnej, Jolene, Duffa, Rainbow, alkoholu i Malboro... Chwila, kto mi zajebał fajki?! Który pudel ma moje kochane szlugi?! Trąciłem ramię Duffa.
 - Stary, widziałeś moje fajki? - zapytałem cicho.
Popatrzył na mnie zdezorientowany.
 - Wziąłeś je w ogóle ze sobą?
 - No wziąłem, przecież dawałem Izzy'emu...
Wtedy nastąpił Duffowy facepalm.
 - Ja pierdolę, stary, weź się obudź, to on tobie dawał.
Jolene się zaśmiała. Chciałem zapaść się pod ziemię! Święty Hendriksie, dlaczego wychodzę przy niej na takiego idiotę?! Miałem nikłą nadzieję, że ta butelka (druga butelka, trzeba dodać) whisky, którą właśnie kończyła skutecznie wymaże jej ten incydent z pamięci.
 - Izzy, masz może jakieś prochy? - usłyszałem.
 - Nie powinnaś chyba brać... Trochę wypiłaś i w ogóle...
 - No co ty, mi nie dasz?
Uśmiechnęła się słodko. Izzy też człowiek, zmiękł.
 - Jak ty mnie wykorzystujesz - powiedział sarkastycznie, kiedy wstawali.
 - A to jeszcze nie szczyt moich możliwości - puściła do niego oczko.
Po chwili wahania Izzy spytał:
 - Slash, idziesz z nami?
Ucieszyłem się cholernie. Bądź co bądź, łatwiej zaliczyć naćpaną laskę. Próbując ukryć emocje rzuciłem tylko:
 - Ja bym nie poszedł?

Izzy:
Okazało się, że tylko Axl jest sceptycznie (mądre słowo) nastawiony do Ingrid. Reszta ją polubiła, nawet za bardzo. Slash gapi się na nią jak na kawałek mięsa. To, że tyle uwagi poświęca McKaganowi też niezbyt mi się podoba, ale jakoś to przeboleję. W pewnej chwili Ingrid wzięło na dragi. Ha! Nareszcie mam władzę. No cóż, nie trwało to długo, bo jakoś tak też poczułem chęć zażycia środków odurzających (nawalenia się). Wyszliśmy na dwór we trójkę: ja, Ingrid i Slash. Oczywiście wolałbym wersję bez Hudsona, ale bałem się, że mogę posunąć się za daleko sam na sam z moją kochaną 'przyjaciółką'. Dziwne, bo ćpaliśmy w swoim towarzystwie już z pierdylion razy. Dopiero tego wieczora ogarnęło mnie uczucie, że może mnie ponieść. Ale gdyby tak jednak pozbyć się Slasha... Nie, stop! To tylko moja przyjaciółka, tylko przyjaciółka... Jebać to, jest zajebista.
 Byliśmy za Rainbow, w jakiejś ciemnej uliczce. Poszperałem po wszystkich kieszeniach w poszukiwaniu jakichś prochów. Cholera, wiem, że coś zabrałem, ale gdzie to jest? Nagle poczułem na sobie drugą parę rąk.
 - Może ci pomogę? - zapytała Ingrid figlarnie.
Rozejrzałem się.
 - Gdzie, do chuja Pana jest Slash?
 - Aaa, poszedł gdzieś... - powiedziała, po czym mnie pocałowała. Odepchnąłem ją niechętnie.
 - Jesteś pijana - powiedziałem w końcu.
 - To chodźmy do twojego mieszkania - nie dawała za wygraną. - Tam nie będę.
Chciałem mimo wszystko wysłać ją do szkoły, ale skoro tak się rozwija sytuacja... Nie, nie wydaje mi się to dobrą opcją. Najwyraźniej jestem pieprzonym egoistą.
 - Będziesz, ale i tak chodźmy.
 - No, nareszcie.
Chyba źle oceniłem jej trzeźwość, bo naprawdę była całkiem świadoma i nie sprawiała wrażenia nachlanej. Ach, ta norweska krew. Wziąłem ją pod ramię i ruszyliśmy w stronę mego zacnego mieszkania. Dotarliśmy tam w rekordowym czasie. Która mogła być godzina? Cholera, żeby tylko Axl nie wrócił za szybko... Staliśmy pod drzwiami, kiedy uświadomiłem sobie, że nie mam kluczy.
 - I co teraz? - zapytała Ingrid całkiem przytomnie. - Zaczekamy na Axla?
 - Nie no, coś ty... - starałem się sprawiać wrażenie, że panuję nad sytuacją.
Nie miałem najmniejszej ochoty wracać się do chłopaków, ani tym bardziej czekać aż wrócą. Na klatce było zimno, więc wielkodusznie oddałem Ingrid moją kurtkę, żebym to ja zamarzał, a nie ona. Po kilku minutach uświadomiłem sobie pewien fakt. Podszedłem do sąsiednich drzwi i zapukałem. Ingrid przytuliła się do mnie (w niewiadomym celu). Trochę to trwało, ale sąsiadka raczyła otworzyć drzwi.
 - Czego chcesz, pijaku? - można się chyba domyślić, że nie darzy mnie sympatią.
 - Przepraszam, że tak późno panią niepokoję... - powiedziałem z miną niewiniątka. - Mój współlokator gdzieś sobie poszedł i nie mam kluczy...
Popatrzyła pogardliwie na Ingrid.
 - A ona to kto? Za młoda na dziwkę. Chociaż, cholera tam wie, co się z tą dzisiejszą młodzieżą dzieje...
 - To moja kuzynka, proszę pani. Dopiero co odebrałem ją z lotniska.
Baba jeszcze raz zmierzyła nas spojrzeniem, po czym zniknęła w głębi mieszkania. Wróciła z moimi kluczami. Wiedziałem, że to się wreszcie na coś przyda.
 - A jeśli usłyszę chociaż jeden dźwięk, to mówię ci Stradlin, nie pomieszkasz tu długo - zatrzasnęła drzwi.
Ledwo udało nam się stłumić śmiech.
 - Otwórz to cholerstwo, jesteś chyba mniej pijana - poprosiłem, gdy nie mogłem trafić w dziurkę (bez skojarzeń) od klucza.
Jej też nie udało się za pierwszym zamachem. Postaliśmy tam jeszcze chwilę, ale ostatecznie dostaliśmy się do środka. W mieszkaniu było wręcz nieskazitelnie czysto (czytaj: na żyrandolu nie było ŻADNYCH staników). Ingrid była cholernie podjarana, a ja nie chciałem jej tknąć. Całowaliśmy się, ale do niczego więcej nie doszło. Pierdolę, no tylko Izzy Stradlin tak potrafi. Naprawdę myślałem, że coś między nami zajdzie, ale...
 Nie żeby było ze mną coś nie tak, po prostu szanuję kobiety. Zwłaszcza kobiety, które jeszcze nie są całkiem kobietami... No właśnie. Ingrid kiedyś powiedziała, że jeszcze nigdy się z nikim nie pieprzyła. No i to była ta bariera. Przecież, jakby nie patrzeć, była wtedy pijana, nie wiedziała co robi. Nie, to nie jest łatwe zatrzymać się na starcie, kiedy sobie uświadamiasz, że nie możesz. Ingrid usiadła zrezygnowana na kanapie.
 - Napiłabym się jeszcze - powiedziała z uśmiechem.
 - W sumie czemu nie.
Więc wyszło na to, że schlaliśmy się jeszcze bardziej i, przyznaję bez bicia, urwał mi się film... No cóż, zdarza się, nie?

Steven:
Szkoda, że nie ma dziś Jessici. Jolene jest świetna, ale czuję się nie fair wobec mojej dziewczyny. To, że Jess jest teraz w pracy i haruje, żeby nas utrzymać, a ja chlam sobie z chłopakami też nie jest dobre, ale cóż. Boję się nawet odezwać do Jolene, żeby nic się nie ztentegowało... Ja pierdolę, jaki ze mnie pudel, przecież już nie raz zdradziłem Jess (nie, ja się nie chwalę...) i jakoś to przeżyła. Żyjemy w otwartym związku, no nie? Ona też mi nie jest wierna. Czyli to nie przez nią. Dlatego, że to prawie dziewczyna Izzy'ego? No niby też tak można, ale pannę Duffa przeleciałem bez oporów... Cicho, on o tym nie wie. No to kurwa czemu?! Może dlatego, że jest poza moim zasięgiem? Bo coś mi się zdaje, że ona jest Izzy'ego. Ciekawe, kiedy nam o tym powiedzą...
A wracając do Jess, ciekawe ile razy ona mnie zdradziła. Powiedziała mi tylko raz, ale czy było tego więcej? Bo ja ją chyba zawsze informuję, albo sama się domyśla, jak się zaszywam gdzieś na noc. Jak mówi, że jej to nie przeszkadza, to czemu mam sobie odmawiać przyjemności? Zawsze to lepiej przelecieć jakąś dziwkę, niż naprzykrzać się Jessice, bo ją to czasem wkurwia. A ja nawet pamiętam taki piękny dzień, kiedy Jess chciała spróbować czegoś nowego i przyprowadziła na wieczór swoją przyjaciółkę... Nie, stop, to nie historia dla dzieci, so sorry. Może innym razem.
 - Adler! Pudlu pierdolony, jesteś tam? - usłyszałem.
 - A gdzie mam być? - zapytałem nic nie ogarniając.
 - Zauważ, że usiłuję ci coś powiedzieć od kilku pieprzonych minut.
 - Serio? Cholera, a gdzie ja byłem?
Duff się załamał.
 - Ja jebię... Siedzisz tutaj, z wywalonym ozorem, i gapisz się w sufit, wiesz? - patrzyłem na niego i nawet nie wiem czemu się uśmiechałem. - No dobra, never mind, idziesz do mnie?
 - Coś mi proponujesz?
 - Nie, po prostu nie dojdę do domu o własnych siłach, a Slash się gdzieś ulotnił.
Rozejrzałem się.
 - W sumie mogę iść. Ale po schodach... Chyba nie damy radę po schodach na piechotę.

Axl:
Nie no, nie wierzę. Czemu ci wszyscy kretyni tak polubili tę dziwkę?! No brak mi słów. A ja oczywiście wyszedłem na tego złego. Bo co? Bo powiedziałem im, że to kurwa? Może. I co z tego? Przecież mam rację. Mam pieprzoną rację, a oni niedługo się o tym przekonają. Slash się do niej ślini, aż się niedobrze robi, o Duffie już nie wspomnę. Chyba tylko Adler jest normalny, ale wyłącznie ze względu na Jessicę. Gdyby nie ona, zapewne też by się zachowywał jak te pojebane pudle. No co oni wszyscy w niej widzą? Wygląda całkowicie przeciętnie, gdyby nie te jej rude włosy byłaby jak każda inna. A jednak oni wszyscy mają jakąś schizowatą obsesję na jej punkcie.*
Nie wierzę, że jest święta. Na pewno ma swoje małe grzeszki, a kiedy Izzy się o nich dowie... Uśmiechnąłem się złowrogo. Jakby nie patrzeć, Izz to mój przyjaciel, więc nie pozwolę, żeby się prowadzał z taką... taką... Nie potrafiłem znaleźć odpowiedniego określenia. W tamtej chwili poczułem, że Slash wstaje i sobie idzie. Z Izzym i tą dziwką. Jakąś godzinę później, zataczając się, jakżeby inaczej, z baru ulotnił się Popcorn, ciągnąc za sobą Duffa. Pierdolę, nie zostawiajcie mnie tutaj! Chciałem tak krzyknąć, ale jakoś mi się nie udało. Nie chciało mi się też za nimi iść. Znaczy chciałem, ale na mojej drodze do wolności stał stolik, którego za cholerę nie chciało mi się omijać. Każda próba wstania kończyła się lekkim jebnięciem o blat, ewentualnie podłogę. To chyba przez ten alkohol. Taa, trochę wypiłem, przyznaję, ale... Co do cholery?! NIE! Niech to będzie tylko moja pierdolona wyobraźnia! Ale to nie była wyobraźnia, o czym przekonałem się parę sekund później.

* Z serii 'Jak Axl widzi poszczególnych ludzi' Część pierwsza - ładne dziewczyny, które jeszcze nie dały mu się przelecieć.