sobota, 10 października 2015

R. 10

Angela:
Miałam iść na koncert. Ale zostawić Ingrid? Po tym co się stało między nią a Izzym mam iść na koncert chłopaka, przez którego moja przyjaciółka cierpi? Ha. Nigdy. Nie mam nic do Stardlina, bo nadal jest tą osobą, z którą można normalnie pogadać. Ale chociaż parę dni muszę udawać obrażoną, prawda? Dla Ingrid. Próbuję się do niej dostać, ale ni w chuja nie idzie. Zamknęła się w pokoju i nie otwiera. A jej starzy mają to w dupie. Nosz kurwa. Obeszłam dom dookoła i stanęłam pod oknem mojej przyjaciółki. Podniosłam jakiś mały kamyk i rzuciłam nim w szybę. Zero reakcji. Nie to nie, łaski bez. Wejdę sama. Jako iż okno było uchylone stwierdziłam, że przecież też się da wejść. Wgramoliłam się na parapet i jakimś niezrozumiałym sposobem otworzyłam okno. Wlazłam do środka. Ingrid leżała skulona na łóżku. Cholera. Dlaczego ja. Nosz kurwa. Nie umiem pocieszać ludzi. Po prostu nie umiem. Powinnam przynieść jakieś prochy. Chwila, przecież przyniosłam. Usiadłam na brzegu łóżka i poszperałam po kieszeniach. Wcisnęłam jej w dłoń woreczek z białym proszkiem. Pierwszy raz odkąd przyszłam wykazała jakąś oznakę życia. Podniosła się. Niemiłosiernie wolno, ale jednak. Była cieniem człowieka, prawie nic nie zostało z mojej nierealnej, pełnej chęci życia przyjaciółki.
- Nie chcę tego - szepnęła ledwo poruszając ustami.
- Pomoże ci.
- Nie. Nie pomoże, zabieraj.
Wpatrywała się we mnie intensywnie. Prawie jej uwierzyłam. Prawie.
- Posłuchaj, załatwię, że znowu będziecie razem, jasne? Wszystko się ułoży. Porozmawiam z nim. Ale na razie to wszystko co mogę zrobić. - Potrząsnęłam wymownie woreczkiem.
Pokręciła głową.
- Nie rozumiesz, że to właśnie przez narkotyki? Nie zamierzam tego brać nigdy więcej. Nigdy.
Zapadła niezręczna cisza. Nienawidzę niezręcznej ciszy. Czy naprawdę można być tak zakochanym, żeby rzucić dragi? Nie ogarniam tego.
Przez następne dwie godziny próbowałam ją odciągać od tematu, ale jestem tylko człowiekiem. Wyszłam coś około 23. Chłopaki jeszcze grają. Załapię się na końcówkę. Trochę mi jednak głupio, bo obiecałam być. W końcu to ważny występ jest. Był? Whatever. Oni i tak tam dalej chleją. Poleciałam tam na skróty, a po drodze podarłam spodnie. Nigdy więcej nie idę przez krzaki. Wchodząc do baru potknęłam się o próg. Zaje-kurwa-biście. Chłopaki zajmowali ten sam stolik co zwykle. Usiadłam na przeciwko Slasha. Na miejscu Izzy'ego. Właśnie, where's Izzy?
- Nasza królewna raczyła się zjawić! - rzucił wkurzony Axl.
- Ej, odpierdol się od niej! - to był Duff.
Dopiero teraz odważyłam się na niego spojrzeć. Borze szumiący, jaki on jest przystojny! W scenicznych ciuchach, z tymi cudnymi blond-czarno-czerwono-niebieskimi włoskami, które wpadały mu w te jego śliczne, błyszczące oczy... Nie, stop! Dlaczego ja to sobie robię?! Jęknęłam cicho, kiedy mój zjebany mózg pokazał kilka obrazów z wczorajszego wieczoru, a następnie to co MOGŁO się stać.
- Angie, wszystko w porządku? - zapytał swoim kojącym głosem.
- Mhm... - Zagryzłam dolną wargę.
Wszyscy wlepili we mnie gały. Axl wyglądał na mniej zdenerwowanego, Duff patrzył na mnie wręcz zatroskany, Slash się schował za włosami, ale czułam na sobie jego wzrok, a... Kto to do cholery jest? Dobra, a jakiś koleś trzymający pałeczki perkusyjne wyglądał, jakby chciał mnie zabić. Co do jasnej kurwy się tu dzieje?
- Hej, gdzie Steve i Izzy? - zapytałam.
Cisza.
- Zadałam pytanie.
- Eghem... Bo wiesz, tak się złożyło... Popcorn gdzieś się ulotnił a tego... No.
- A Izzy?
Axl szturchnął Slasha w ramię, żeby mówił dalej.
- Izzy? Zabawna sytuacja, uśmiejesz się! No więc... No bo tego... Przed koncertem stwierdziłem... Ha, ha! Że go nie potrzebujemy.
- I co niby miało być w tym śmiesznego? - rzuciłam lekko poirytowana.
- Chyba tylko owe "ha, ha" które wstawiłem...
Z początku nie ogarniałam sytuacji, ale chwilę potem wszystko mi się rozjaśniło. Ci debile wywalili jedyną myślącą osobę. Bez obrazy, nie chodzi mi o to, że z resztą jest coś nie tak, po prostu Izzy był jedynym racjonalnie myślącym. Cholera! Położyłam Duffowi głowę na ramieniu. Tak jak tego dnia, kiedy się poznaliśmy. Czułam się przy nim w jakiś sposób bezpieczna.
 Kiedyś, kiedy byłam mniejsza, dużo mniejsza, mieszkałam jeszcze z rodzicami, bałam się burzy. Zawsze byłam przerażona, kiedy usłyszałam grzmot. Chowałam się pod stołem albo łóżkiem. Wtedy przychodził mój brat i właził pod ten stół razem ze mną. Zapewniał że nic mi się nie stanie, że tutaj nic mi nie grozi. A kiedy już faktycznie deszcz ustawał całował mnie w czoło i mówił "kocham cię, siostrzyczko".
 Czuję teraz dokładnie to samo, co wtedy. Bezpieczeństwo, ciepło. Ugh, to głupie. Nie wiedziałam, że jestem taka sentymentalna. Głupia i sentymentalna. Muszę przestać.
Steven:
- Czy przyznaje się pan do dokonania zarzucanych czynów?
- Nie.
- Zaprzecza pan, jakoby był dnia 4 czerwca 1985 roku w barze Rainbow Bar & Grill?
- Nie.
- Czyli był pan tam?
- Byłem.
- O której pan stamtąd wyszedł?
- Około 2. Wtedy zamykali.
- I gdzie pan poszedł po wyjściu?
- Nigdzie.
- To znaczy?
- Wyszedłem z baru i nigdzie nie poszedłem. Włóczyłem się po ulicach.
- Dlaczego?
Itp., itd... To jest nudne. Cholernie nudne. Moje pierwsze przesłuchanie, no proszę. W filmach wygląda to lepiej. Nie przesłuchiwała mnie żadna blond sex bomba z dekoltem do pępka, nie było żadnych bajeranckich sprzętów. Po prostu pokój z betonową podłogą, ścianami i sufitem. A i jeszcze jakaś gruba krowa w mundurze. Brr. To idiotyzm. W ogóle to uważam, że nie powinno się karać człowieka za takie błahostki. Władze to idioci. Sędziowie to idioci. Prezydent to idiota. Wszyscy ci biurokraci, złodzieje pod krawatami to idioci. Ale przynajmniej mnie wypuszczają. Jutro, ale wypuszczają. 3000$ grzywny i 120 godzin prac społecznych. Skąd ja mam wytrzasnąć 3 patole?! W dupach im się poprzewracało. No po prostu... A do tego dzisiaj miałem grać, mhm. Super. Nie dość, że mi dali tę jebaną karę, to jeszcze nie dają mi szansy zarobienia czegokolwiek. Ach, ten nasz system prawny...
Axl:
Ulotniłem się z tego baru, bo zrobiło się dosyć niezręcznie. Jak Angie się przykleiła do Duffa... Ugh, to było po prostu niesmaczne. Już z daleka widziałem, że światła w naszym salonie są zapalone. Dobrze, Izzy jest w domu. Muszę z nim porozmawiać. Taaa. Ciekawe co mu powiem. Stałem przed wejściem na klatkę schodową, kiedy drzwi się otworzyły i dostałem w nos. Auć.
- Cholera, przepraszam! Nie zauważyłem cię - powiedział pełen przejęcia osobnik wychodzący.
- To nic - uśmiechnąłem się krzywo. Mam nadzieję, że nie zacznę krwawić... - Dokąd idziesz?
- Przejść się.
- Mogę... się przyłączyć?
Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów.
- Um, jasne, czemu nie.
Trochę głupio to wyszło, że szedłem do domu, a nagle idę na jakiś pieprzony spacer. Ale w końcu nie miałem iść do domu, tylko do Izzy'ego.
Szliśmy bardzo, bardzo powoli. I w ciszy. Żaden z nas nic nie powiedział. Skręciliśmy w las. Dosłownie. Nie było tam ścieżki, tylko ściana drzew.
- Um, Iz, gdzie idziemy?
- Zobaczysz.
Znowu cisza. Nie do końca przekonany podążałem za nim. Przedzieraliśmy się przez krzaki i co najmniej trzy razy dostałem gałęzią w oko.
Wreszcie wyszliśmy na otwartą przestrzeń. Zatrzymałem się podpierając o drzewo i próbowałem ogarnąć to, co mam przed sobą. Niby zwykła leśna polanka, ale jednocześnie najpiękniejsze miejsce, jakie w życiu widziałem. Nie wiem, co w niej takiego było. Księżyc świecił tak cholernie jasno, ale nie był w pełni. Drzewa wydawały się tworzyć czarną kurtynę dookoła jasnego skrawka trawy. A na samym środku polany, wpatrując się w niebo leżał Izzy. Nie. Nie. Nie Izzy. Jeff. Podszedłem do niego powoli i położyłem się obok.
- Nie wiedziałem, że w LA są takie miejsca - powiedziałem cicho.
- Trochę jak w Indianie, prawda? Pamiętasz, jak leżeliśmy tak całą noc, kiedy wywalili się z domu?
Uśmiechnąłem się na to wspomnienie.
- Taak... Paliliśmy skręty na odstresowanie.
- Ale nie pamiętam co było dalej. - Zaśmiał się.
A ja pamiętam. Pamiętam wszystko.
~7 lat wcześniej~
- Bill, nie rozumiem, dlaczego nie możemy po prostu iść do mnie? - zapytał zagryzając dolną wargę.
- Twoja mama mnie nie lubi. Poza tym, nie chcę sprawiać ci kłopotów. Możesz już iść, poradzę sobie.
- Chyba żartujesz.
- Naprawdę. Dam radę.
- Wiem. Ale zostaję z tobą.
- Ale...
- Bez dyskusji.
Był stanowczy. Tak naprawdę cieszyłem się, że zostaje. Byłem śmiertelnie przerażony i nie wiedziałem co robić. No bo co ja mogę?
Robiło się ciemno. W sumie było już ciemno. Leżeliśmy na tej polanie rozmawiając o wszystkim, o czym mogliśmy, o tym o czym nie mogliśmy zresztą też.
- Hej, Billy - zagadnął po chwili milczenia.
- Hmm? - podałem mu jointa.
- Całowałeś się kiedyś? - zapytał zaciągając się.
- Co? - zaśmiałem się nerwowo. - Co to w ogóle za pytanie?
- No wiesz. - Wziąłem od niego skręta. - Zawsze jak cię o to pytam zmienisz temat. Więc?
- Jeff, to nie twoja sprawa.
- Czyli nie. - Roześmiał się.
- Nie chcę o tym mówić.
- Czyli na pewno nie. W czym problem?
Odwrócił się w moją stronę, podpierając się na łokciu.
- W niczym. Po prostu nie jestem tak popularny jak ty i dziewczyny nie ustawiają się do mnie w kolejki - zażartowałem.
Wpatrywał się we mnie dłuższą chwilę. Wreszcie odwróciłem się w jego stronę.
- Masz ładne oczy - powiedział nagle.
Uśmiechnąłem się. Odgarnąłem mu włosy na bok, ale wciąż zasłaniały pół jego twarzy. Było między nami jakieś 20 centymetrów. W nadziei, że to tylko narkotyczna wizja przysunąłem się te 20 centymetrów. Nasze nosy się stykały.
- Jeff?
- Tak?
- Mam ochotę cię teraz pocałować.
Czy ja naprawdę to powiedziałem?
- Hmm, chyba musisz ustawić się w kolejce.
Nie czekając ani chwili dłużej zakryłem jego usta moimi. To był delikatny, miękki pocałunek. Nagle on przerwał, chwycił mój podbródek i spojrzał mi w oczy uśmiechając się. Tym razem nie był delikatny. To było namiętne i wręcz brutalne. Zamknąłem oczy. Czułem jego język w gardle. Moje serce biło szybciej niż kiedykolwiek. Chciałem więcej, ale nie mogłem więcej znieść. Oderwałem się od niego, żeby zaczerpnąć powietrza, nadal nie otwierając oczu. Ale on nie zamierzał czekać. Pochylił się nade mną. Poczułem jego język na mojej szyi. Jęknąłem i odchyliłem głowę do tyłu. Byłem pewny, że Jeff się uśmiecha.
- Podoba ci się to? - zapytał szeptem.
Nie mogłem wydusić z siebie słowa. Jego ręce były wszędzie. Nagle usłyszałem rozpinany zamek. Podniosłem powieki i zobaczyłem Jeffa odpinającego guzik moich spodni.
- Co ty...
- Ććsi... Spokojnie, kochanie. Pokażę ci tylko jak dziewczyny całują chłopców...
~Powrót do teraźniejszości~
A następnego dnia Izzy nie pamiętał nic z tego. Wtedy nie wiedziałem nawet co robię, ale podobało mi się to. Wiem, że Iz jest całkowicie hetero, zresztą tak jak ja. Nie jestem gejem. A mimo to...
- Możemy porozmawiać?
- W czym problem, Billy? - zapytał.
Zagryzłem dolną wargę, tak mocno, że poleciała krew.
- Jeff... Kocham cię.
Cisza.
- Um, ja też cię kocham, stary.
- Nie, ja cię KOCHAM.
- Tak, ja ciebie też.
- Nie rozumiesz mnie. Jestem w tobie ZAKOCHANY.
Szok malujący się na jego twarzy mówi sam za siebie.
- Ty więcej nie palisz - powiedział wolno i przydusił jointa do ziemi.
- To nic nie zmieni.
- Czy ty siebie słyszysz? Nie, nie kochasz mnie! Do jasnej kurwy, co ty...
W tym momencie go pocałowałem. Bronił się i wyrywał. Ale ja byłem silniejszy. Nie było w tym pocałunku NIC z delikatności, jaką Izzy wykazuje na codzień. Nic.
Slash:
Źle się czuję. Zostałem sam z Duffem i Angelą. Ona się do niego tuli, a on jej pozwala. Wyglądają jak para zakochanych. Za jakie moje grzechy. Przecież ostatnio jestem grzeczny.
- Hej, postawić ci drinka? - usłyszałem.
- Co? A, Dave, cześć. Siadaj.
Moja babcia kiedyś mawiała: wnusiu, pamiętaj. Na miejsce każdego wrednego rudzielca przychodzi inny, mniej wredny rudzielec.
Znaczące chrząknięcie po drugiej stronie stolika.
- Ach, tak. To jest nasz basista Duff. Dziewczyna do niego przyczepiona to Angela. A to jest Dave, wokalista i gitarzysta Megadeth.
Przywitali się, ale w sumie bez większego zainteresowania.
- Słuchaj, kto jest u was na wokalu? - zapytał Dave.
- Axl. Axl Rose. Przedstawiłbym ci go, ale się ulotnił.
- Znam go, tak w sumie. Można tak powiedzieć. Nie wiedziałem tylko jak się nazywa.
- To trochę dziwne. Jakby był dziwką to rozumiem, że by się nie przedstawił. Ale chyba nie jest?
- Chuj go tam wie. Ja go tylko raz podwiozłem do domu.

R. 11

Angela:
Ogólnie sprawy dziwnie się porobiły. Naprawdę dziwnie. Ale zacznijmy od początku, co? Siedzieliśmy w tym barze, ja, Duff i Slash, i zapadła niezręczna cisza. Chyba wypiłam troszkę za mało.
W każdym razie podniosłam się z kanapy, żeby sięgnąć po Danielsa, który stał po drugiej stronie stolika. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że moje cycki znalazły się na jednej linii z twarzą Duffa. A dokładniej jego twarz została w nie wciśnięta. Slash... Się trochę zirytował i szklanka, którą trzymał prysła.
- KURWA JEGO JEBANA MAĆ - syknął przez zaciśnięte zęby.
Saul odsłonił zranioną dłoń. Auć. Była cała pokrwawiona. Przez chwilę zastanawialiśmy się z Duffem co robić, ale Slash powiedział tylko, żebyśmy zniknęli mu z oczu. Ok, znaczy, że jest na nas zły. Nie ma sensu denerwować go jeszcze bardziej. Wyszliśmy.
- I co teraz? - zapytał Duff obejmując mnie ramieniem.
- Chodźmy do mnie.
Uśmiechnął się bardzo, bardzo, bardzo podejrzanym uśmieszkiem. Posłałam mu spojrzenie w stylu nawet o tym nie myśl.
- Cholera. Muszę wracać. Brat powiedział, że mnie sypnie, jeśli nie wrócę przed drugą. Mógłbyś coś dla mnie zrobić?
- Um. Tak?
- Zajrzyj do Ingrid. Żeby zobaczyć, czy nic sobie nie zrobiła.
- Jasne, czemu nie. Do zobaczenia jutro?
- Do zobaczenia dzisiaj, gwoli ścisłości.
Dał mi całusa w czoło i skręcił w krzaki, którymi wcześniej ja szłam do baru.
Cholera, dlaczego muszę jutro iść do szkoły. Ja pierdolę. A potem na jakiś idiotyczny rodzinny obiad. Dlaczego. Ja nie chcę. Za jakie moje grzechy.
"- Bądź grzeczną dziewczynką i nie narób nam wstydu. Wujek przyjeżdża bardzo rzadko, a do tego przywozi swojego syna...
- PIEPRZCIE SIĘ, TO NAWET NIE JEST MOJA RODZINA. WY TEŻ NIE."
Po czym nastąpiła dłuuuuuuuuga reprymenda pt. "Jak ty się odzywasz do rodziców". Czyli mniej więcej:
"- Ty gówniaro szacunku nie masz?! Pomiocie szatana! Przyjęliśmy cię pod swój dach i tak nam się opłacasz?! Będziesz się smażyć w piekle!"
Itp., itd.. Stanęło na tym, że mam szlaban do końca życia. Albo do osiemnastki. W sumie na jedno wychodzi. Dobrzy chrześcijanie, też mi coś. Najlepiej będzie znowu zmienić rodzinę. Wynieść się z tego miasta. Może nawet z Kalifornii. Nie pasuję tutaj. Za mało śniegu. Za dużo słońca. Za mało punku. Za dużo glamu. Nie przepadam za glamem. Niektóre zespoły jasne, czemu nie. Jestem zdolna do słuchania Motley Crue od czasu do czasu. Ale na przykład Poison? Bleh, za nic. Znaczy się jeszcze niedawno w miarę ich lubiłam, może dlatego, że znam wokalistę, ale potem Slash mi powiedział, że prawie do nich dołączył i od tego czasu towarzyszy mi dziwne uczucie podczas ich występów. Po prostu mnie to odrzuca.
Jakiś głos wewnątrz mnie każe mi się przenieść do Seattle. Miłe miasto. Brudne. I przede wszystkim muzyka. Tak, w Seattle to dopiero jest muzyka! Punk. Taki prawdziwy. No bo błagam, jakim punkiem można być w LA, krainie wiecznego słońca i kolorowych drinków z parasolką? Tutaj większość muzyków to upadli hipisi, albo marnie brzmiący glamowcy. Tak jest i nic nie nie można zrobić. Chłopaki to raczej ta druga opcja. Serio, wierzę, że mogą grać lepiej. I pozbyć się tego ohydnego, glamowego stylu. Damskie ciuchy, makijaż. Serio? Podobno Slash nie dołączył do Poison, bo nie mógł się przełamać, żeby nałożyć make-up. Ta, teraz mu to nie przeszkadza.
Przeszłam spory kawałek zajęta myślami podobnego kalibru, kiedy z transu wyrwał mnie krzyk. Dochodził zza drzew. Ok. Zaraz. Czy tylko mi się wydaje, czy to Izzy krzyczy..?
- NIE DOTYKAJ MNIE, ZBOCZEŃCU - dobra, może nie był to krzyk, tylko zdanie wypowiedziane podniesionym głosem. Definitywnie Izzy.
- DLACZEGO NIE POZWALASZ MI SIĘ POKOCHAĆ?! - yup, to był krzyk.
Wait. Axl? Czy coś mnie ominęło? Nie, musiałam sobie coś ubzdurać. To prawdopodobnie tylko jakiś koleś chce zgwałcić innego kolesia. Witamy w Los Angeles! Nigdy nie wiesz, co możesz zobaczyć!
Ale niestety to nie był zwykły gwałt. To był Izzy przygwożdżony do drzewa przez Axla. Cholera.
Duff:
Znowu nic się nie stało. Kurwa, minęło trochę czasu odkąd ostatnio miałem panienkę. Czyżbym tracił swój czar? Może czas zafarbować włosy? A może to przez nowe perfumy? Wiem, że ostatnio trochę przesadzam z makijażem - okej, jasne. Mam za krótkie włosy i ogólnie wyglądam jak gej - tak, już mi to łaskawie uświadomiono. No ale ej, w Seattle dziewczyny na to leciały. Ech. W LA żeby wyrwać laskę, trzeba samemu wyglądać jak laska. Zdarza się, że faceci noszą wyższe szpilki i więcej makijażu od babek. Trochę to żenujące, kiedy gapisz się rozmarzonym wzrokiem na Vince'a Neila. Nie, zamknijcie się, to było przez przypadek. Poza tym Slash próbował poderwać Sixxa. No właśnie o to mi chodzi. To po prostu... Niesmaczne. Jasne, my też to robimy, no ale kurwa mać, raczej nie da się nas pomylić z kobietami. No może Axla. Ale i tak trzeba być nieźle naćpanym. To przez te jego wystające kości. Zwykle nawet striptizerki mają więcej ciałka niż on. Takie ładne, kobiece striptizerki. Takie, które mają ciało jak Angie. Cholera.
Dobra, stop, o czym ja w ogóle myślę? Ingrid. Mam iść sprawdzić, czy żyje... Co kurwa? Która właściwie jest godzina? Pierwsza? Coś około tego. Może trochę później. To chyba kretynizm o tej godzinie pukać komuś do drzwi. Ale żadnego samochodu nie ma na podjeździe. Może po prostu wejdę. Wszędzie pali się światło. Przeszedłem przez korytarz i jadalnię. Kuchnia też jest pusta. Salon. Tak. W salonie, na kanapie, pod warstwą koców jest Ingrid. Nie widzi mnie. Jak może mnie nie widzieć.
- Ingrid?
Podskoczyła i gwałtownie odwróciła głowę.
- Co do jasnej kurwy ty tutaj robisz?
- Angie kazała wpaść sprawdzić, czy wszystko w porządku. A więc? W porządku?
Cisza.
- Nie. Nic nie jest w porządku. Absolutnie nic.
Cholera. Miałem nadzieję, że do tego nie dojdzie. Potem wszystko działo się tak dziwnie szybko. Wyszła z tych koców. Nago. Smokin' hot. Wyszło na to, że skończyliśmy razem. W łóżku jej rodziców. Cholera. Nie tak miało być. Ale tak się stało. No jasny chuj. Przynajmniej zaliczyłem. Jestem okropnym człowiekiem. Cholera, cholera, cholera...
Steven:
Miło wrócić do domu. Chociaż to w sumie nie mój dom. Whatever. Miło wyjść z aresztu. Nadal nie wiem skąd wziąć 3 patole. Może zostanę męską dziwką. To chyba bardziej opłacalne niż granie w niezbyt popularnym zespole. Zwłaszcza jeśli się jest perkusistą. My dostajemy najmniej. Chociaż nie, to niby nie tak. Podobno to działa na zasadzie: "Napisz piosenkę, dostaniesz forsę". NO KURWA PROSZĘ BARDZO, CHODŹ TUTAJ ZAROZUMIAŁY SKURWIELU, USIĄDŹ SOBIE ZA GARAMI, ZABIERZEMY CI WSZELKIE UMIEJĘTNOŚCI KOMPONOWANIA I PISZ SOBIE, NO DALEJ. Ja rozumiem, że grając na gitarze jest łatwiej pisać. Albo nie grając kompletnie na niczym. Ale ja tam jestem tylko dla stworzenia rytmu i żeby piosenka była... głośniejsza. Czy ktoś kiedyś słyszał, żeby jakiś koleś napisał miłosną pieśń dla swojej ukochanej i zagrał ją na perkusji? No właśnie. Więc no. Powinni się w ogóle cieszyć, że mają perkusistę. Cholera. No dobra, może ten zespół nie jest najlepszym przykładem, bo jest nas perkusistów tutaj trzech, ale i tak. Przecież na jednego napierdalającego w gary kolesia przypada średnio 198752 gitarzystów. Potwierdzone info. Ale nie, po co mamy płacić komuś, bez kogo nie moglibyśmy być zespołem rockowym, przecież to nic. NIECH PIEKŁO POCHŁONIE TEGO RUDEGO DYKTATORA. Chociaż nie, i tak by go nam oddali. Ugh. Ile razy miałem ochotę wsadzić go do autobusu i wysłać tam, skąd przyjechał. Zupełnie jak Metallica. Z tym, że oni się swojego rudzielca pozbyli, w przeciwieństwie do mnie. Powiedziałem o tym Slashowi, ale kazał mi siedzieć cicho i udawać, że wszystko jest ok. Ta. Duffowi też chciałem to uświadomić, ale zrezygnowałem. Pewnie i tak bym usłyszał tylko "biedny, zraniony Popcorn" i jakieś milutkie słowa wypowiedziane ironicznym tonem. Tak żeby mnie dobić. A podobno jestem lubiany.
Boże, pić mi się chce. Zostało mi ostatnie 20$. Nic się nie stanie, jeśli wydam je na wódę/Danielsa/piwo/cokolwiek innego co przykuje moją uwagę, prawda? Tak myślałem.
Slash:
Ja pierdolę, nosz kurwa jego jebana mać. Wszystko jest takie zajebiste. Wywalenie Izzy'ego było geeeenialnym pomysłem. Właśnie jak uszkodziłem sobie rękę dostrzegłem geniusz tego czynu. Poza tym brzmiało to obrzydliwie. Nasze utwory są napisane na dwie gitary, nie na jedną. Nie wiem jak mogłem o tym zapomnieć. To był jeden z najgorszych występów, jakie daliśmy. Nie wiem, może... może... Um... No co, myślicie że facetowi tak łatwo jest się przyznać do błędu? Dobra. Może myliłem się trochę sądząc, że dam radę samemu. I chyba muszę przeprosić Izzy'ego za takie twierdzenie. Z pewnością byliśmy beznadziejni bez niego, ale bez Stevie'ego też. Nawet nie wiem co za koleś z nami grał.
Ale za to opatrzyła mi rękę ładna kelnerka. Jak się okazało, była w trakcie kursu pielęgniarskiego. Lucy. Napisała mi swoje imię na opatrunku, zaraz nad swoim numerem telefonu. Chyba wpadłem jej w oko. Zresztą ona mnie też. A potem przyszła Minnie, druga kelnerka. Znam ją już od dłuższego czasu. Studiuje politykę. And the waitress is practicing politics. Ostatnio Axl z Izzym to grał. Może to dziwne, ale Iz śpiewał. Brzmiało wręcz magicznie. Boże, co się ze mną dzieje. Jestem miękki.
Usiadłem przy barze.
- Jak leci, Johnny? - rzuciłem do barmana.
- Po staremu. Co dla ciebie?
Zanim odpowiedziałem, podsunął mi szklankę whisky.
- Na koszt firmy, za rany odniesione w boju.
Now John at the bar is a friend of mine. He gets me my drinks for free. Cholera, ta piosenka naprawdę jest magiczna.