wtorek, 15 kwietnia 2014

R. 1


Ingrid:

Jechaliśmy z lotniska. Za 20 minut będziemy na miejscu. Miejscu, którego nigdy jeszcze nie widziałam. Miejscu, które od teraz ma być moim domem. Rodzice kazali mi rzucić wszystko; szkołę, przyjaciół  i pakować się, bo dostali wizę. ''Przeprowadzamy się do USA, kochanie. Kraju perspektyw i możliwości'' - tak mówili. To nie jest łatwe zostawić Norwegię za sobą. Byliśmy już w Los Angeles. Było tak gorąco, tak piekielnie gorąco! Ale było też pięknie. Nas swój sposób to głośne, brudne miasto, którego wtedy nienawidziłam, było piękne. Spalone słońcem ulice, palmy... Mama mówi, że tutaj nigdy nie pada śnieg. To dobrze, bo ja strasznie nie lubię śniegu. Tata zahamował. Dojechaliśmy. Patrzyłam na to, co miałam przed sobą: duży biały dom z ogródkiem. Był naprawdę ogromny, zawsze chciałam mieszkać w takim wielkim domu. Rodzice wysiedli z samochodu, zostawiając mnie z dwu letnią siostrzyczką. Wnosili nasze walizki. Mieliśmy ich naprawdę dużo. Wyszłam z auta. To było takie dziwne uczucie: znalazłam się tysiące kilometrów od domu, od miejsca, w którym się wychowałam, i które darzyłam swoistą miłością. I wtedy znalazłam się w Los Angeles. Tutaj, w Mieście Aniołów, powstał mój najukochańszy zespół, The Doors. W jednej sekundzie pokochałam to miasto. Zwróciłam twarz do słońca i byłam zwyczajnie szczęśliwa. I to szczęście nie opuszczało mnie przez długie lata.
To były akurat wakacje. We wrześniu posłali mnie do nowej szkoły. Miałam fart, bo mi odpuszczali z angielskiego. Wystarczyło udawać, że nie rozumiem co do mnie mówią. Znalazłam kilka osób wartych bliższego poznania. W szkole nie nazywali mnie Ingrid. Oczywiście na moją prośbę. Kiedy tylko znaleźliśmy się w USA to imię zaczęło mi się wydawać takie idiotyczne. Dla świata byłam Jolene. Ktoś to wymyślił, kiedy stwierdził, że odpowiadam opisowi z piosenki Dolly Parton.
''Your beauty is beyond compare
With flaming locks of auburn hair
With ivory skin
And eyes of emerald green''
Nie powiem, schlebiało mi to. Ale cóż, wszystko ma swoje minusy. Przez te moje szmaragdowe oczy, rudawe włosy i trupio bladą cerę wszyscy myśleli, że jestem z Irlandii. Tak, sama wtedy wolałam być Jolene niż Ingrid. Czasami śmiali się jeszcze z mojego nazwiska. Mówili, ze po angielsku ''Maiden'' oznacza tyle co ''dziewica''.
Jedyna rzecz, która się nie zmieniła, to moja miłość do poezji. To był mój wieczorny rytuał. Puszczałam płytę Doorsów, a jeśli to mi nie wystarczało, czytałam wiersze. Wtedy znowu byłam w domu. Przenosiłam się do Norwegii, nie było mnie dla nikogo.
Powoli wszystkie te pieprzone obowiązki i inne bzdety zaczynały mnie męczyć. Nie miałam już na nic siły, a egzaminy zbliżały się wielkimi krokami. Nie mogłam normalnie funkcjonować. Nawet moja przyjaciółka nie umiała mi pomóc. Czasami po prostu nie dawałam rady wstać z łóżka. Potrafiłam tak leżeć całymi dniami, aż w końcu rodzice zaczęli się chyba martwić, bo przyszedł lekarz. I to nie jakiśtam lekarz, tylko psycholog. A no chyba, że psychiatra, nie znam się. Pamiętam to jak przez mgłę. Po długiej rozmowie padł wyrok: ciężka depresja i cośtam jeszcze. Początki schizofrenii, o ile dobrze zrozumiałam. Potem dał mi jakieś pigułki. Odkąd zaczęłam je łykać czułam się coraz lepiej. Nie odczuwałam już takiego zmęczenia, a natłok myśli przerzucałam na papier. Ogólnie było dobrze. Parę miesięcy potem, lekarz stwierdził, że nie potrzebuję już tabletek. I znowu zaczęłam się czuć beznadziejnie. Wtedy do mnie dotarło, że jestem uzależniona. Nie zamierzałam nic z tym zrobić, poza pielęgnowaniem tego uzależnienia. No i... tak poznałam Izzy'ego.
Poszłam wtedy na spacer po Sunset Strip. Izzy sterczał w jakimś ciemnym zaułku, próbując nie rzucać się w oczy. Byłam pewna, że jest albo dealerem, albo dziwką, ale stawiałam bardziej na to pierwsze. Wpatrywałam się w niego chwilę, rozważając nad moją depresją. Podeszłam i nie wiem jak to się stało, że udało mi się wreszcie kupić trochę heroiny. Wracałam do niego regularnie, aż stałam się stałą klientką. Pamiętam taki dzień...
Potrzebowałam wtedy naprawdę dużej działki. Izzy zmartwił się trochę.
 - To nie jest bezpieczne tyle brać. Wiem z własnego doświadczenia. Może trochę przystopuj, co?
 - Nie umiem.
Wpatrywał się we mnie chwilę.
 - Chodź - powiedział. - Spróbuję ci pomóc.
 - Nie potrzebuję pomocy...
 - Uwierz mi, potrzebujesz. Ciebie akurat nie chcę mieć na sumieniu.
Nie do końca ogarnęłam o co mu chodzi, ale ostatecznie poszłam z nim. Całą drogę usiłował mi wytłumaczyć, że heroina jest pieprzoną śmiercią, chociaż on sam ją bierze. Użył sformułowania "ja już się z tego nie wygrzebię, ale ty jeszcze masz szansę". Pierdolę, ze wszystkich dealerów w całym LA trafił mi się taki, który zachęca do odwyku. Ja to mam szczęście.
 - Jolene, wydajesz się być naprawdę świetną dziewczyną, wiesz? Heroina cię zniszczy, spieprzy ci życie.
 - A może ja chcę mieć spieprzone życie? Poza tym, jesteś dealerem, do cholery! Powinieneś mi raczej wmawiać jak bardzo hera pomaga.
Zamilkł na chwilę.
 - Ale to nie prawda. Dlaczego mam cię okłamywać?
Zatrzymał się. Oznajmił, że jesteśmy na miejscu. Jakiś stary, obskurny budynek. On naprawdę tu mieszka? Dosyć długo wędrowaliśmy po korytarzu, zanim trafiliśmy do właściwych drzwi. Izzy otworzył je i weszliśmy do środka. No cóż, wystrój nie powalał na kolana. Malutki pokoik z kanapą, stołem i chuj wie czym jeszcze. Jeśli znajdowały się tam jakieś inne meble, to śmieci skutecznie je ukryły. Puste butelki, pudełka, ubrania (damskie i męskie)... Jedynym miejscem wolnym od śmieci był wzmacniacz, na którym stała gitara. Ledwo można się było przemieszczać. Ale atmosfera była pozytywna.
Przez kilka dni przychodziłam do niego, a on uczył mnie ''jak ćpać, żeby się nie zaćpać''. Powiem, że nieźle się poznaliśmy. Wręcz zaprzyjaźniliśmy. Przedstawił mnie swojemu współlokatorowi, Axlowi. Był... niesympatyczny. Chamski. Przy pierwszym spotkaniu spytał Izzy'ego, czemu częściej nie przedstawia mu swoich dziwek. Wkurzyło mnie to, więc poprosiłam Stradlina, żeby on przychodził do mnie. Tak robił, chociaż nie należało to do łatwych zadań, wierzcie mi. Kiedy pierwszy raz mnie odwiedził, myślałam, że nie wyjdzie z mojego domu żywy. Była chyba środa, popołudniu, wróciłam ze szkoły parę minut wcześniej. Siedziałam w pokoju i popalałam trawkę. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Wiedziałam, że Izzy ma przyjść, więc pobiegłam mu otworzyć. No cóż, mój tata pył pierwszy. Słyszałam kawałek ich rozmowy:
 - Co? Nikt taki tu nie mieszka.
Boże, Izzy, kretynie! Przypomnij sobie moje PRAWDZIWE imię - pomyślałam.
 - Znaczy się do Ingrid, wie pan...
 - Ingrid? Do mojej córki? Ona nie zadaje się z takimi bezwartościowymi brudasami! - wrzasnął ojciec.
 - A skąd pan wie, że jestem bezwartościowy? Zna mnie pan od niecałych dwóch minut - odpowiedział Izz. Spokojny, jak zwykle.
 - Widzę po oczach, żeś ćpun! - a po moich oczach tego nie widzisz, tatusiu, pomyślałam. Byłam na niego taka wściekła... - Wynoś się stąd!
 - Ingrid, chyba potrzebuję pomocy! - zawołał Izzy. No i to się nazywa człowiek myślący.
Wyszłam zza ściany, za którą stałam i podsłuchiwałam. Z niewinną minką, żeby ojciec się nie kapnął, co robiłam w pokoju.
 - Taak? O, Jeff! Jesteś wreszcie. Coś nie tak, tatusiu? - zapytałam, widząc jego zdezorientowane spojrzenie. Nie no, zajebista ze mnie aktorka, to sobie przyznam.
 - Ty go znasz?!
 - No tato, nie wygłupiaj się, przecież to brat Angie.
 - Co..? Brat..? Co..? - święty Morrisonie, daj mi cierpliwość, bo pójdę do kicia za zabicie własnego ojca...
 - Chodź, Jeff.
Izzy ominął mojego ojca, który stał teraz osłupiały i próbował ogarnąć co się dzieje. Weszliśmy do mojego pokoju. Usiadł na łóżku.
 - Milutko tu u ciebie - stwierdził rozglądając się po pomieszczeniu. - Ale za czysto - dodał z wrednym uśmieszkiem.
 - Wiem, ale nie będziesz tego zmieniał.
Nagle do pokoju wpadła moja czteroletnia siostrzyczka.
 - Wujek Iźi! - wrzasnęła i rzuciła się na Izzy'ego.
No tak, przyznaję, kiedyś wybrałam się z nią na spacer. Przypałętał się Stradlin i siłą rzeczy Marisol go poznała. No ale wracając do teraźniejszości: Izzy naprawdę słodko wyglądał, przytulając moją siostrę. Przyszło mi do głowy takie pozbawione sensu stwierdzenie, że do twarzy mu z dzieckiem. Pierdolę, moja głupota nadal mnie zaskakuje. Przez otwarte drzwi zajrzała mama. Zaśmiała się widząc tę scenę.
 - O, dzień dobry pani Maiden - powiedział grzecznie Izzy, próbując wyrwać się Marisol.
 - Dzień dobry, może ja ją zabiorę? Za młoda jest jeszcze na randki.
Izzy zalał się rumieńcem. Nie no, też by mi było głupio. Marisol zrobiła swoje 'pa pa wujku' i opuściła pokój razem z mamą.
 - To było dziwne - zaśmiał się Izz.
 - Ja to przeżywam codziennie.
Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zawahał się.
 - Przyjdziesz dziś do Rainbow? - zapytał niepewnie.
 - Dziś? W środku tygodnia? Nie wypuszczą mnie.
 - No weź... Chciałem cię przedstawić reszcie zespołu, wiesz... Na serio się nie wyrwiesz?
Zastanawiałam się chwilę.
 - O której? - zapytałam w końcu.
 - A na którą by ci pasowało? - ucieszył się.
 - Jak najpóźniej.
 - Chyba rozumiem do czego zmierzasz. Będziemy całą noc, od 9, więc jak zdążył przed północą, to może będą jeszcze w miarę przytomni.
 - Stoi.
Po czym zajęliśmy się normalniejszymi sprawami.

*kilka godzin potem, Rainbow*
Duff:

  No więc siedzieliśmy wszyscy w barze i piliśmy mniej niż zwykle. Tego wieczora Izzy miał nam przedstawić swoją 'przyjaciółkę', więc chcieliśmy być przytomni. No, wszyscy z wyjątkiem Rose'a. On już Jolene poznał i stwierdził, że to nie jest osoba warta uwagi. Axl o prawie każdym ma takie zdanie, więc mu nie do końca wierzyliśmy. Dochodziła 11 i w barze robiło się tłoczno. Wraz z falą nowo przybyłych, zjawiła się Jolene. Znaczy wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to ona. Kiedy ją zobaczyłem rzuciłem do Izzy'ego:
 - Stary, patrz jaka laska.
Nic nie powiedział, a chwilę potem już wiedziałem czemu. Dziewczyna usiadła obok Stradlina. Powiedział jej coś na ucho, a ona uśmiechnęła się do mnie. Poczułem, że się rumienię. Pierdolę, musiałem wyglądać jak kretyn.
 - Nie no, nie gadaj, że to ona - wyjąkał Slash, kiedy już ogarnął, że Jolene do nas dołączyła.
 - We własnej osobie.
 - Ej no, jak ty jej jeszcze nie przeleciałeś, to ja się zgłaszam na ochotnika - powiedział Popcorn.
Przedstawiliśmy się wszyscy. Dowiedziałem się, że Jolene to naprawdę nie Jolene. Ingrid pasowało do niej dużo lepiej. Usiadła Izzy'emu na kolanach. Zazdrość ogarnęła nas wszystkich. Na twarzy Slasha malowało się 'dlaczego nie ja?!'.
 - Młoda, co ty kombinujesz? - zapytał Izz. Nie, kurwa, nie wierzę! Dlaczego takie laski wolą zawsze nic nieogarniających kretynów?
 - Daj spokój - mruknęła i pocałowała go.
 - Ej, ej! Bez takich mi tu! - zbulwersował się Slash. - Jak chcecie kręcić pornosa, to proszę do łazienki!
Zaśmiali się oboje. Ingrid zeszła z Izzy'ego. Dla odmiany zainteresowała się mną i Hudsonem. Gadaliśmy chwilę. Znaczy ja z nią, a Slash słuchał i gapił się na jej cycki. Czyli w normie. Podpijała mi piwo, a ja nawet tego na początku nie zauważyłem.
 - Hej, kup sobie własne! - zażartowałem.
 - Nie mogę, bo do szkoły idę - odezwała się, po czym wzięła łyka.
 - No to chyba w ogóle nie powinnaś pić - zauważyłem.
 - Gdzie tam! Nie słuchaj go, po prostu nie idź do szkoły - powiedział Slash.
 - Tak chyba zrobię. Ale i tak muszę wrócić do domu i udawać, że tam byłam całą noc.
 - Na chuj? Powiedz, że wyszłaś wcześniej i git.
 - W sumie.
Ingrid stwierdziła, że skoro tak, może się schlać. Ale butelka Danielsa (ma dziewczyna mocną głowę, to fakt) jej nie wystarczyła. Poszła z Izzym i Slashem na zaplecze. A mnie to już żadnych dragów nie dali!

1 komentarz: