Angela:
Ogólnie sprawy dziwnie się porobiły. Naprawdę dziwnie. Ale zacznijmy od początku, co? Siedzieliśmy w tym barze, ja, Duff i Slash, i zapadła niezręczna cisza. Chyba wypiłam troszkę za mało.
W każdym razie podniosłam się z kanapy, żeby sięgnąć po Danielsa, który stał po drugiej stronie stolika. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że moje cycki znalazły się na jednej linii z twarzą Duffa. A dokładniej jego twarz została w nie wciśnięta. Slash... Się trochę zirytował i szklanka, którą trzymał prysła.
- KURWA JEGO JEBANA MAĆ - syknął przez zaciśnięte zęby.
Saul odsłonił zranioną dłoń. Auć. Była cała pokrwawiona. Przez chwilę zastanawialiśmy się z Duffem co robić, ale Slash powiedział tylko, żebyśmy zniknęli mu z oczu. Ok, znaczy, że jest na nas zły. Nie ma sensu denerwować go jeszcze bardziej. Wyszliśmy.
- I co teraz? - zapytał Duff obejmując mnie ramieniem.
- Chodźmy do mnie.
Uśmiechnął się bardzo, bardzo, bardzo podejrzanym uśmieszkiem. Posłałam mu spojrzenie w stylu nawet o tym nie myśl.
- Cholera. Muszę wracać. Brat powiedział, że mnie sypnie, jeśli nie wrócę przed drugą. Mógłbyś coś dla mnie zrobić?
- Um. Tak?
- Zajrzyj do Ingrid. Żeby zobaczyć, czy nic sobie nie zrobiła.
- Jasne, czemu nie. Do zobaczenia jutro?
- Do zobaczenia dzisiaj, gwoli ścisłości.
Dał mi całusa w czoło i skręcił w krzaki, którymi wcześniej ja szłam do baru.
Cholera, dlaczego muszę jutro iść do szkoły. Ja pierdolę. A potem na jakiś idiotyczny rodzinny obiad. Dlaczego. Ja nie chcę. Za jakie moje grzechy.
"- Bądź grzeczną dziewczynką i nie narób nam wstydu. Wujek przyjeżdża bardzo rzadko, a do tego przywozi swojego syna...
- PIEPRZCIE SIĘ, TO NAWET NIE JEST MOJA RODZINA. WY TEŻ NIE."
Po czym nastąpiła dłuuuuuuuuga reprymenda pt. "Jak ty się odzywasz do rodziców". Czyli mniej więcej:
"- Ty gówniaro szacunku nie masz?! Pomiocie szatana! Przyjęliśmy cię pod swój dach i tak nam się opłacasz?! Będziesz się smażyć w piekle!"
Itp., itd.. Stanęło na tym, że mam szlaban do końca życia. Albo do osiemnastki. W sumie na jedno wychodzi. Dobrzy chrześcijanie, też mi coś. Najlepiej będzie znowu zmienić rodzinę. Wynieść się z tego miasta. Może nawet z Kalifornii. Nie pasuję tutaj. Za mało śniegu. Za dużo słońca. Za mało punku. Za dużo glamu. Nie przepadam za glamem. Niektóre zespoły jasne, czemu nie. Jestem zdolna do słuchania Motley Crue od czasu do czasu. Ale na przykład Poison? Bleh, za nic. Znaczy się jeszcze niedawno w miarę ich lubiłam, może dlatego, że znam wokalistę, ale potem Slash mi powiedział, że prawie do nich dołączył i od tego czasu towarzyszy mi dziwne uczucie podczas ich występów. Po prostu mnie to odrzuca.
Jakiś głos wewnątrz mnie każe mi się przenieść do Seattle. Miłe miasto. Brudne. I przede wszystkim muzyka. Tak, w Seattle to dopiero jest muzyka! Punk. Taki prawdziwy. No bo błagam, jakim punkiem można być w LA, krainie wiecznego słońca i kolorowych drinków z parasolką? Tutaj większość muzyków to upadli hipisi, albo marnie brzmiący glamowcy. Tak jest i nic nie nie można zrobić. Chłopaki to raczej ta druga opcja. Serio, wierzę, że mogą grać lepiej. I pozbyć się tego ohydnego, glamowego stylu. Damskie ciuchy, makijaż. Serio? Podobno Slash nie dołączył do Poison, bo nie mógł się przełamać, żeby nałożyć make-up. Ta, teraz mu to nie przeszkadza.
Przeszłam spory kawałek zajęta myślami podobnego kalibru, kiedy z transu wyrwał mnie krzyk. Dochodził zza drzew. Ok. Zaraz. Czy tylko mi się wydaje, czy to Izzy krzyczy..?
- NIE DOTYKAJ MNIE, ZBOCZEŃCU - dobra, może nie był to krzyk, tylko zdanie wypowiedziane podniesionym głosem. Definitywnie Izzy.
- DLACZEGO NIE POZWALASZ MI SIĘ POKOCHAĆ?! - yup, to był krzyk.
Wait. Axl? Czy coś mnie ominęło? Nie, musiałam sobie coś ubzdurać. To prawdopodobnie tylko jakiś koleś chce zgwałcić innego kolesia. Witamy w Los Angeles! Nigdy nie wiesz, co możesz zobaczyć!
Ale niestety to nie był zwykły gwałt. To był Izzy przygwożdżony do drzewa przez Axla. Cholera.
Duff:
Znowu nic się nie stało. Kurwa, minęło trochę czasu odkąd ostatnio miałem panienkę. Czyżbym tracił swój czar? Może czas zafarbować włosy? A może to przez nowe perfumy? Wiem, że ostatnio trochę przesadzam z makijażem - okej, jasne. Mam za krótkie włosy i ogólnie wyglądam jak gej - tak, już mi to łaskawie uświadomiono. No ale ej, w Seattle dziewczyny na to leciały. Ech. W LA żeby wyrwać laskę, trzeba samemu wyglądać jak laska. Zdarza się, że faceci noszą wyższe szpilki i więcej makijażu od babek. Trochę to żenujące, kiedy gapisz się rozmarzonym wzrokiem na Vince'a Neila. Nie, zamknijcie się, to było przez przypadek. Poza tym Slash próbował poderwać Sixxa. No właśnie o to mi chodzi. To po prostu... Niesmaczne. Jasne, my też to robimy, no ale kurwa mać, raczej nie da się nas pomylić z kobietami. No może Axla. Ale i tak trzeba być nieźle naćpanym. To przez te jego wystające kości. Zwykle nawet striptizerki mają więcej ciałka niż on. Takie ładne, kobiece striptizerki. Takie, które mają ciało jak Angie. Cholera.
Dobra, stop, o czym ja w ogóle myślę? Ingrid. Mam iść sprawdzić, czy żyje... Co kurwa? Która właściwie jest godzina? Pierwsza? Coś około tego. Może trochę później. To chyba kretynizm o tej godzinie pukać komuś do drzwi. Ale żadnego samochodu nie ma na podjeździe. Może po prostu wejdę. Wszędzie pali się światło. Przeszedłem przez korytarz i jadalnię. Kuchnia też jest pusta. Salon. Tak. W salonie, na kanapie, pod warstwą koców jest Ingrid. Nie widzi mnie. Jak może mnie nie widzieć.
- Ingrid?
Podskoczyła i gwałtownie odwróciła głowę.
- Co do jasnej kurwy ty tutaj robisz?
- Angie kazała wpaść sprawdzić, czy wszystko w porządku. A więc? W porządku?
Cisza.
- Nie. Nic nie jest w porządku. Absolutnie nic.
Cholera. Miałem nadzieję, że do tego nie dojdzie. Potem wszystko działo się tak dziwnie szybko. Wyszła z tych koców. Nago. Smokin' hot. Wyszło na to, że skończyliśmy razem. W łóżku jej rodziców. Cholera. Nie tak miało być. Ale tak się stało. No jasny chuj. Przynajmniej zaliczyłem. Jestem okropnym człowiekiem. Cholera, cholera, cholera...
Steven:
Miło wrócić do domu. Chociaż to w sumie nie mój dom. Whatever. Miło wyjść z aresztu. Nadal nie wiem skąd wziąć 3 patole. Może zostanę męską dziwką. To chyba bardziej opłacalne niż granie w niezbyt popularnym zespole. Zwłaszcza jeśli się jest perkusistą. My dostajemy najmniej. Chociaż nie, to niby nie tak. Podobno to działa na zasadzie: "Napisz piosenkę, dostaniesz forsę". NO KURWA PROSZĘ BARDZO, CHODŹ TUTAJ ZAROZUMIAŁY SKURWIELU, USIĄDŹ SOBIE ZA GARAMI, ZABIERZEMY CI WSZELKIE UMIEJĘTNOŚCI KOMPONOWANIA I PISZ SOBIE, NO DALEJ. Ja rozumiem, że grając na gitarze jest łatwiej pisać. Albo nie grając kompletnie na niczym. Ale ja tam jestem tylko dla stworzenia rytmu i żeby piosenka była... głośniejsza. Czy ktoś kiedyś słyszał, żeby jakiś koleś napisał miłosną pieśń dla swojej ukochanej i zagrał ją na perkusji? No właśnie. Więc no. Powinni się w ogóle cieszyć, że mają perkusistę. Cholera. No dobra, może ten zespół nie jest najlepszym przykładem, bo jest nas perkusistów tutaj trzech, ale i tak. Przecież na jednego napierdalającego w gary kolesia przypada średnio 198752 gitarzystów. Potwierdzone info. Ale nie, po co mamy płacić komuś, bez kogo nie moglibyśmy być zespołem rockowym, przecież to nic. NIECH PIEKŁO POCHŁONIE TEGO RUDEGO DYKTATORA. Chociaż nie, i tak by go nam oddali. Ugh. Ile razy miałem ochotę wsadzić go do autobusu i wysłać tam, skąd przyjechał. Zupełnie jak Metallica. Z tym, że oni się swojego rudzielca pozbyli, w przeciwieństwie do mnie. Powiedziałem o tym Slashowi, ale kazał mi siedzieć cicho i udawać, że wszystko jest ok. Ta. Duffowi też chciałem to uświadomić, ale zrezygnowałem. Pewnie i tak bym usłyszał tylko "biedny, zraniony Popcorn" i jakieś milutkie słowa wypowiedziane ironicznym tonem. Tak żeby mnie dobić. A podobno jestem lubiany.
Boże, pić mi się chce. Zostało mi ostatnie 20$. Nic się nie stanie, jeśli wydam je na wódę/Danielsa/piwo/cokolwiek innego co przykuje moją uwagę, prawda? Tak myślałem.
Slash:
Ja pierdolę, nosz kurwa jego jebana mać. Wszystko jest takie zajebiste. Wywalenie Izzy'ego było geeeenialnym pomysłem. Właśnie jak uszkodziłem sobie rękę dostrzegłem geniusz tego czynu. Poza tym brzmiało to obrzydliwie. Nasze utwory są napisane na dwie gitary, nie na jedną. Nie wiem jak mogłem o tym zapomnieć. To był jeden z najgorszych występów, jakie daliśmy. Nie wiem, może... może... Um... No co, myślicie że facetowi tak łatwo jest się przyznać do błędu? Dobra. Może myliłem się trochę sądząc, że dam radę samemu. I chyba muszę przeprosić Izzy'ego za takie twierdzenie. Z pewnością byliśmy beznadziejni bez niego, ale bez Stevie'ego też. Nawet nie wiem co za koleś z nami grał.
Ale za to opatrzyła mi rękę ładna kelnerka. Jak się okazało, była w trakcie kursu pielęgniarskiego. Lucy. Napisała mi swoje imię na opatrunku, zaraz nad swoim numerem telefonu. Chyba wpadłem jej w oko. Zresztą ona mnie też. A potem przyszła Minnie, druga kelnerka. Znam ją już od dłuższego czasu. Studiuje politykę. And the waitress is practicing politics. Ostatnio Axl z Izzym to grał. Może to dziwne, ale Iz śpiewał. Brzmiało wręcz magicznie. Boże, co się ze mną dzieje. Jestem miękki.
Usiadłem przy barze.
- Jak leci, Johnny? - rzuciłem do barmana.
- Po staremu. Co dla ciebie?
Zanim odpowiedziałem, podsunął mi szklankę whisky.
- Na koszt firmy, za rany odniesione w boju.
Now John at the bar is a friend of mine. He gets me my drinks for free. Cholera, ta piosenka naprawdę jest magiczna.
Zajebisty rozdział. Serio. Chyba najlepszy (prócz tego po którym był ból dupy) jaki tu, że tak powiem, wypociliście... Także no...
OdpowiedzUsuńKurwa pisać tak dalej