wtorek, 10 czerwca 2014

R. 9

Izzy:
Nosz kurwa mać, co ja zrobiłem?! Dwa lata, dwa pieprzone lata zajęło mi zebranie się na odwagę i wyznanie jej co czuję, a teraz od tak ją odtrącam?! No jakim trzeba być idiotą... Po raz szósty w ciągu ostatnich dziesięciu minut chciałem zawrócić i przepraszać, aż by mi ewentualnie wybaczyła. Wtedy moje wewnętrzne coś kazało mi zostawić ją w spokoju. Głupie wewnętrzne coś, jak zwykle jedyna myśląca część mnie. Jakby tego było mało, mój organizm stwierdził, że nie chce mu się dalej być na haju, więc... Tak, byłem zmęczony i to cholernie. Wręcz nie miałem siły iść. No przepraszam bardzo, był środek nocy, a ja wracałem do domu na ostrym zejściu i po prostu czułem, że umrę zaraz za zakrętem. Ale to by było najwyraźniej zbyt trudne dla mojego zidiociałego serca stanąć i zakończyć moje cierpienie. Nawet własne ciało mnie nienawidzi, no kto by pomyślał... Przysiadłem na krawężniku i schowałem twarz w dłoniach. Do mojego mieszkania jest trochę daleko z tego konkretnego krawężnika, więc stwierdziłem, że jeśli przeżyję, to prześpię się u Slasha. Wstałem, upałem, wstałem, upałem i tak kilka razy. W końcu udało mi się przejść kilka kroków, zanim znowu się wyjebałem. Tymże sposobem (no, można doliczyć jeszcze czołganie się) dotarłem do meliny Duffa i Slasha.
Oparłam się o ich drzwi i słuchałem jakże interesujące rozmowy na linii Slash-Duff. Padło zdradziecka świnio jebany, impotencie, pierdolony kurduplu i kilka innych kreatywnych epitetów.
Stałem, stałem i czekałem aż się zamkną, żeby móc wejść. Nie zrobiłi tego. No dobra, i tak wejdę. Wśliznąłem się do mieszkania i miałem nadzieję pozostać niezauważony. Taa... Bardzo mi się udało. Nagle wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę. Westchnąłem ciężko.
- Możecie wrócić do krzyczenia - zachęcałem. - Ja tutaj jestem tylko przejazdem.
Nadal gapili się na mnie jak na świętą krowę. Świętą... Co..?
- No dobra. O co chodzi? - zapytałem niechętnie.
- No więc tak... - zaczął Duff powoli. - No tamten się czepia, bo Angie po pijaku się napaliła, a ja byłem pod ręka...
- Akurat - przerwał mu Hudson. - Tylko czekałeś, żeby udowodnić jaki to ty jesteś ode mnie lepszy!
- Wcale nie!
- A właśnie, że tak!
Kurwa, czuję się jak w przedszkolu. No to już ja mam większe problemy niż oni. Taki chuj... Czemu zawsze ja muszę z nimi rozmawiać?!
- No dobra... A co na to Angie?
Blondynka popatrzyła na mnie, ale się nie odezwała.
- Twierdzi, że było tak, jak mówi ten... - Slash ugryzł się w język, próbując powstrzymać się od rzucenia kolejnego uroczego epitetu.
- No to nie wiem... Może tak właśnie było? Angie, powiesz mi?
Pokręciła głową.
- A jak ich wygonię?
Nie odpowiedziała, więc stwierdziłem, że tak właśnie zrobię. Trochę trwało, zanim zechcieli ruszyć dupy na zewnątrz.
- Wiec? - Usiadłem obok niej na kanapie.
Westchnęła.
- Jestem pijana, nie możecie mi wszyscy dać świętego spokoju?
- Ty? Pijana? - Zaśmiałem się. - Pijany to jestem ja. No, gadaj.
- Nienawidzę cię.
- Ja ciebie też, ale proszę, mów o co chodzi.
- No... No dobra, tylko daj mi wreszcie spokój. Bo widzisz... Ja... Podoba mi się Duff, jasne? Tylko im nie mów. Pomyślałam, że jak udam wybitnie pijaną, to...
- To się z tobą prześpi?
Skinęła głową.
- Ej, no to nie jest tak źle.
- ...Jeszcze. Właśnie mieliśmy się pieprzyć - kontynuowała - kiedy wrócił Slash. No i zaczęli się kłócić, bo... Bo Saul mnie... - Skrzywiła się zniesmaczona.
Jest gorzej niż mi się wydawało.
- Nie przejmuj się. W tych sprawach nikt z nas sobie nie radzi.
- Taa, łatwo ci mówić. Twój związek jest idealny, to pewnie nawet nie znasz tego uczucia.
Poczułem bolesny ucisk w dołku. Nie płacz, nie płacz, nie płacz... Cholera.
- Hej, Izzy, wszystko gra?
Odwróciłem się, żeby nie widziała łez, które spływały po moich policzkach.
- Święty Hendriksie, płaczesz? Ej, co jest?
- To... Nic takiego - wykrztusiłem.
Milczała przez chwilę.
- Chodzi o Ingrid, prawda?
Dlaczego nagle to ona była moim psychologiem? Ech...
Steven:
A mogło być tak pięknie... No to nie, kurwa, zamiast z Janie spędzam noc w areszcie. I to jeszcze z takimi śmiesznymi zarzutami! Publiczne pijaństwo, zakłócanie porządku, napaść na funkcjonariusza. Przecież to wszystko brednie! A teraz nawet nie wiem, czy to areszt, czy izba wytrzeźwień. Przez całą noc ludzie przychodzili i odchodzili. W końcu zostałem sam. Nie na długo. Około 5 posterunkowy zgred przyprowadził jakąś laskę, po czym zniknął. Dziewczyna usiadła na betonowej podłodze, po przeciwnej stronie celi. Starałem się na nią nie patrzeć, ale wyszło na to, że cały czas zezowałem w jej stronę.
- Za co cię wsadzili? - zapytała nagle.
- Pijaństwo, napaść, zakłócanie porządku - wyrecytowałem. - A ciebie?
- Prostytucja, posiadanie. Wiesz, standard. Pierwszy raz tutaj, prawda?
- Yup. Skąd wiesz?
Uśmiechnęła się pod nosem.
- Takie rzeczy się widzi. Wiesz, że ten klawisz wraca dopiero za dwie godziny?
Patrzyłem na nią zdezorientowany.
- Mamy duuużo czasu.
- Coś sugerujesz?
- W końcu zgarnęli mnie za prostytucję, nie?
Lubię areszty. Wstałem i ucieszony do niej podszedłem. Spodziewałem się, że da mi w pysk, że to był żart. Ale nie był. Bez zbędnych ceregieli rozwiązała moje skórzane spodnie. Nie zdążyłem nawet usiąść, a ona robiła mi laskę. Ej no, napaliłem się. Miejmy nadzieję, że nie poprzestanie na tym. W tym momencie skończyłem z myśleniem. Odchyliłem głowę do tyłu i przymknąłem oczy. Już miałem dojść, kiedy nagle wstała. Podwinęła sukienkę, która i tak więcej odsłaniała niż zasłaniała. Również wstałem i wziąłem ją od tyłu, pod ścianą. Jęczała głośno, bałem się, że ktoś nas usłyszy. Chociaż... Kogo to obchodzi. Narzuciła szybsze tempo, a ja dałem jej kilka klapsów. Dziewczyna klęknęła przede mną i skończyłem w jej ustach. Zawiązałem spodnie i ciężko dysząc oparłem się o ścianę.
- Kim jest Jessica? - zapytała, próbując wyrównać oddech.
- Proszę? - rzuciłem wyrwany z zamyślenia.
- Tak mnie nazwałeś. Jessica. To twoja dziewczyna?
- Była - sprostowałem.
Zanim wrócił zgred przeleciałem ją jeszcze raz. Jak już wspomniałem, lubię areszty.
Axl:
Wgramoliłem się po schodach do mojej meliny. Towarzystwo się zwinęło, a Izzy'ego nie było. Ach, ta cisza i spokój... Nie trwały długo. Zapaliłem światło i mało nie zszedłem na zawał. Na kanapie siedziała Gina. Wpatrywała się we mnie wzrokiem mordercy. Dosłownie, biła od niej żądza mordu.
- Gdzie byłeś? - spytała chłodno.
Nie odpowiedziałem. Wyminąłem ją szerokim łukiem i wszedłem do sypialni. Kiedy tylko przyłożyłem głowę do poduszki usłyszałem krzyk:
- Pytam się, gdzie chuju byłeś!
Mruknąłem coś, czego sam nie zrozumiałem. Zgasiła światło w salonie i zapaliła w sypialni.
- No więc? Jak ona ma na imię?
- Kto?
- Dziewczyna, z którą mnie zdradzasz.
Zaniepokoiłem się.
- O czym mówisz? Nie zdradzam cię.
Usiadłem na brzegu łóżka. Położyłem Ginie dłoń na policzku, ale ją straciła.
- Kłamiesz. Wiem, że kłamiesz.
Wyszła, a ja zasnąłem.
Kiedy się obudziłem byłem martwy. Miałem takiego kaca... Słyszałem, jak w rurach płynie woda i myślałem, że pięknie mi od tego głowa. Sturlałem się z łóżka i doczołgałem do lodówki. Wziąłem butelkę wody i z wielkim trudem usiadłem na podłodze, podpierając głowę o szafkę. Dopiero wtedy ogarnąłem, że przy stole siedzi Izzy.
- Jaki dziś dzień? - zapytał słabo.
- Chyba czerwiec - odpowiedziałem.
To mu najwyraźniej wystarczyło. Wziął łyka bliżej nieokreślonej substancji i położył głowę na stole.
- Byłeś u Ingrid? - spadłem.
Nic nie powiedział. Zaczął się cały trząść. Kurwa mać, czy on..?
- Ej stary, co jest? Płaczesz?
- Dajcie mi wszyscy spokój - mruknął.
- Jacy wszyscy? Co ty bredzisz? Izzy, co się dzieje?
Poderwał się z krzesła.
- Co się dzieje?! Chcesz wiedzieć co się dzieje?! Zostawiłem ją, rozumiesz? To się kurwa dzieje.
Patrzyłem nań (co to w ogóle za słowo?) z deczka skołowany.
- Twierdziłeś, że ją kochasz.
Wbił we mnie wzrok. Nie powinienem był tego mówić, tyle nawet ja zrozumiałem. Jako iż Iz nie nawykł do krzyczenia, mówił już łagodniejszym tonem:
- Nadal tak twierdzę. Po prostu nie potrafię spokojnie patrzeć, jak ją niszczę.
- Ale to nie ty ją niszczysz, tylko dragi.
- To przeze mnie je bierze. Pozwoliłem na to. Dopuściłem do tego, żeby czternastolatka ćpała. Teraz ma szesnaście lat i nadal to robi.
Milczeliśmy przez chwilę.
- Izzy... Wiem, że musisz zawsze wziąć winę na siebie, ale... - ciężko jest rozważnie dobierać słowa przy takim bólu łba. - Posłuchaj mnie chociaż raz. I tak by brała. Nawet, jeśli by cię nie spotkała. Przecież w LA dilerzy czają się wszędzie.
Nic do niego nie docierało. Wyszedł. Wróć, wybiegł. Ugh, wszyscy mają problemy w związkach... Izzy skończył z Ingrid, Adlera zostawiła Jessica, Gina mnie podejrzewa o zdradę... A dziś gramy koncerty. Ostatnio dostałem listę zespołów, które też grają. Pamiętam tylko, że przed nami zagra jakiś babski zespół. Coś na "A". A potem... Megazaur? Nie, to nie ma sensu. A no tak, Megadeth, dokładnie.
Slash:
Znowu te laski. Znowu schodzą przed nami. Nosz kurwa. Awansowaliśmy na wtorki - one też. Zmienili nam godzinę - im też. No kurwicy można dostać. A do tego nie ma żadnej z "naszych" dziewczyn. Chuj by to strzelił. Pierwszy raz mieliśmy zagrać coś naszego. Taak, najpierw You're Crazy, Welcome to the Jungle i Out Ta Get Me, a na końcu Don't Cry. Duff się ślini do jakiejś panienki, która właśnie weszła za kulisy. W sensie na zaplecze. No nie mogę, jak on śmie. I jeszcze udaję, że nic się nie wydarzyło. CHUJ PIERDOLONY. Spokojnie Saul, opanuj się. Nie może się kapnąć, że się załamałeś. Niech nie ma tej satysfakcji. Dobra, chuj, gramy koncert. Idziem! I nie poszłem. Ktoś mną potrząsnął.
- Kurwa mać start, czas na nas! - wydarł się Axl tym swoim wkurwiającym głosem.
- Pierdol się, nigdzie nie idę.
Rose się zrobił cały czerwony na ryju.
- Idziesz i to kurwa w podskokach!
Siedziałem cicho. Axl odwrócił się na pięcie i złapał gryf mojego kochanego Gibsona. Zamachnął się i gdybym w porę nie zrobił uniku nie byłoby mnie wśród żywych. Gitara walnęła o ścianę i rozwaliła się na dwie części, trzymana tylko strunami.
- Nieeeee! - załkałem. - Mój Jason! Co ty sobie kurwa wyobrażasz?!
Dałem tej kurwie w pysk. Zatoczył się i złapał za szczękę. Rzucił się na mnie z rykiem. Znowu mu przyłożyłem. Pochylił się i dołożyłem jeszcze z kolanka w brzuch. Co za pizda. Nawet bić się nie umie. Poszturchaliśmy się jeszcze trochę, ale to już nie na serio.
- Sorry stary, poniosło mnie - odezwał się.
- Nie no, to moja wina.
Uściskaliśmy się. Pozostał jeden, zasadniczy problem: skąd do cholery mam wziąć gitarę? Taki chuj. Poszedłem do Matta, ale powiedział, że nic nie poradzi i muszę znaleźć jakieś wiosło, bo stracimy koncert. Nosz kurwa jego mać, a żeby to pierdolony chuj trzasnął... Chciałem rozwalić to i owo, ale nie było czasu. Myśl kurwa, myśl. Mógłbym podpierdolić wiosło Izzy'emu... Przecież doskonale bym sobie poradził sam. Matt załatwił, że te laski, co grały przed nami polecą jeszcze parę utworów, więc wróciłem pogadać z Axlem.
- Przecież obaj wiemy, że byłbym dużo lepszy bez tej cioty! - nalegałem.
- Nie ma mowy.
- Axl, zastanów się! Chcesz wszystko zaprzepaścić, tylko dlatego, że to twój pieprzony przyjaciel?!
- Której części "nie ma mowy" nie zrozumiałeś? Nie wywalę Izzy'ego. To tylko jeden stracony występ.
- Nie stary, on ma rację - odezwał się przyszły były rytmiczny. Kurwa, on tu był cały czas? - Zawadzam. Może faktycznie lepiej wam będzie beze mnie.
- Co kurwa? Czy wy wszyscy poszaleliście?! Co wy sobie myślicie? W ogóle zdajecie sobie sprawę ze znaczenia słowa "zespół"? Nie wydaje mi się. I wiecie co? To my jesteśmy zespołem: Duff, Steven, Izzy, Slash i Axl. Nasza piątka tworzy Guns n' Roses. Jesteśmy rodziną, jasne?
Popatrzyliśmy z Izzym po sobie. Nie wiem jak on, ale ja nie zmieniłem zdania.
- Wiem, wiem. Zróbmy tak: dziś.spróbujemy bez niego. Tak na próbę, żeby zobaczyć jak wejdzie.
Rose strzelił facepalm.
- Naprawdę nic ci nie zostało z mojego wykładu? - zapytał z goryczą w głosie.
W tym momencie wszedł Matt.
- Gotowi? Macie dosłownie minutę, żeby się zebrać.
Rzuciłem Axlowi wymowne spojrzenie. Westchnął ciężko i skinął głową.
- Przepraszam stary - zwrócił się do Izzy'ego - naprawdę nie chciałem, żeby tak wyszło.
- Nie ma sprawy, serio. Camile jest w garderobie.
Camile to oczywiście jego gitara. Poszedłem po nią i mogliśmy zaczynać.

1 komentarz:

  1. "Megazaur? Nie, to nie ma sensu. A no tak, Megadeth, dokładnie."- no na tym to po prostu spadłam z krzesła :3
    Ok wszystko super fajnie (no może prócz Ingrid i Stradlina), ale ja nadal nie wiem co za chuj podrzucił Rose'a do domu...
    PS: Ten Adlerek to ma teraz w tym areszcie dobrze... :D

    OdpowiedzUsuń