Angela:
Miałam iść na koncert. Ale zostawić Ingrid? Po tym co się stało między nią a Izzym mam iść na koncert chłopaka, przez którego moja przyjaciółka cierpi? Ha. Nigdy. Nie mam nic do Stardlina, bo nadal jest tą osobą, z którą można normalnie pogadać. Ale chociaż parę dni muszę udawać obrażoną, prawda? Dla Ingrid. Próbuję się do niej dostać, ale ni w chuja nie idzie. Zamknęła się w pokoju i nie otwiera. A jej starzy mają to w dupie. Nosz kurwa. Obeszłam dom dookoła i stanęłam pod oknem mojej przyjaciółki. Podniosłam jakiś mały kamyk i rzuciłam nim w szybę. Zero reakcji. Nie to nie, łaski bez. Wejdę sama. Jako iż okno było uchylone stwierdziłam, że przecież też się da wejść. Wgramoliłam się na parapet i jakimś niezrozumiałym sposobem otworzyłam okno. Wlazłam do środka. Ingrid leżała skulona na łóżku. Cholera. Dlaczego ja. Nosz kurwa. Nie umiem pocieszać ludzi. Po prostu nie umiem. Powinnam przynieść jakieś prochy. Chwila, przecież przyniosłam. Usiadłam na brzegu łóżka i poszperałam po kieszeniach. Wcisnęłam jej w dłoń woreczek z białym proszkiem. Pierwszy raz odkąd przyszłam wykazała jakąś oznakę życia. Podniosła się. Niemiłosiernie wolno, ale jednak. Była cieniem człowieka, prawie nic nie zostało z mojej nierealnej, pełnej chęci życia przyjaciółki.
- Nie chcę tego - szepnęła ledwo poruszając ustami.
- Pomoże ci.
- Nie. Nie pomoże, zabieraj.
Wpatrywała się we mnie intensywnie. Prawie jej uwierzyłam. Prawie.
- Posłuchaj, załatwię, że znowu będziecie razem, jasne? Wszystko się ułoży. Porozmawiam z nim. Ale na razie to wszystko co mogę zrobić. - Potrząsnęłam wymownie woreczkiem.
Pokręciła głową.
- Nie rozumiesz, że to właśnie przez narkotyki? Nie zamierzam tego brać nigdy więcej. Nigdy.
Zapadła niezręczna cisza. Nienawidzę niezręcznej ciszy. Czy naprawdę można być tak zakochanym, żeby rzucić dragi? Nie ogarniam tego.
Przez następne dwie godziny próbowałam ją odciągać od tematu, ale jestem tylko człowiekiem. Wyszłam coś około 23. Chłopaki jeszcze grają. Załapię się na końcówkę. Trochę mi jednak głupio, bo obiecałam być. W końcu to ważny występ jest. Był? Whatever. Oni i tak tam dalej chleją. Poleciałam tam na skróty, a po drodze podarłam spodnie. Nigdy więcej nie idę przez krzaki. Wchodząc do baru potknęłam się o próg. Zaje-kurwa-biście. Chłopaki zajmowali ten sam stolik co zwykle. Usiadłam na przeciwko Slasha. Na miejscu Izzy'ego. Właśnie, where's Izzy?
- Nasza królewna raczyła się zjawić! - rzucił wkurzony Axl.
- Ej, odpierdol się od niej! - to był Duff.
Dopiero teraz odważyłam się na niego spojrzeć. Borze szumiący, jaki on jest przystojny! W scenicznych ciuchach, z tymi cudnymi blond-czarno-czerwono-niebieskimi włoskami, które wpadały mu w te jego śliczne, błyszczące oczy... Nie, stop! Dlaczego ja to sobie robię?! Jęknęłam cicho, kiedy mój zjebany mózg pokazał kilka obrazów z wczorajszego wieczoru, a następnie to co MOGŁO się stać.
- Angie, wszystko w porządku? - zapytał swoim kojącym głosem.
- Mhm... - Zagryzłam dolną wargę.
Wszyscy wlepili we mnie gały. Axl wyglądał na mniej zdenerwowanego, Duff patrzył na mnie wręcz zatroskany, Slash się schował za włosami, ale czułam na sobie jego wzrok, a... Kto to do cholery jest? Dobra, a jakiś koleś trzymający pałeczki perkusyjne wyglądał, jakby chciał mnie zabić. Co do jasnej kurwy się tu dzieje?
- Hej, gdzie Steve i Izzy? - zapytałam.
Cisza.
- Zadałam pytanie.
- Eghem... Bo wiesz, tak się złożyło... Popcorn gdzieś się ulotnił a tego... No.
- A Izzy?
Axl szturchnął Slasha w ramię, żeby mówił dalej.
- Izzy? Zabawna sytuacja, uśmiejesz się! No więc... No bo tego... Przed koncertem stwierdziłem... Ha, ha! Że go nie potrzebujemy.
- I co niby miało być w tym śmiesznego? - rzuciłam lekko poirytowana.
- Chyba tylko owe "ha, ha" które wstawiłem...
Z początku nie ogarniałam sytuacji, ale chwilę potem wszystko mi się rozjaśniło. Ci debile wywalili jedyną myślącą osobę. Bez obrazy, nie chodzi mi o to, że z resztą jest coś nie tak, po prostu Izzy był jedynym racjonalnie myślącym. Cholera! Położyłam Duffowi głowę na ramieniu. Tak jak tego dnia, kiedy się poznaliśmy. Czułam się przy nim w jakiś sposób bezpieczna.
Kiedyś, kiedy byłam mniejsza, dużo mniejsza, mieszkałam jeszcze z rodzicami, bałam się burzy. Zawsze byłam przerażona, kiedy usłyszałam grzmot. Chowałam się pod stołem albo łóżkiem. Wtedy przychodził mój brat i właził pod ten stół razem ze mną. Zapewniał że nic mi się nie stanie, że tutaj nic mi nie grozi. A kiedy już faktycznie deszcz ustawał całował mnie w czoło i mówił "kocham cię, siostrzyczko".
Czuję teraz dokładnie to samo, co wtedy. Bezpieczeństwo, ciepło. Ugh, to głupie. Nie wiedziałam, że jestem taka sentymentalna. Głupia i sentymentalna. Muszę przestać.
Steven:
- Czy przyznaje się pan do dokonania zarzucanych czynów?
- Nie.
- Zaprzecza pan, jakoby był dnia 4 czerwca 1985 roku w barze Rainbow Bar & Grill?
- Nie.
- Czyli był pan tam?
- Byłem.
- O której pan stamtąd wyszedł?
- Około 2. Wtedy zamykali.
- I gdzie pan poszedł po wyjściu?
- Nigdzie.
- To znaczy?
- Wyszedłem z baru i nigdzie nie poszedłem. Włóczyłem się po ulicach.
- Dlaczego?
Itp., itd... To jest nudne. Cholernie nudne. Moje pierwsze przesłuchanie, no proszę. W filmach wygląda to lepiej. Nie przesłuchiwała mnie żadna blond sex bomba z dekoltem do pępka, nie było żadnych bajeranckich sprzętów. Po prostu pokój z betonową podłogą, ścianami i sufitem. A i jeszcze jakaś gruba krowa w mundurze. Brr. To idiotyzm. W ogóle to uważam, że nie powinno się karać człowieka za takie błahostki. Władze to idioci. Sędziowie to idioci. Prezydent to idiota. Wszyscy ci biurokraci, złodzieje pod krawatami to idioci. Ale przynajmniej mnie wypuszczają. Jutro, ale wypuszczają. 3000$ grzywny i 120 godzin prac społecznych. Skąd ja mam wytrzasnąć 3 patole?! W dupach im się poprzewracało. No po prostu... A do tego dzisiaj miałem grać, mhm. Super. Nie dość, że mi dali tę jebaną karę, to jeszcze nie dają mi szansy zarobienia czegokolwiek. Ach, ten nasz system prawny...
Axl:
Ulotniłem się z tego baru, bo zrobiło się dosyć niezręcznie. Jak Angie się przykleiła do Duffa... Ugh, to było po prostu niesmaczne. Już z daleka widziałem, że światła w naszym salonie są zapalone. Dobrze, Izzy jest w domu. Muszę z nim porozmawiać. Taaa. Ciekawe co mu powiem. Stałem przed wejściem na klatkę schodową, kiedy drzwi się otworzyły i dostałem w nos. Auć.
- Cholera, przepraszam! Nie zauważyłem cię - powiedział pełen przejęcia osobnik wychodzący.
- To nic - uśmiechnąłem się krzywo. Mam nadzieję, że nie zacznę krwawić... - Dokąd idziesz?
- Przejść się.
- Mogę... się przyłączyć?
Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów.
- Um, jasne, czemu nie.
Trochę głupio to wyszło, że szedłem do domu, a nagle idę na jakiś pieprzony spacer. Ale w końcu nie miałem iść do domu, tylko do Izzy'ego.
Szliśmy bardzo, bardzo powoli. I w ciszy. Żaden z nas nic nie powiedział. Skręciliśmy w las. Dosłownie. Nie było tam ścieżki, tylko ściana drzew.
- Um, Iz, gdzie idziemy?
- Zobaczysz.
Znowu cisza. Nie do końca przekonany podążałem za nim. Przedzieraliśmy się przez krzaki i co najmniej trzy razy dostałem gałęzią w oko.
Wreszcie wyszliśmy na otwartą przestrzeń. Zatrzymałem się podpierając o drzewo i próbowałem ogarnąć to, co mam przed sobą. Niby zwykła leśna polanka, ale jednocześnie najpiękniejsze miejsce, jakie w życiu widziałem. Nie wiem, co w niej takiego było. Księżyc świecił tak cholernie jasno, ale nie był w pełni. Drzewa wydawały się tworzyć czarną kurtynę dookoła jasnego skrawka trawy. A na samym środku polany, wpatrując się w niebo leżał Izzy. Nie. Nie. Nie Izzy. Jeff. Podszedłem do niego powoli i położyłem się obok.
- Nie wiedziałem, że w LA są takie miejsca - powiedziałem cicho.
- Trochę jak w Indianie, prawda? Pamiętasz, jak leżeliśmy tak całą noc, kiedy wywalili się z domu?
Uśmiechnąłem się na to wspomnienie.
- Taak... Paliliśmy skręty na odstresowanie.
- Ale nie pamiętam co było dalej. - Zaśmiał się.
A ja pamiętam. Pamiętam wszystko.
~7 lat wcześniej~
- Bill, nie rozumiem, dlaczego nie możemy po prostu iść do mnie? - zapytał zagryzając dolną wargę.
- Twoja mama mnie nie lubi. Poza tym, nie chcę sprawiać ci kłopotów. Możesz już iść, poradzę sobie.
- Chyba żartujesz.
- Naprawdę. Dam radę.
- Wiem. Ale zostaję z tobą.
- Ale...
- Bez dyskusji.
Był stanowczy. Tak naprawdę cieszyłem się, że zostaje. Byłem śmiertelnie przerażony i nie wiedziałem co robić. No bo co ja mogę?
Robiło się ciemno. W sumie było już ciemno. Leżeliśmy na tej polanie rozmawiając o wszystkim, o czym mogliśmy, o tym o czym nie mogliśmy zresztą też.
- Hej, Billy - zagadnął po chwili milczenia.
- Hmm? - podałem mu jointa.
- Całowałeś się kiedyś? - zapytał zaciągając się.
- Co? - zaśmiałem się nerwowo. - Co to w ogóle za pytanie?
- No wiesz. - Wziąłem od niego skręta. - Zawsze jak cię o to pytam zmienisz temat. Więc?
- Jeff, to nie twoja sprawa.
- Czyli nie. - Roześmiał się.
- Nie chcę o tym mówić.
- Czyli na pewno nie. W czym problem?
Odwrócił się w moją stronę, podpierając się na łokciu.
- W niczym. Po prostu nie jestem tak popularny jak ty i dziewczyny nie ustawiają się do mnie w kolejki - zażartowałem.
Wpatrywał się we mnie dłuższą chwilę. Wreszcie odwróciłem się w jego stronę.
- Masz ładne oczy - powiedział nagle.
Uśmiechnąłem się. Odgarnąłem mu włosy na bok, ale wciąż zasłaniały pół jego twarzy. Było między nami jakieś 20 centymetrów. W nadziei, że to tylko narkotyczna wizja przysunąłem się te 20 centymetrów. Nasze nosy się stykały.
- Jeff?
- Tak?
- Mam ochotę cię teraz pocałować.
Czy ja naprawdę to powiedziałem?
- Hmm, chyba musisz ustawić się w kolejce.
Nie czekając ani chwili dłużej zakryłem jego usta moimi. To był delikatny, miękki pocałunek. Nagle on przerwał, chwycił mój podbródek i spojrzał mi w oczy uśmiechając się. Tym razem nie był delikatny. To było namiętne i wręcz brutalne. Zamknąłem oczy. Czułem jego język w gardle. Moje serce biło szybciej niż kiedykolwiek. Chciałem więcej, ale nie mogłem więcej znieść. Oderwałem się od niego, żeby zaczerpnąć powietrza, nadal nie otwierając oczu. Ale on nie zamierzał czekać. Pochylił się nade mną. Poczułem jego język na mojej szyi. Jęknąłem i odchyliłem głowę do tyłu. Byłem pewny, że Jeff się uśmiecha.
- Podoba ci się to? - zapytał szeptem.
Nie mogłem wydusić z siebie słowa. Jego ręce były wszędzie. Nagle usłyszałem rozpinany zamek. Podniosłem powieki i zobaczyłem Jeffa odpinającego guzik moich spodni.
- Co ty...
- Ććsi... Spokojnie, kochanie. Pokażę ci tylko jak dziewczyny całują chłopców...
~Powrót do teraźniejszości~
A następnego dnia Izzy nie pamiętał nic z tego. Wtedy nie wiedziałem nawet co robię, ale podobało mi się to. Wiem, że Iz jest całkowicie hetero, zresztą tak jak ja. Nie jestem gejem. A mimo to...
- Możemy porozmawiać?
- W czym problem, Billy? - zapytał.
Zagryzłem dolną wargę, tak mocno, że poleciała krew.
- Jeff... Kocham cię.
Cisza.
- Um, ja też cię kocham, stary.
- Nie, ja cię KOCHAM.
- Tak, ja ciebie też.
- Nie rozumiesz mnie. Jestem w tobie ZAKOCHANY.
Szok malujący się na jego twarzy mówi sam za siebie.
- Ty więcej nie palisz - powiedział wolno i przydusił jointa do ziemi.
- To nic nie zmieni.
- Czy ty siebie słyszysz? Nie, nie kochasz mnie! Do jasnej kurwy, co ty...
W tym momencie go pocałowałem. Bronił się i wyrywał. Ale ja byłem silniejszy. Nie było w tym pocałunku NIC z delikatności, jaką Izzy wykazuje na codzień. Nic.
Slash:
Źle się czuję. Zostałem sam z Duffem i Angelą. Ona się do niego tuli, a on jej pozwala. Wyglądają jak para zakochanych. Za jakie moje grzechy. Przecież ostatnio jestem grzeczny.
- Hej, postawić ci drinka? - usłyszałem.
- Co? A, Dave, cześć. Siadaj.
Moja babcia kiedyś mawiała: wnusiu, pamiętaj. Na miejsce każdego wrednego rudzielca przychodzi inny, mniej wredny rudzielec.
Znaczące chrząknięcie po drugiej stronie stolika.
- Ach, tak. To jest nasz basista Duff. Dziewczyna do niego przyczepiona to Angela. A to jest Dave, wokalista i gitarzysta Megadeth.
Przywitali się, ale w sumie bez większego zainteresowania.
- Słuchaj, kto jest u was na wokalu? - zapytał Dave.
- Axl. Axl Rose. Przedstawiłbym ci go, ale się ulotnił.
- Znam go, tak w sumie. Można tak powiedzieć. Nie wiedziałem tylko jak się nazywa.
- To trochę dziwne. Jakby był dziwką to rozumiem, że by się nie przedstawił. Ale chyba nie jest?
- Chuj go tam wie. Ja go tylko raz podwiozłem do domu.
Niestety ale no.Brzydzi mnie to.
OdpowiedzUsuńI drażnią takie związki.
To opowiadanie kurewsko mi się spodobało ale teraz...a szkoda no,ale wasza wizja.
Z mojej strony wielka szkoda,wręcz cholerna.
Zegnajcie!
Homofobi please OUT.
UsuńZwyczajnie nie każdy toleruje :)
UsuńOch Polly, nie słuchaj ich.
OdpowiedzUsuńTo jest kurewsko piękne!
Smutne, piękne i intrygujące.
Mam NOWĄ teorię...
Jak jest "7 lat wcześniej" zachowanie Jeffa bardzo przypomina mi Axl'a... i na odwrót
Na tej podstawie można dać NOWĄ opinię "Jak to się zaczęło..."
Piszcie dalej!
Nie przejmujcie się tymi homofobami!
Ten rozdeział jest piękny!
Chcę ciąg dalszy!
A to dla homofobuf: Fuck you! fuck you in the ass!
PS: Wkońcu się dowiedziałam kto odwiózł Axl'elka do domu :3
PS2: Polly jesteś w Żarach